Jest taki dzień, kiedy wielu warszawiaków chce uciec ze stolicy. I jest takie miasto, którego mieszkańcy odpowiedzą żartobliwie, że pewnie chodzi o dzisiaj. To miasto to Poznań. Mówi się tam dziwnie, żartuje rubasznie, a oszczędza się na wszystkim, tylko nie na rogalach świętomarcińskich i zabawie 11 listopada!

Kosmici przypuszczają atak na największe ziemskie metropolie. Świat ulega panice, ale grupka śmiałków rusza do ataku i łącząc spryt z odwagą, inteligencję z siłą pokonują armię obcej cywilizacji! A nie, przepraszamy, to nie opis Dnia Niepodległości w Polsce, ale hollywoodzkiego hitu. Zejdźmy więc na ziemię…

Święto Niepodległości to moment szczególny. To czas na świętowanie niezależnie od różnic politycznych. To czas, kiedy można obejrzeć paradę pełną radosnych, a nie tylko martyrologicznych postaci. To czas, kiedy można dobrze zjeść nie przejmując się kaloriami. Spotkać z rodziną, poświętować, posłuchać dobrej muzyki. A na koniec dnia spojrzeć w niebo i popatrzeć na pokaz niezwykłych fajerwerków.

IMG_20151111_210914

Poznańskie fajerwerki

Oh wait, znowu nie trafiliśmy w polską rzeczywistość. Ale mieliśmy taki Dzień Niepodległości – 4 lipca w Waszyngtonie, niestety już kilka lat temu i niestety nie nasze, ale amerykańskie. Zobaczyliśmy uśmiechniętych ludzi, zajadających na różnych stoiskach etniczne jedzenie i popijających piwo. Albo wino, bo największą popularnością cieszyło się węgierskie stoisko sprzedające gulasz i tokaj. Cały Waszyngton świętował ten dzień wspólnie, w kolorowym tłumie, radosnym, otwartym. A jedynym znakiem, logo, marką, czy jak to nazwać była amerykańska flaga. Nikt się nie silił, by choć małą czcionką wpisać na niej Kozia Górka=ONR, albo Wilanów zawsze z KODem. Nie dostrzegliśmy nic, co choćby rzuciło cień na hasło „Today we are all Americans”.

Tydzień później wróciliśmy do Warszawy i tu przeżyliśmy 11 listopada. Dzień był brunatny i ciemny, i to nie tylko przez typową dla listopada pogodę. Trochę rozświetliły go nie tyle radosne fajerwerki, ile race kibiców. Choć widowiskowe, to jednak bardziej kojarzą się nam ze stadionową przemocą i afirmacją siły, a nie radością i patriotyzmem. Były starcia, rzucanie brukiem, atakowanie wozów telewizyjnych, bluzgi do kamer „łże-mediów”, policyjne prowokacje wobec niewinnych patriotów w patriotycznych kominiarkach z patriotycznie zaciśniętymi pięściami. A na koniec zobaczyliśmy regularną bitwę z „lewactwem”, które postanowiło stanąć tam, gdzie kiedyś stało ZOMO. Dzień później, zamiast wspominania fajerwerków i radości z kolejnego wspólnego święta, było liczenie strat i rannych.

11 listopada w Poznaniu

11 listopada w Poznaniu. Kolorowe tłumy na paradzie

11 listopada radośnie!

Okazało się jednak, że jest takie polskie miasto, i nie jest to Chicago, gdzie 11 listopada może być radosny i ciekawy. Takie miasto, gdzie będzie można wyjść z dziećmi bez opracowywania dróg ewakuacji oraz tłumaczenia, że wulgaryzmy są niewłaściwe, nawet jeśli użyte wobec grup etniczno-religijnych obcych wobec tej polsko-katolickiej. Tym miastem jest Poznań.

W Poznaniu spędziliśmy Święto Niepodległości’2015. Napisaliśmy z tej okazji mini-przewodnik zatytułowany „Jeden dzień z dziećmi w Poznaniu”, ale tak naprawdę byliśmy chwilę dłużej. Dowiedzieliśmy się wtedy między innymi, że Rogal Świętomarciński jest z białym makiem. Tak, tak, niby każde dziecko to wie, może poza dziećmi, które od zawsze były na biały mak porządnie uczulone, więc odgradzało się je szczelnym murem od wszystkiego, co je zawiera. Takimi dziećmi, jak Paweł. No ale dzięki zeszłorocznej wizycie wie już nie tylko, że rogal ma w sobie biały mak, ale też, że zespół ratunkowy poznańskiego pogotowia to naprawdę fajne, sprawne i szybkie chłopaki!

11 listopada w Poznaniu

Kolorowa przygoda z Rogalem Świętomarcińskim

Porzućmy jednak błędy drugiej młodości. Jaki był ten nasz 11 listopada zeszłego roku? Jak pewnie wszyscy dobrze wiedzą, niepodległość Poznań zostawia Warszawie, a sam bierze się tego dnia za coś innego – świętowanie imienin ulicy Święty Marcin. Najważniejszą częścią obchodów tego dnia w Poznaniu jest korowód Św. Marcina. W tym miejscu wypada powiedzieć kilka słów, skąd to zamiłowanie do tego rzymskiego legionisty w stolicy Wielkopolski.

Chcąc nie chcąc trzeba się cofnąć aż do czasów rzymskich. Święty Marcin był biednym rzymskim żołnierzem. Pewnego dnia kiedy wjeżdżał wraz z wojskiem do Amiens zobaczył przy bramie miasta zmarzniętego żebraka. Była zima, a ów człowiek odziany był w liche łachmany. Marcin odciął więc mieczem połowę swojego żołnierskiego płaszcza i podarował go nieznajomemu. Tak został świętym.

Tysiąc lat później, w XII wieku pod Poznaniem wybudowano kościół pod jego wezwaniem , który z czasem obrósł wioską zwaną św. Marcinem, a potem tak też nazwano drogę, która prowadziła od miasta do osady. Minęło kilka wieków… Pod koniec XIX wieku zachodni świat zaczął statkować się w dostatku, dobrobycie i końcu historii. Oraz filantropii. Tak jak piekarz Walenty z Poznania, który szukając okazji do zrobienia czegoś dobrego zwrócił się z modlitwą do św. Marcina. A ten odpowiedział na modlitwę i zesłał na niego sen. Walentemu przyśniło się, że słyszy tupot końskich kopyt na poznańskich ulicach. Kiedy wyjrzał przez okno, zobaczył jeźdźca w srebrnej zbroi. Ten uśmiechnął się tylko na pożegnanie i odjechał. Jego koń zgubił jednak na poznańskim bruku podkowę i to dało pomysł Walentemu na upieczenie świętomarcińskich rogali. W nocy upiekł ich tyle, ile zdołał i następnego dnia, po odpustowej mszy z okazji Św. Marcina, rozdał je ubogim.

Poznańskie rogale

Dziś rozdawanie czegokolwiek ubogim gubi się w tłumie. A tłum gromadzi się na ulicach dla parady. Nie jest ona może ogromna, bo jako aktorzy i atrakcje bierze w niej udział może kilkaset osób, ale jak na polskie warunki, to zdecydowanie jest coś. I zarówno poznaniacy, jak i goście potrafią ją docenić i wyjść na ulice miasta. Jeśli więc liczycie na miejsce w pierwszym rzędzie, gdziekolwiek sobie ten rząd wymyślicie, to trzeba je zająć dużo wcześniej.

Parada idzie zwyczajowo z ul. Piekary do Zamku Cesarskiego, gdzie prezydent przekazuje symboliczne klucze do miasta św. Marcinowi. Jeśli chcecie mieć doskonały widok, a przy okazji zjeść coś dobrego, kiedy wasze dzieci bawią się w sporym i dobrze urządzonym kąciku, to zdecydowanie polecamy Bernardino Ristorante na ul. Święty Marcin. Gdyby tylko ktoś podpowiedział nam podczas naszej wizyty, że jak oglądać paradę, to tylko stamtąd, to zamiast stać przez godzinę w zaułkach ul. Piekary, zarezerwowalibyśmy z wyprzedzeniem stolik na godz. 14 w Bernardino…

Uczcie się więc na naszych błędach i walczcie o stolik z widokiem na paradę! Poza tym jest tam naprawdę miło. Do klienta podejście mają dość luźno-poznańskie, dowcipne i zażyłe. Ceny nie spustoszą Wam portfela, jedzenie będziecie dobrze wspominali, dzieciaki (o ile nie zafascynuje ich parada) wybawią się w kąciku, a wam z resztą dnia pozwoli uporać się całkiem przyzwoite stołowe wino!

11 listopada w Poznaniu

Bernardino Ristorante. Parada i wino!

Nawet jak nie skusi was powyższe lokowanie produktu, to i tak 11 listopada jeźdzcie do Poznania. Skądkolwiek oglądany, korowód św. Marcina robi wrażenie. I to nawet na nas. A musimy się przyznać, że nie lubimy tłumów i do końca nie rozumiemy idei parad i korowodów. Nawet jeśli, tak jak poznański tłum z 11 listopada, jest w pełni pozytywny i radosny. Za dużo ludzi wyzwala w nas paniczną potrzebę ucieczki. I zdecydowanie lepiej wtedy uciec do dobrego jedzenia i karafki wina niż w jakieś boczne bramy.

Ale żeby nie było! W bramach na św. Marcin też się sporo dzieje. W 2015 roku mieliśmy daleko idące plany. Studiowaliśmy z zacięciem listę darmowych warsztatów i atrakcji dla dzieci. Rano jeszcze zaplanowaliśmy wizytę w Rogalowym Muzeum i Bramie Poznania, w południe musieliśmy być na rynku, by obejrzeć trykające się koziołki. A potem już parada i towarzyszące jej wydarzenia. W tylu miejscach coś się miało dziać, że i tak wszędzie nie planowaliśmy zajrzeć. Tu mieliśmy umalować dzieciom buziaki (lepiej, żeby w tramwaju potem wszyscy się wpatrywali w umalowane twarze dzieci niż oblicza rodziców po kilku karafkach wina), potem pokaz iluzji, jakieś rzeźbienie w warzywach, w międzyczasie koncert i na koniec pokaz fajerwerków.

Skończyło się na spacerze, rzeźbieniu w warzywach (choć już na zupny afterek z tych warzyw następnego dnia nie dotarliśmy), kilku piosenkach na koncercie Hańby! i naprawdę fajnych fajerwerkach.

11 listopada w Poznaniu

Świętomarcińska rzeźba z warzyw

Jeśli więc nie macie pomysłu, gdzie uciec ze swojej metropolii w Święto Niepodległości, spodziewając się najazdu kosmitów albo narodowców, to zdecydowanie rozważcie Poznań. Tu znajdziecie program Imienin Ulicy Święty Marcin w 2016 roku. W tym roku jak zwykle doskonale zapowiada się strefa muzyczna pod zamkiem. W 2015 roku grała tam Hańba!, zespół wcześniej nam nieznany, który potem o mało co nie zagrał w naszej kawiarni…

Jjakże był on właściwym wyborem na 11 listopada. Hańba! to punk rock w wydaniu lat 30-tych. Chłopaki często uciekają się do tekstów z sanacyjnego okresu II RP, kiedy w odradzającej się Polsce, przy wybuchu artystycznej twórczości prześladowano mniejszości, niszczono demokrację i utrwalano autorytaryzm zarówno w politycznym, jak i społecznym wymiarze.

W tym roku na scenie pod zamkiem wystąpi SÖNDÖRGŐ, zespół, którego występ to eksplozja bałkańskiej energii. Po nim na scenę wkroczy RABEL BABEL, czyli jeszcze więcej energii, ale w tej radosnej i otwartej, a nie zamknięto-agresywnej, wersji. Nawet więc jak będziecie z dzieciakami, to po kilku warsztatach na ulicy, wpadnijcie pod scenę i tam przy dźwiękach muzyki doczekajcie finału wieczoru, czyli fajerwerków po godz. 21.

No i jeszcze… nawet jak zalegniecie za długo w Bernardino Ristorante, to i tak nie opuście ulicy św. Marcina bez spróbowania rogali, a przynajmniej (jeśli tak jak Paweł) jesteście alergikami – pyrów z gzikiem. Niby to zwykłe ziemniaki/kartofle/pyry, ale wierzcie nam, że pyry z gzikiem 11 listopada na ul. Święty Marcin mają się tak do zwykłych ziemniaków, jak peron 9 i 3/4 na King’s Cross do peronu 8 na stacji Warszawa Zachodnia. To po prostu nie to samo.

11 listopada w Poznaniu

Poznańskie pyry z gzikiem

Imieniny Ulicy Święty Marcin – 11.11.2016 – pełny program

Kiermasz rogala
g. 11-21 (od ul. Ratajczaka do ul. Kościuszki i przed CK ZAMEK)

Korowód św. Marcina (start: ul. Piekary)
g. 14-14.30mPrzekazanie kluczy do miasta
g. 14.30-14.45 (Scena przed CK ZAMEK)
Animacje na ulicy Św. Marcin // Południowa nitka ulicy Święty Marcin na odcinku od ulicy Ratajczaka do ulicy Gwarnej
g. 15-18
Podwórze nr. 37 – Fundacja JAK MALOWANA
Podwórze nr. 61 – Kolektyw artystyczny R2D2
Podwórze nr. 69 – Pokazy Iluzji
Ulica na wysokości wylotu ulicy Gwarnej – zabawy z kolorem i ruchem – Zofia Małkowicz i zaproszeni animatorzy
Jeden z wolnych lokali miejskich – warsztaty prowadzone przez Wielkopolskie Stowarzyszenie Inwalidów Narządu Ruchu oraz Stowarzyszenie Młodych Animatorów Kultury
Ulica na wysokości kamienicy nr. 75 – Potańcówka  z zespołem PRZODKI

Koncert ŚPIEW GREGORIAŃSKI A STYL GOTYCKI
g. 16.45 wykonaniu Scholi Gregoriańskiej Canticum Cordium pod dyr. ks. Mariusz Białkowski // Kościół pw. Św. Marcina

Koncert zespołu SÖNDÖRGŐ
g. 18.15-19.30 (Scena przed CK ZAMEK)

Koncert zespołu RABEL BABEL / z udziałem L.U.C.
g. 19.45-21 (Scena przed CK ZAMEK)

11 listopada w Poznaniu

Zamek Cesarski w Poznaniu

Gdzie nocować w Poznaniu

Zmotoryzowanym polecamy Novotel Malta Poznań. Spokojne miejsce z dużym parkingiem, a jednocześnie tak blisko centrum, że nie ma żadnego problemu z dojazdem tramwajem. Tym, którzy samochodu nie potrzebują zdecydowanie sugerujemy Hotel Śródka, jeden z najpiękniejszych i najbardziej przyjaznych gościowi hoteli, w którym mieliśmy okazję przebywać w Polsce. Przyznajemy bez bicia, że byliśmy w nim na zaproszenie, ale jeśli kiedykolwiek mielibyśmy zwiedzić Poznań „za swoje”, to tam właśnie skierowalibyśmy nasze kroki. Poza tym Śródkę i tak trzeba odwiedzić, a tak dodatkowo zamieszkacie w jej sercu i być może nawet z widokiem na słynny śródkowy mural – „Opowieść śródecką z trębaczem na dachu i kotem w tle”.

Poznański Novotel

Poznański Novotel

Jak zwiedzać Poznań

Poza tym, że z naszymi przewodnikami po Poznaniu, to zdecydowanie z Poznańską Kartą Turystyczną. Zapominacie wtedy o biletach, wchodzicie za darmo do większości muzeów, a zajadając się i opijając w naprawdę smacznych miejscach, zamiast myśleć o tym jak dużo was to kosztuje, to liczycie tylko, ile zniżki tym razem dostaniecie. W wielu miejscach w Polsce i Europie będziecie kalkulować, czy taka karta zniżkowa ma w ogóle sens, czy jak się postaracie, to wyjdziecie na zero. W Poznaniu to jest naprawdę dobry interes.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *