Stambuł jest olbrzymi. Tak olbrzymi, że w pierwszej chwili przytłacza ilością zabytków, atrakcji, miejsc, które trzeba zobaczyć, rzeczy których trzeba spróbować. Jak sobie poradzić z tą klęską urodzaju? Przygotowaliśmy dla Was listę tak zwanych „must see” i „must do”, z których możecie ulepić idealny plan pobytu w tym niesamowitym mieście.

1. Zacznijcie zwiedzanie od placu Taksim

To tu w maju 2013 roku rozpoczęły się protesty, które wkrótce ogarnęły inne części miasta i kraju. Plac nie jest zbyt urodziwy, ot Pomnik Republiki, stacja metra i sprzedawcy kasztanów. Jeśli Wam się nie spodoba, to myślami przenieście się do Warszawy na pl. Defilad, do Kijowa na Majdan, a najlepiej do Bejrutu na pl. Męczenników, czyli połączenie parkingu i architektonicznego męczeństwa. Wtedy może Takism wyda się centralnym placem z duszą i potencjałem.

Poza tym przyjmuje się, że jest to serce nowoczesnego Stambułu. Znajdziecie tam wiele hoteli, sklepów i restauracji. No i jest to brama do ulicy Isitklal.

Plac Taksim, Stambuł

Plac Taksim, Stambuł

2. Istiklal i jego zabytkowy tramwaj

Każde szanujące się arabskie miasto ma plac Męczenników. Ale przecież Stambuł arabski nie jest, więc poprzestał jedynie na ulicy Istiklal, czyli swojskiej Alei Niepodległości. Jeśli szukacie XIX-wiecznej wielkomiejskości Stambułu, to chyba najłatwiej znaleźć ją właśnie tu. Przespacerujcie się tym prawie półtorakilometrowym deptakiem pełnym eleganckich sklepów, galerii, restauracji, kawiarni, klubów, butików i czego tylko dusza zapragnie. Podobno w sezonie podczas weekendu przechodzi tamtędy 3 miliony ludzi! My na szczęście byliśmy poza sezonem…

Spacer to jedno. Dzięki przejściu Istiklal na własnych stopach nie ominiecie wszystkich wartych zobaczenia budynków, drogich hoteli, historycznych kościołów, dawnych europejskich ambasad, które po przeniesieniu stolicy do Ankary stały się jedynie konsulatami. Ale drugi sposób na Istiklal to historyczny tramwaj.

Stambuł w pierwszej połowie XX wieku miał bardzo gęstą sieć tramwajową. Dość powiedzieć, że w 1956 roku tramwaje przewoziły w tym mieście ponad 100 mln pasażerów rocznie. Wkrótce potem jednak tory zaczęto demontować oddając przestrzeń samochodom i tramwaje zniknęły z miasta. Odrodzono je jako atrakcję turystyczną w 1990 roku. Teraz jeżdżą dwie historyczne linie. Jedna na europejskim, a druga na azjatyckim brzegu. Na Istiklal traficie na pierwszą z nich.

Tramwaj na Istiklal

3. Najlepsze kasztany są na placu w Stambule

Myślicie, że najlepsze kasztany są na placu Pigalle? Spróbujcie tych z placu Taksim albo z Istiklal! W wielu miejscach miasta zobaczycie charakterystyczne czerwone wózki z pieczonymi kasztanami i gotującą się kukurydzą. O ile stambulska kukurydza zupełnie nie przypadła nam do gustu (a dawaliśmy jej szansę wiele razy), o tyle kasztany zostały hitem wyjazdu, jeśli chodzi o szybką przekąskę w ciągu dnia. Zwyczajowa cena to 5 TL za 100 gram. W przypadku kukurydzy to 2 TL za kolbę w bardziej turystycznych miejscach i 1 TL w bardziej stambulskich lokalizacjach. Z czerwonych wózków kupicie też pyszne precle z sezamem.

4. Wejdźcie na wieżę Galata

A dokładniej – wjedźcie windą (tylko ostatnie dwa piętra trzeba pokonać o własnych siłach). Widok z góry jest obłędny! Oczywiście pewnie wiele ze stambulskich wieżowców zapewni Wam lepszy widok, ale tu dochodzi historia. Wieża została zbudowana przez genueńczyków w 1384 roku i ma 63 metry wysokości (67 metrów licząc kopułę). Przetrwała podbój turecki i kilka wieków później dorobiła się nawet swojej legendy.

A głosi ona, że w XVII wieku niejaki Hezarfen Ahmet Çelebi zwany też tureckim Dedalem, skonstruował skrzydła, na których przeleciał z wieży nad Bosforem i wylądował po azjatyckiej stronie miasta. Sułtan był raczej przerażony niż zachwycony prawie 3,5-kilometrowym lotem tureckiego Dedala. Skoro niczego się nie boi, to do jakich jeszcze czynów jest zdolny – miał powiedzieć. Niemądrze mieć takich ludzi obok siebie – dodał i wysłał go na wygnanie do Algierii.

Od XVIII wieku wieżę używano jako strażacki punkt obserwacyjny co skończyło się tym, że mocno oberwała od pożarów. Jak wiadomo, najciemniej pod latarnią. Wnętrze zrekonstruowano w latach 60-tych zeszłego wieku i wtedy wieżę udostępniono zwiedzającym.

5. Potargujcie się na stambulskich bazarach

Bazarów w Stambule jest wiele, jest Bazar Egipski zwany też Bazarem Przypraw czy Targiem Korzennym (Spice Bazaar), jest Bazar Arasta poniżej Błękitnego Meczetu, są dziesiątki, jeśli nie setki mniejszych targowisk, ale umiejętność targowania się najbardziej przyda się Wam na tym największym – Wielkim Bazarze. Jeśli wierzyć Wikipedii zajmuje on powierzchnię 30 hektarów, ma 61 ulic z około 3500 sklepikami, 22 bramy, restauracje i kawiarnie, dwa meczety i cztery fontanny. Raz na ulicy Yeniceriler para turystów zapytała się nas jak trafić na Wielki Bazar. „Powinniście iść taaaaaam” – odpowiedzieliśmy zakreślając ręką cały horyzont za nami.

Zadaszony labirynt robi niesamowite wrażenie. Kupicie tu wszelkie możliwe pamiątki od złota po dywany, od przypraw przez pistacje i suszone morele po szklane lampy. Do tego tłumy turystów i tysiące zaczepiających na każdym kroku i w każdym języku sprzedawców. Nie wiem jak dla Was, ale nas takie miejsca – mimo niewątpliwego uroku – potwornie męczą. Dlatego proponujemy jedynie szybki rzut oka na bazar, a na zakupy wybierzcie się gdzieś indziej.

Jeśli chcecie kupić przyprawy, bakalie czy herbatę, albo chociażby ser i pomidorki na śniadanie, poszukajcie najzwyklejszego w świecie bazaru, takiego na którym zakupy robią okoliczni mieszkańcy, np. przejdźcie się w sobotę na piętrowy parking w Besiktasu. Kto wie, może spotkacie tam Orhana Pamuka, który mieszka po sąsiedzku i pewnie tam kupuje pistacje, oliwki i skarpetki. A jeśli polujecie nie na Pamuka, ale na pamiątki…

6. To kupcie je na Galip Dede

To uliczka idąca w dół od Istiklal do wieży Galata i dalej w stronę wybrzeża. Małe sklepiki, przyzwoite ceny, nienachalni sprzedawcy, a po drodze mnóstwo modnych kawiarenek, stoisk z sokiem z granatów i galerii. To zdecydowanie nasza ulubiona uliczka w turystycznej części miasta.

7.  Napijcie się świeżo wyciskanego soku z granatu

Albo mieszanego – nam najbardziej smakował mix granat + pomarańcza. Zwarte w granatach przeciwutleniacze działają zbawiennie na wiele problemów zdrowotnych – w soku granatów jest ich trzykrotnie więcej niż w zielonej herbacie lub czerwonym winie. Poza tym to doskonała okazja do nauki tureckiego: Bir buyuk nar suyu lutfen! No i po prostu jest pyszny!

Sok z granatu. Stambuł

Granat – owoc, obok którego nie można przejść obojętnie

8. Przejdźcie na drugą stronę Złotego Rogu mostem Galata

Przejście mostu z dziećmi zajmie Wam trochę czasu. Po drodze mija się bowiem dziesiątki wędkarzy. Przygotujcie się więc na pytania o techniki łowienia ryb, ich wielkość, nazwę po polsku, nazwę po turecku, nazwę po angielsku, nazwę po której ryby zwracają się do siebie… Te wszystkie pytania wynagrodzą Wam widoki z mostu, w każdą stronę, gdziekolwiek, byle dalej od ryb w wiaderkach stojących wzdłuż Waszej trasy albo leżących bezpośrednio na asfalcie…

Co robić w Stambule. Most Galata

Most Galata w Stambule

9. Jak nie most to może najstarsze metro?

Jeśli nie przepadacie za rybami, albo akurat znowu pada śnieg z deszczem jak to bywa często w grudniu w Stambule, to możecie wrócić znów na Istiklal przez Tunel, czyli korzystając z najstarszej linii metra w Europie. Otwarto ją w 1875 roku. Była efektem wizyty pewnego francuskiego biznesmena, który zobaczył ile osób codziennie wdrapuje się z Galaty na Perę – ówcześnie komercyjne i dyplomatyczne serce Stambułu. Wpadł więc na pomysł, by poprowadzić podziemną kolejkę. Takowa działała już w Londynie i budowała się w Lyonie. Ustalenia zajęły kilka lat, budowa opóźniła się mocno przez konflikty z właścicielami ziemi nad tunelem, ale w końcu kolejka ruszyła i okazała się sporym sukcesem.

Przeżyła też poprzedników – działa dalej na tej samej półkilometrowej trasie wznosząc się z poziomu ledwie centymetrów nad poziomem morza na wysokość ponad 60 metrów. W dodatku nie wymaga żadnych specjalnych biletów – skorzystacie z niej dzięki zwykłej miejskiej karcie. Tymczasem poprzedników albo zmieniono w tunele drogowe (Lyon) albo wchłonęły ich nowe linie (Londyn). Na trasie nie oczywiście nie należy się spodziewać jakichś szczególnych fajerwerków. Całą radość trzeba sobie (i dzieciakom) wyczytać z historycznych tablic i dopowiedzieć. O ile zdążycie, bo sama podróż wagonikiem trwa niewiele ponad minutę.

10. Poszukajcie głów Meduzy w Cysternie Bazyliki

Jeśli macie w Stambule tylko jeden dzień, Cysternę wpiszcie na górę listy miejsc do zobaczenia. To nasz absolutny faworyt. Cysterna zwana również Podziemną Cysterną lub Pałacem Jerebatan jest olbrzymią podziemną komnatą ze sklepieniem podpartym 336 kolumnami. Wybudowana w VI wieku n.e. pełniła funkcję sztucznego zbiornika na wodę. Miała być zapasowym rezerwuarem dla pobliskiego pałacu cesarskiego na czas oblężenia miasta.

Gminna wieść niesie, że Ottomanowie po podboju Konstantynopola nie zdawali sobie sprawy z istnienia Cysterny. Miano ją odkryć ponownie dopiero kiedy zaobserwowano, że ludzie pobierają wodę przez dziury w ziemi albo nawet łowią ryby w swoich piwnicach. To nie do końca prawda. Cysterna po podboju pełniła jeszcze przez jakiś czas swoją funkcję, potem stała się nieprzydatna, bo Konstantynopolowi przestał zagrażać atak, a Turcy nie przepadali za wodą z podziemnych zbiorników. W kolejnych wiekach czasem pozostawiano ją samej sobie, czasem przywracano pamięci i uwadze ogółu, a co jakieś +/- sto lat nawet ją remontowano. Wreszcie, w 1987  roku, po dwóch poważnych remontach udostępniono ją zwiedzającym.

Ryb się nie pozbyto. Pływają sobie nadal w płytkich wodach cysterny. Tłoczą się szczególnie przy wejściu, gdzie jest największa szansa na okruchy do jedzenia. Cysterna Bazyliki jest całkiem spora, więc poza sezonem łatwo znaleźć sobie w niej ciche i spokojne miejsce, by w pełni docenić inżynierski kunszt Bizantyjczyków. W sezonie może być to baaaardzo trudne.

Największe tłumy turystów tłoczą się przy słynnych meduzach – dwóch kolumnach, które u podstaw mają wyrzeźbione głowy najmłodszej z córek Forkosa. Wprawdzie wierzono, że Meduza chroni przed złem, jednak dlaczego jedna z głów jest na boku a druga do góry nogami, i czy ich obecność w tym miejscu jest celowa czy przypadkowa, nie wiadomo.

Cysterna Bazyliki. Stambuł

Cysterna Bazyliki. Stambuł

11. Przejdźcie pod Akweduktem Walensa

250 kilometrów – tak długi był system kanałów, akweduktów i cystern w Konstantynopolu. Zaczął go budować w II wieku n.e. cesarz Hadrian. Już za jego czasów miasto było tak duże, że by zaspokoić zapotrzebowanie na wodę trzeba było ściągać ją z zewnątrz. Kolejni cesarze dorzucali do niego kolejne elementy. Pod koniec IV wieku cesarz Walens ukończył imponujący akwedukt transportujący wodę ze wzgórz pomiędzy Kağıthane a Morzem Marmara do cysterny w Beyazit. Najbardziej imponująca, dwupiętrowa część akweduktu połączyła 3. i 4. konsantynopolskie wzgórze. Wysoka na prawie 30 metrów konstrukcja miała długość 971 metrów.

Akwedukt Walensa, choć budził zachwyt, szybko okazał się niewystarczający. Już kilka lat po jego powstaniu w trakcie długotrwałej suszy w Konstantynopolu znów zabrakło wody. Dlatego jeszcze w IV wieku system rozbudowano i po wodę sięgnięto aż do Lasu Belgradzkiego położonego 20 km na północ od miasta.

Turcy po podboju bardzo szybko wyremontowali cały bizantyjski system wodny a następnie przystąpili do jego znaczącej rozbudowy. Akwedukt Walensa (po turecku Bozdoğan Kemeri, czyli Akwedukt Szarego Sokoła) nadal spełniał swoją ważną rolę. Przy okazji budowy meczetu Fatih niedługo po podboju lekko go przebudowano, zakrzywiając jego przebieg w części obok świątyni. Potem był regularnie odnawiany i odbudowywany, kiedy trzęsienia ziemi uszkadzały jego części. Dopiero w 1912 roku wyburzono jego niewielką, 50-metrową część. W tym też czasie akwedukt przestał pełnić swoją funkcję, a miasto przestawiło się na bardziej nowoczesny system rozprowadzania wody.

Współczesne miasto obudowało starożytne mury, pod dostojnymi łukami śmigają samochody, a do jego ścian przytuliły się budynki. Największe wrażenie Akwedukt Walensa robi przy Atatürk Bulvarı. Sześć pasów ulicy musi tam przecisnąć się pod łukami bizantyjskiej konstrukcji. Małe samochody osobowe wyglądają wręcz niepoważnie w zestawieniu z 29-metrowym murem sprzed ponad 1500 lat.

Akwedukt Walensa

12. Zachwyćcie się przepychem Hagii Sophii

Przepiękne mozaiki, freski, zdobienia, architektura tej przewspaniałej świątyni zostanie na długo w Waszej pamięci. Niegdyś nazywana Kościołem Mądrości Bożej była najwyższa rangą świątynią w Cesarstwie Bizantyjskim. To tu odbywały się najważniejsze ceremonie, modlitwy i koronacje cesarzy. Przez długie wieki uznawana była za świątynię doskonałą, a sam budynek za największe i najdoskonalsze dzieło architektury.

Ostatnia msza w świątyni miała miejsce dzień przed upadkiem miasta. Podobno odbyła się spontanicznie, a wzięli w niej udział wyznawcy wielu odłamów chrześcijaństwa. Ich modlitwy nie przyniosły jednak skutku i niedługo potem progi świątyni przekroczył sułtan Mehmet II Zdobywca. Hagia Sophia stała się meczetem. Turcy podeszli do niej z dużym szacunkiem. W kolejnych wiekach dobudowano jej minarety, ustawiono wszystkie ważne elementy, które powinien mieć meczet, ale jednocześnie pozostawiono bardzo dużo fresków i mozaik, nawet tych „kontrowersyjnych” – te raczej zasłaniano niż niszczono.

W 1934 roku na polecenie Atatürka meczet przemieniono w muzeum. Po 481 latach imam przestał wygłaszać w Hagii Sophii kazania, wyprowadził się też muezzin. Jak się jednak okazało nie na zawsze. W 2016 roku w świątyni znów zaintonowano azan a kilka miesięcy potem odbyła się pierwsza po 80 latach piątkowa modlitwa. Powrót imama do Hagii Sophii wiąże się z polityką prezydenta Erdogana i coraz większym wpływem religii na życie w Turcji. Niejasny stał się dalszy status muzeum. Po więcej informacji odsyłamy do bardzo dobrej analizy sytuacji Hagii Sophii w Al-Monitor.

13. Porównajcie ją ze stojącym nieopodal Błękitnym Meczetem

Wybudowany w XVII wieku z polecenia sułtana Ahmeda I miał przyćmić Hagię Sophię. Chcąc uzyskać od Allaha wybaczenie za złe prowadzenie się za młodu (budowa zaczęła się, gdy sułtan miał 19 lat, zatem źle się prowadził jakoś pewnie w podstawówce;), nalegał, żeby wszystko w świątyni było naj. Miał to być najważniejszy meczet imperium osmańskiego. Czy udało się Ahmedowi przyćmić Hagię Sophię? Zdecydujcie sami!

14. Wysłuchajcie nawoływań muezzina

Można to zrobić siedząc na ławeczce między Hagią Sophią a Błękitnym Meczetem. Te dwie przewspaniałe budowle stoją naprzeciwko siebie, więc gdy w porze modlitwy znajdziecie się pomiędzy nimi, usłyszycie niezwykły koncert, śpiew będzie dobiegał raz z jednej, raz z drugiej strony. O ile oczywiście znajdziecie wolną ławkę w tłumie turystów i będziecie mogli spokojnie na niej usiąść, bo istnieje spora szansa, że albo ktoś Was ktoś poprosi o zrobieni zdjęcia, zacznie namawiać Was do wizyty w jego restauracji albo po prostu będzie chciał pogadać. Chyba, że tak jak my pojedziecie do Stambułu poza sezonem…

Błękitny Meczet. Stambuł

Błękitny Meczet. Stambuł

Dlatego warto też przystanąć na azan w mniej turystycznej okolicy. Dla nas najbardziej magicznie brzmią nawoływania muezina, gdy stoimy gdzieś w cichym, odludnym miejscu, może na wzgórzu, albo w cichej uliczce gdzieś na uboczu. Gdy wtedy nagle słychać wezwanie do modlitwy dochodzące z kilku odległych miejsc na raz, przechodzą nas ciarki. Przypomina nam się nasza podróż do Syrii sprzed wielu, wielu lat, tam nawoływania muezinów były najbardziej niesamowicie. Znajdźcie takie miejsce i przystańcie, zamknijcie oczy i wsłuchajcie się.

Podobno teraz jest to jeszcze łatwiejsze niż kiedyś. Nasz house sittingowy gospodarz opowiadał, że prezydent Erdogan dał zgodę na podgłośnienie azanu w Stambule i innych tureckich miastach po nieudanym przewrocie wojskowym w lipcu 2016 roku. Meczety były wtedy jego bronią w walce o utrzymanie władzy. Podlegający państwu imamowie w noc przewrotu otrzymali polecenie udania się do swoich świątyń i całonocnej recytacji modlitw przez głośniki. Podobno wtedy ustawiono je najgłośniej jak się dało, a potem nikt już nie był na tyle szalony by kazać je przyciszyć.

15. Znajdźcie mały meczet

Skoro już będziecie w cichej uliczce, albo na uboczu, albo po prostu będziecie potrzebowali chwili odpoczynku, wejdźcie do mniej uczęszczanego meczetu. Takiego bez tłumów turystów, i najlepiej nie w porze modlitwy. Przysiądźcie sobie na dywanie i wsłuchajcie się w ciszę. Poza sezonem to może być też jakaś bizantyjska perełka, jak na przykład meczet Mała Hagia Sophia, czyli bizantyjski Kościół św. Sergiusza i Bakchusa.

Zbudowano go tuż przed „dużą” Hagią Sophią i ze względu na liczne podobieństwa przyjmuje się, że oba budynki były zaprojektowane przez tych samych architektów, a mała Hagia Sophia stała się próbą i modelem dla swej dużej odpowiedniczki. W momencie budowy kościół znajdował się na terenie cesarskiego pałacu i był jedną z najważniejszych budowli sakralnych miasta. Po podboju został przekształcony w meczet. W środku nie zachowało się zbyt wiele chrześcijańskich elementów, poza delikatnymi zdobieniami kolumn i rzeźbionymi greckimi inskrypcjami.

W sezonie meczet pewnie wypełniony jest turystami i wiernymi, ale w grudniowe popołudnia, kiedy na zewnątrz co jakiś czas popadywał śnieg z deszczem, potrafi być zupełnie pusty. Warto więc do niego zajrzeć. „Bizantyjskie meczety” mają w sobie urzekający, delikatny chaos, który wynika z zaadoptowania budynku na wymogi islamu. Zazwyczaj było to o tyle trudne, że w plan krzyża, często z nawami trzeba było wpisać nową, odpowiednio skierowaną świątynię i umieścić w niej takie elementy jak choćby mihrab wskazujący kiblę, czyli kierunek modlitwy. Dlatego często sprawiają wrażenie przekręconych, chaotycznych i pogubionych w swojej roli. Warto też zdać sobie sprawę z tego, że Kościół św. Sergiusza i Bakchusa był kościołem przez ponad 900 lat, a meczetem jest „dopiero” od 550 wiosen…

16. Wejdźcie do naaaprawdę dużego meczetu

Jeszcze nie znudziły Wam się meczety? Pójdźcie do drugiego co do wielkości po Błękitnym Meczecie – Meczetu Sulejmana. To dzieło najsłynniejszego osmańskiego architekta – Mimara Sinana. Sinan urodził się jako Józef w chrześcijańskiej rodzinie w Anatolii. W wieku 19 lat w wyniku branki trafił na dwór sułtana. Szkolił się na architekta, a potem trafił do wojska. Pod wodzą Sulejmana zdobywał Belgrad, walczył pod Mohaczem, czy brał udział  kampanii w Iraku. Jednym słowem zwiedził kawał świata. Podczas tych wypraw wykazał się jako dowódca, inżynier wojskowy i architekt.

W wieku 50 lat został architektem podlegającym jednemu z ministrów Wielkiego Wezyra. Do jego obowiązków należało przede wszystkim dbanie o infrastrukturę transportową w imperium, ale w kolejnych latach Sinan stopniowo poszerzał swoje zadania, ściągał do biura coraz więcej ludzi, aż w końcu został naczelnym architektem imperium z zakresem władzy przekraczającym stanowisko ministra. I byłnim prawie 50 lat służąc trzem sułtanom.

Sinan jest autorem prawie 400 obiektów: meczetów, szkół koranicznych, szpitali, akweduktów, mostów, pałaców, itd. Za jego czasów osmańska architektura osiągnęła swój szczyt, a jego uczniowie i następcy właściwie tylko próbowali go mniej lub bardziej udanie naśladować. Zazwyczaj też w tym naśladownictwie nie dotykali Meczetu Sulejmana, bo przerastał ich umiejętności. Tym bardziej więc warto docenić architekturę tego miejsca. A wychodząc z meczetu można przejść się ulicą… Mimara Sinana, na której północno-wschodnim krańcu jest dość niepozorny grób zmarłego w wieku prawie 100 lat architekta.

Moglibyśmy poświęcić osobny wpis meczetom, które odwiedziliśmy, ale chyba nikt by tego nie przeczytał. Dlatego wspominamy tu tylko te najważniejsze, jednak gorąco polecamy zajrzeć jeszcze do kilku i tych mniejszych i tych większych, i tych znanych i tych zupełnie na uboczu.

17. Wyobraźcie sobie rydwany pędzące po hipodromie

Budowa bizantyjskiego hipodromu rozpoczęła się w 203 roku. Jedynym zachowanym z tego okresu elementem jest obelisk pochodzący z XV wieku p.n.e., a sprowadzony z Egiptu przez cesarza Teodozjusza w 390 roku. Na drugim krańcu placu stoi drugi obelisk – nie wiadomo kto i kiedy go ustawił, szacuje się, że pochodzi z IV-V wieku. Na placu znajdziecie też Wężową Kolumnę pochodzącą ze świątyni Apollona w Delfach, a także fontannę, którą Cesarz Wilhelm II podarował dynastii Osmanów.

Trudno w to dziś uwierzyć, ale konstantynopolski hipodrom mógł ugościć nawet 100 tysięcy widzów. To tu zaczęło się w 532 roku powstanie ludowe Nika. I tu też się skończyło, kiedy cesarz wydał wyrok na zgromadzonych na hipodromie powstańców. W masakrze zginęło 30 tysięcy ludzi.

Hipodrom przetrwał to wydarzenie i jeszcze długo służył mieszkańcom. Jego upadek rozpoczęła „przyjacielska” wizyta krzyżowców w 1204 roku. Wtedy utracił m.in. rzeźby rumaków z brązu, które trafiły do Bazyliki Św. Marka w Wenecji.

Hipodrom, podobnie jak całe imperium, nie wrócił już potem do świetności. Jego los dopełnił się już po podboju przez Turków. Co prawda na wczesnych obrazach z czasów osmańskich widać go jeszcze wraz z ocalałymi trybunami, ale Turcy nie byli fanami wyścigów i o hipodrom nie dbali. Pokonał go czas, aż zniknął w czasie budowy pobliskiego Błękitnego Meczetu, kiedy jego resztki rozebrano a kamienie wykorzystano w świątyni. Pozostawiono tylko obeliski, a teren po arenie nazwano Końskim Placem.

Egipski obelisk na terenie dawnego hipodromu w Stambule

Egipski obelisk na terenie dawnego hipodromu w Stambule

18. Zagubcie się w barwnych komnatach pałacu Topkapi

Topkapi jest obowiązkowym punktem wizyty w Stambule i musicie tam pójść, jeśli jeszcze nigdy nie byliście. My mieliśmy dwie takie okazje na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat ale dopiero teraz udało nam się go zwiedzić. Topkapi to perełka osmańskiej architektury. XVI-wieczny pałac rozplanowany na czterech dziedzińcach, harem, bogate zbiory broni, widoki z pałacowych tarasów…

Latem piękno Topkapi może umknąć wśród ogromnych tłumów turystów, ale w grudniu jest niezwykle spokojnie. Jedyna kolejka, w której można utknąć tam w zimie, to na szczęście nie kolejka na Kasprowy, ale arabsko-turecki ogonek do witryny z włosami z brody Mahometa. I to miejsce można sobie darować. Tak, to bardzo ważna relikwia, niemniej jednak mały włosek do obejrzenia w oddalonej o ponad metr gablocie w przepychającym się tłumie, to naprawdę żadne mistyczne wydarzenie.

Samo Topkapi pewnie by pozostawiło w nas poczucie niedosytu, gdyby nie Harem, czyli rezydencja żon, konkubin i dzieci sułtana. Pięknie zdobione wnętrza, labirynt „tajemniczych” korytarzy, intymne dziedzińce. Tu rzeczywiście mocno dało się odczuć atmosferę kulis dworu wielkiego imperium, jakim była w XVI wieku Turcja. Pozycja obowiązkowa.

19. Muzeum Mozaik

Po wizycie w sułtańskim pałacu można trochę odetchnąć i wrócić do sztuki Bizancjum. Jeśli podobnie jak nasze dzieci lubicie oglądać mozaiki, nie przegapcie Muzeum Mozaik. To maleńkie muzeum, w którym przy okazji nie tylko obejrzycie piękne przykłady bizantyjskiej sztuki dekoratorskiej, ale też dowiecie się w jaki sposób się ją restauruje. Placówkę znajdziecie poniżej Błękitnego Meczetu na Bazarze Arasta.

Mozaiki odkryto mniej więcej 80 lat temu. Pochodzą z VI wieku. Pokrywały otwarty dziedziniec na terenie Wielkiego Pałacu i przez to że były na zewnątrz, zachowały się w dość marnym stanie. Udało się je jednak cudownie odrestaurować i na nowo wydobyć kolory.

Do obejrzenia jest ok. 200 metrów kwadratowych mozaik. Na zachowanych fragmentach znajdziecie ponad 150 ludzkich i zwierzęcych figur, sceny polowań czy codziennych zajęć. Choć wydaje się, że to całkiem sporo, to warto pamiętać, że odkryty dziedziniec miał 2000 m. kw. powierzchni i cały pokryty był mozaikami. Do ich ułożenia użyto aż 80 milionów (!!!) elementów.

Muzeum Mozaik. Stambuł

Maciek i Kalina w Muzeum Mozaik

20. Muzeum Archeologiczne

Jeśli jesteście fanami historii i archeologii, spędźcie kilka godzin w Muzeum Archeologicznym. Weźcie jednak pod uwagę, że tureckim muzeom jeszcze trochę brakuje do tych amsterdamskich, więc jeśli nie macie daru barwnego opowiadania o kolejnych eksponatach, dzieciaki mogą się nieco wynudzić. W dodatku w grudniu 2016 roku muzeum było właśnie w połowie szeroko zakrojonego remontu. Wymieniano m.in. wszystkie okna, więc w budynku panowała temperatura mocno zbliżona do tej na zewnątrz. Dobrze przynajmniej, że nie wymieniano dachu, bo kiedy zwiedzaliśmy muzeum, znów z nieba leciało coś między śniegiem a deszczem. Muzeum pewnie pozostawiłoby w nas trochę niedosytu, ale tego dnia każda atrakcja turystyczna z dachem była przez nas witana z radością.

W muzeum znajdziecie takie skarby jak królewski Sarkofag Aleksandra pochodzący z Sydonu w Libanie i datowany na IV w. p.n.e., bogatą kolekcję ceramiki i biżuterii ze starożytnego Cypru, tablice zapisane pismem hetyckim, między innymi Traktat z Kadesz – najstarszy znany układ pokojowy na świecie. Jest też głowa węża z kolumny stojącej na terenie hipodromu. Można też zobaczyć inskrypcję Siloe – jeden z najstarszych przykładów pisma hebrajskiego.

Wyszliśmy stamtąd z mieszanymi uczuciami, bo choć kolekcja robi ogromne wrażenie, to jej prezentacja była fatalna. Zrzucamy to na karb remontu, ale wiele z eksponatów było zupełnie nieopisanych, a w niektórych gablotach ciężko było cokolwiek zobaczyć, bo nie działało światło. Ekspozycje miejscami sprawiały też wrażenie chaotycznie zorganizowanych, albo miały luki, ale to też może wynik remontu. Miejmy więc nadzieję, że prace obejmą coś więcej niż tylko okna i administracja muzeum nadąży z jakością prezentacji za poziomem skarbów, którymi się zajmuje.

Nie omińcie też Pawilonu Fajansowego naprzeciwko głównego budynku, w którym teraz znajduje się Muzeum Tureckiej i Islamskiej Sztuki Ceramicznej. Znajdziecie tam m.in. przepiękną fontannę, czy może raczej sułtańską „umywalkę” z XIX wieku bogato zdobioną wizerunkami pawi. Kiedy skończycie ją podziwiać, poszukajcie wzrokiem wiszącego obok obrazu, na którym uchwycono sułtana w pozie jakże bliskiej tej, którą wy sami przybraliście przed fontanną. Warto też poświęcić chwilę samemu budynkowi, bo choć jest on poza murami Topkapi, to tak naprawdę wybudowano go w 1466 roku jako jedną z pierwszych części pałacu.

21. Przejdźcie się wzdłuż murów Teodozjusza

Nawet jeśli niebiosa sprzysięgną się przeciw Wam, by Was do nich nie dopuścić, to walczcie. Dzień, w którym my wybraliśmy się do murów, był chyba najgorszym pogodowo dniem naszego pobytu w Stambule. Deszcz ze śniegiem zacinał, wiatr hulał, plucha skutecznie rozmiękczała nasze buty. Hardo jednak brnęliśmy przez błota i podziwialiśmy dzieło Teodozjusza z V wieku.

Teodozjusz bardzo daleko odsunął mury od poprzednich umocnień i poszerzył miasto. Jego dzieło musiało budzić respekt, szczególnie u wrogów. Jedenaście bram, 192 wieże i sam mur, a właściwie jego dwie linie ciągnące się na przestrzeni 6,5 kilometra od Morza Marmara do Złotego Rogu. Dzięki nim miasto skutecznie odpierało oblężenia przez kolejne stulecia. Nawet kiedy miasto padło w końcu w 1204 roku pod naporem krzyżowców, to było to wynikiem przełamania stalowych zapór na Złotym Rogu. Mury byłyby w stanie jeszcze długo wytrzymać oblężenie. Do pierwszego i ostatniego frontalnego ataku, który przełamał ich siłę, doszło dopiero w 1453 roku.

Zwiedzanie murów planowaliśmy zacząć od ich południowego krańca i położonej tam fortecy Siedmiu Wież, czyli Yedikule. Urzekł nas jej majestat na zdjęciach w przewodniku. To tam stała Złota Brama przeznaczona tylko dla cesarzy, potem powstał fort, który odbudowali tureccy władcy miasta. W historii Yedikule pojawili się też Polacy, więziono tu Stanisława Koniecpolskiego i stracono Samuela Koreckiego. Chcieliśmy więc wejść na teren fortecy i poczuć majestat i grozę XVIII-wiecznego imperium. A tu guzik. Forteca jest zamknięta na cztery spusty, po dziedzińcu hula wiatr, a przez szpary w bramie można dostrzec porzucone okienka kasowe. Wejścia nie ma.

Postanowiliśmy jednak skorzystać z wizyty w tej okolicy, która zamożnością nie grzeszy, i między fortecą, a uliczką warsztatów samochodowych znaleźliśmy jedną z tańszych restauracyjek w Stambule, gdzie za kilka lirów zjedliśmy zupę i kebaba w bułce. Ze świeżymi siłami ruszyliśmy wzdłuż murów na północ.

A te budzą respekt. Wewnętrzny mur miał 12 metrów wysokości. Przed nim był kilkunastometrowy prześwit i kolejny mur o wysokości 7,5 metra. Dalej kolejny wolny teren o szerokości 12-18 metrów i równie szeroka fosa, którą czasem udawało się nawet wypełniać wodą. Teraz też płynie tam rzeka, ale aut po kilkupasmowej miejskiej autostradzie. Mury są w różnym stanie. Miejscami widać ślady ognisk i dość marnej ochrony, miejscami rażą współczesne wstawki i próby odbudowy, ale na dłuższych fragmentach jest to nadal solidna i oryginalna bizantyjska fortyfikacja. Absolutnie urzekające są za to pola uprawne wypełniające przestrzeń między zewnętrznym i wewnętrznym murem. Taki bardzo intensywny „urban gardening”. Intensywny aż do przesady. Pola zajmują tak dużą przestrzeń, że nawet byśmy się nie zdziwili widokiem kombajnów w sezonie.

Mury Teodozjusza. Stambuł

Mury Teodozjusza. Stambuł

22. Zobaczcie jak upadły mury

„Koniecznie musicie tam iść. Takiego historycznego kiczu nie możecie przegapić” – tak na wizytę w Panoramie 1453 namawiał nas kolega, z którego zdaniem mocno się liczymy. I choć postarano się, by panorama była nie tylko w historycznej okolicy (znajduje się niedaleko miejsca, gdzie faktycznie przełamano obronę Konstantynopola), to jeszcze bardzo dostępnej transportowo (jest na linii T1, ledwie kilka przystanków od Topkapi i innych turystycznych atrakcji), to jednak długo nie mogliśmy tam dotrzeć i mało co, abyśmy tego w ogóle nie zrobili. W końcu jednak tak ułożyliśmy swój kalendarz, by zaliczyć wizytę w panoramie razem ze zwiedzaniem murów. I zdecydowanie polecamy z kilku bardzo różnych względów.

Czym jest panorama? To muzeum o kształcie kopuły o średnicy 38 metrów i wysokości 20 metrów, z gigantycznym obrazem panoramicznym przedstawiającym podbój Konstantynopola przez Turków Osmańskich. Najpierw trzeba trochę zagłębić się schodząc kilka pięter i historycznie zgłębić temat czytając sobie o Konstantynopolu przed podbojem. I tu mała uwaga. Panorama jest skierowana bardziej do Turków niż do turystów i sprawia wrażenie mocno podporządkowanej polityce historycznej Turcji. Widać to po luźnym podejściu do anglojęzycznych napisów i składzie gości. My byliśmy na przykład jedynymi niearabskimi i nietureckimi zwiedzającymi. W związku z tym tablice opisują Konstantynopol tuż przed podbojem jako miasto upadające, miasto bezprawia, miasto skazane na nowe otwarcie. Pokazane są elity uciskające warstwy biedniejsze, wypalenie ideologiczne i religijne, nijakość i marazm.

Potem następuje widowiskowa kulminacja. Przez środek historii wchodzimy do wnętrza panoramy, a tam toczy się nieustająca i zwycięska bitwa. Gra orkiestra, sułtan dowodzi armiami, walą się mury pod ładunkami umieszczonymi w wykonanych podkopach, leje się grecki ogień, w tle widać wieże kościołów a nawet Hagię Sophię. Przy tym całym bitewnym zamęcie trzeba przyznać, że panorama jest niezwykle prorodzinna. Brak na niej krwi, a trupy można policzyć na palcach jednej ręki (na drugiej można policzyć trupy „in making”, czyli na przykład skoczków z wież). Jest radośnie i optymistycznie. To bardziej narodziny nowego miasta niż masakra starego.

Historyczne tablice w swym kiczu nie ustępują malarskiemu dziełu. Plądrowanie? Zabijanie? Niszczenie? Nic takiego! Pełen szacunek dla wszystkich grup religijnych! W dodatku „uciskany lud Konstantynopola” od razu szczerze podziękował Stalinowi, ekhm, sułtanowi za wyzwolenie z rąk opresyjnych elit. Z tablic można się dowiedzieć, że islam przyniósł wyzwolenie wschodniemu chrześcijaństwu spod tyranii katolicyzmu. Ba, jeden z opisów zatytułowano nawet „Nadzieja dla chrześcijan i żydów”! Wydarzenia 1453 roku są w Panoramie opisane równie bezstronnie i obiektywnie, co wyzwolenie Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy z rąk polskich panów. Pouczające doświadczenie, które poza uśmiechem zmusza jednak do refleksji nad teraźniejszością i przyszłością Turcji.

23. Popłyńcie na Wyspy Książęce

Zmęczeni militarną historią Konstantynopola? Zróbcie sobie przerwę i ucieknijcie z miasta. Przy okazji będziecie mogli w końcu zobaczyć jak wielka to metropolia.  Ponad godzinny rejs promem na Wyspy Książęce pozwoli wam dostrzec ogrom Stambułu. My nie mogliśmy wręcz uwierzyć, gdy płynęliśmy i płynęliśmy a gęste zabudowania ciągnęły się po horyzont.

Wyspy Książęce to już zupełnie inny świat niż miasto po drugiej stronie wody. Cisza, spokój i zieleń. Na wyspach ruch samochodowy jest zabroniony (z wyjątkiem pojazdów państwowych), więc głównym środkiem transportu są bryczki konne i rowery. Büyükada, na którą popłynęliśmy, to plątanina urokliwych uliczek prowadzących do lasu, nad którym góruje budynek dawnego greckiego sierocińca. To największy drewniany budynek w Europie i drugi w tej kategorii na świecie. Więcej o nim i o wyspach napiszemy wam w oddzielnym wpisie! Dodamy tylko, że w Buyukadzie zakochaliśmy się prawie tak mocno jak Leon Trocki, który spędził tu kilka lat.

24. Będąc na wyspach zjedzcie lokmę

Buyukada kusi wszystkim co dobre w Turcji. Jak przystało na idyllę odległą o ledwie ponad godzinę od Stambułu, jedzenie odgrywa tu niezwykle ważną rolę. Ceny niestety są przy tym turystyczne, więc zamiast wyszukiwać doskonałe ryby, wyjątkowy lahmacun, czy niezrównaną pide, poprzestaliśmy na lokmie. To małe, słodkie pączusie, które aspirują do roli lokalnego przysmaku. Palce lizać!

Lokma z Wysp Książęcych

Lokma z Wysp Książęcych

25. Wstąpcie do cukierni na typowo turecki deser

My po pączusiach już odpuściliśmy. Cukier nas przytłoczył, a tureckie desery ociekają wręcz słodkością. A do tego połowa z ośmiu stóp uczulona jest na często używane w tureckich słodyczach orzechy, pistacje, migdały i sezam, kolejne dwie stopy nie przepadają za nadmiarem cukru, a Kalinie nie daliśmy prawa głosu w tej kwestii. Jeśli jednak nie lubicie sobie odmawiać słodyczy w życiu i nie macie zbyt wielu alergii pokarmowych, to koniecznie poświęćcie chwilę na eksplorację bogatego świata tureckich deserów.

26. Napijcie się herbaty z maleńkiej, pękatej szklaneczki

Tak jak król może być tylko jeden, tak w Turcji może być tylko jeden napój narodowy. I wcale nie jest to kawa po turecku. Jasne, znajdziecie ją w wielu kawiarniach, ale rozmywa się w wielości innych opcji. Latte, espresso, americano, ba, nawet drip i aeropress… Tymczasem herbata może być tylko jedna. Mocna, aromatyczna i najlepiej posłodzona. Herbatę znajdziecie w Stambule wszędzie, w każdej kawiarni czy restauracji. Nierzadko też zobaczycie sprzedawcę przemykającego ulicą z tacą wypełnioną szklankami. W Turcji herbatę robi się jak u babci – osobno przygotowuje się esencję i rozcieńcza się ją gorącą wodą. A najlepiej przyrządzić ją jak u rosyjskiej albo tureckiej babci, czyli w imbryku!

Klasyczna turecka herbata

Klasyczna turecka herbata

27. Zjedzcie kebaba

Najbardziej zbliżony do tego co sprzedaje się w Polsce jako kebab jest doner kebab, podawany w picie lub, częściej, w zwykłej bułce pszennej. W Stambule to raczej prawie sama bułka z mięsem. Nie jesteśmy wielkimi fanami polskiej wersji kebaba, czyli mięsa otoczonego dużą ilością kapusty, ale doceniamy obecność zieleniny. W tańszych stambulskich jedzeniowniach trzeba być za to przygotowanym, że nasz doner będzie prawie wyłącznie połączeniem mięsa i pieczywa.

No ale w końcu doner to tylko jedna z bardzo wielu opcji. Jest też na przykład pyszny, pikantny adana kebab – podłużny kotlecik z mielonego mięsa, sis kebab, czyli szaszłyk, i wiele, wiele innych. Z kulinarnego punktu widzenia Turcja to świetny kraj do podróżowania z dziećmi, bez problemu znajdziecie coś pożywnego i mało pikantnego, co zjedzą nawet największe niejadki (Maciek przez kilka dni żywił się głównie ryżem, nauczył się nawet sam go zamawiać – „Bir pilav lutfen”, zanim nie przekonał się do kebabów).

28. Do kebaba koniecznie zamówcie ayran

No bo w końcu ile można pić herbatę. A tak pyszny, lekko solony jogurtowy napój świetnie zaspokoi Wasze pragnienie!

29. Napijcie się bozy

Nie herbata, nie ayran, nie piwo (od kilku lat alkohol nawet w Stambule robi się coraz droższy i coraz mniej dostępny), to może klasyczna boza? Najpierw jednak, koniecznie, przeczytajcie „Dziwną myśl w mej głowie” Orhana Pamuka. Ta książka sprawi, że chodząc stromymi uliczkami Stambułu będziecie rozglądać się za sprzedawcą bozy, nasłuchiwać jego nawoływań, wyobrażać go sobie pchającego wózek pod górę.

Sprzedawców już raczej nie spotkacie, bozę można kupić w każdym sklepie, od tych malutkich po supermarkety, ale najlepiej spróbujcie jej w Vefa Bozacisi. Serwują tam bozę od 1876 roku, a na półeczce stoi szklanka, z której pił sam Atatürk! O tym, ilu klientów odwiedziło ten niepozorny z zewnątrz przybytek świadczy m.in. wyżłobiony marmurowy próg kawiarni. Nie sposób nie ulec też urokowi zgranej ekipy zza lady. Królują tam panowie w wieku 50-60 lat. Ich każdy ruch jest w pełni profesjonalny i przemyślany. Z przelewanej bozy nawet kropla nie spada na ladę, a obsługa chętnych jest maszynowa w swej sprawności i przyjacielska w kontakcie (oczywiście tureckim, bo na konwersację po angielsku z panami zza lady nie ma co liczyć).

Boza to napój ze sfermentowanej kukurydzy – jeśli nie zachęca Was ten opis, spróbujcie i tak, jej smak może Was zaskoczyć! Gęsta, słodko-kwaśna, oprószona po wierzchu cynamonem, Maćkowi który nie wiedział co pije skojarzyła się z … musem jabłkowym! Można też ją posypać prażoną ciecierzycą, sprzedawaną w sklepiku po drugiej stronie ulicy.

30. Obejrzyjcie wirujących derwiszów

Nam, z przyczyn pogodowych i zdrowotnych niestety się nie udało, zostawiamy sobie na następny raz, jednak jeśli bylibyście zainteresowani, możecie zobaczyć to niezwykłe, mistyczne widowisko w wielu miejscach w Stambule. Chyba najbardziej znanym jest Galata Mevlevihanesi, czyli Sala Wirujących Derwiszów na Galacie (ulica Galip Dede). Sufizm, czyli mistyczny ruch w islamie, z którego wywodzą się derwisze, został zakazany dekretem Ataturka w 1924 roku, ale nigdy do końca nie przestał być obecny w życiu Turków. Sala na Galacie w latach Ataturka stała się najpierw szkołą, a potem muzeum klasycznej poezji. Jako miejsce, gdzie znów wirują derwisze, wróciło w 2009 roku.

Budynek Galata Mevlevihanesi pochodzi z XIX wieku, ale derwisze byli w tym miejscu już dużo wcześniej, bo od 1491 roku. Na tyłach Sali znajdziecie ogród i dawny cmentarz mistyków. Zwiedzanie muzeum i całego kompleksu kosztuje tylko 10 TL. Dużo droższa jest sama ceremonia, którą można obejrzeć w niedziele o godz. 17. Kosztuje 70 TL. Bilety można kupić przez różnych pośredników w internecie, albo na miejscu. Choć w wielu miejscach udaje się dzieci przepchnąć za darmo, tak tu niestety trzeba być przygotowanym na kupno biletu dla najmłodszych, na szczęście z 50-procentową zniżką.

Samo spotkanie z obsługą było sentymentalnym powrotem do dawnych podróży po Bliskim Wschodzie. Bilety są sprzedawane na niewielkim stoliku przed wejściem do Sali. Sprzedaje je kilku panów, którzy słabo mówią po angielsku, odpalają papierosa od papierosa i zajęci są głównie sobą głośno rozmawiając. Klient musi poczekać na swoją kolej. Oczywiście potem jest bardzo przyjaźnie, a większość rozmowy upływa na przekomarzaniu się z dziećmi.

Wirujący Derwisze w Stambule

Wirujący Derwisze w Stambule

31. Wskoczcie na azjatycką stronę miasta

Szczególnie, że staje się to coraz łatwiejsze. W grudniu 2016 roku otwarto nawet tunel drogowy pod Bosforem! Po europejskiej stronie zaczyna się niedaleko małej Hagii Sophii na ulicy Kennedy’ego, by objawić się z powrotem niedaleko dworca Haydarpasa. Przejażdżka nim nie jest tania – ma kosztować docelowo 15 TL, ale niecodziennie w końcu jedzie się tunelem łączącym dwa kontynenty. Od kilku lat trwają też prace nad międzykontynentalnym tunelem metra, ale co chwila pojawiają się nowe problemy, więc jeszcze chwilę to potrwa zanim promy przestaną być potrzebne.

A pewnie być nie przestaną, bo sama przeprawa promem to duża atrakcja. Kiedy przepłyniecie np. do Uskudaru proponujemy zejść z pokładu i poszwendać się po okolicy. Znajdziecie tam oczywiście kilka historycznych i pięknych meczetów, ale żaden z nich nie dorównuje budowlom z europejskiej części miasta. Jeśli macie więcej czasu lub wybraliście prom do Sirkeci to możecie zwiedzić Muzeum Koszar Selimiye. W czasie wojny krymskiej w połowie XIX wieku były używane jako szpital i to tam właśnie Florence Nightingale zaczęła historię współczesnego pielęgniarstwa.

Prom. Stambuł

Płyniemy do Azji!

32. Usiądźcie na azjatyckim wybrzeżu i wypijcie filiżankę salepu

Jeśli wylądujecie na Uskudarze, to koniecznie pójdźcie na wybrzeże, by podziwiać historyczne wzgórza europejskiej części w blasku zachodzącego słońca. Na pierwszym planie będziecie mieli bardzo urokliwą Wieżę Panny (Kız Kulesi, zwaną też Wieżą Leandra). Zbudowano ją na początku V wieku jako strażnicę i to właśnie między nią a miastem rozciągano słynny żelazny łańcuch broniący wstępu do Bosforu. Potem stała się latarnią morską i taką rolę pełniła też za czasów osmańskich. W swej historii była też rogatką miejską a nawet więzieniem, a obecnie gości kawiarnię, restaurację oraz stację kontroli ruchu na Bosforze.

Z jej nazwą wiąże się wiele legend. Najpopularniejsza opowiada o księżniczce, którą ojciec zamknął w wieży po usłyszeniu straszliwej klątwy. Jego córka miała umrzeć w osiemnaste urodziny ukąszona przez węża. Znalazł więc dla niej miejsce, gdzie żaden wąż nie mógł dotrzeć. Dziewczyna mieszkała w wieży przez wiele lat, aż wreszcie nadszedł dzień jej 18. urodzin. Wtedy u brzegów wysepki pojawił się sprzedawca owoców, który postanowił sprezentować księżniczce kosz ze swoimi produktami. W nim skrył się wąż, który potem ukąsił księżniczkę i dopełnił przepowiedni.

Wież Panny zwana też Wieżą Leandra

Wież Panny zwana też Wieżą Leandra

Siedząc w jednej z wielu kawiarni na świeżym powietrzu z widokiem na Wieżę Panny skuście się na salep. To ciepły, słodki i posypany cynamonem napój na bazie mleka przypominający nieco rozwodniony budyń. I tak możecie dopisać kolejną pozycję do listy „ciekawych napojów wypitych w Stambule”.

33. Pogłaszczcie kota

Jednego z setek, które każdego dnia spotkasz na swojej drodze.

34. Rzućcie okiem na Trump Towers Istanbul

Dlaczego? To proste. Jak pewnie by powiedział sam przywódca wolnego i racjonalnego świata „Because it’s Trump and it’s towers, not one simple tower. And you know, ekhm, make Turkey, oh well, America great again!”.

Pod wieżami Trumpa przejeżdżaliśmy praktycznie co drugi dzień, bo stoją one niedaleko stacji metra Sisli-Mcidiyekoy na linii M2, która była naszą główną drogą do centrum miasta. Nigdy tam jednak nie wysiedliśmy, bo myśleliśmy, że nie było po co. Te okolice to taki warszawski mordor. Dużo biurowców i galerie Mokotów. Tylko w tureckiej wersji, czyli trzy razy drożej, trzy razy wyżej, trzy razy więcej a w dodatku lepiej skomunikowane.

No ale to może być historyczne miejsce, które niedługo przestanie być takie szczególne. Nazwa „Trump Towers” jest bowiem dzierżawiona i turecki właściciel wież musi za nią regularnie płacić… a stawka pewnie teraz urośnie. Poza tym Trump kilkakrotnie w bardzo złych słowach wypowiadał się o muzułmanach co rozwścieczyło nie tylko właściciela wież, ale i samego prezydenta Erdogana. Ciężko się więc spodziewać, by długo jeszcze tolerowano obecność „Trump Towers” w Stambule.

Jaka będzie więc przyszła nazwa? Obstawiamy, że jedna z dwóch: albo Trump-Putin-Erdogan Towers (dla uczczenia nowej geopolityki z pominięciem kwestii religijnych), albo Burdż al-Kuds (Wieża Jerozolimska) dla podkreślenia sprzeciwu świata islamu wobec polityki Trumpa. Niewykluczone też, że będzie nosiła obie nazwy jednocześnie. Jedną przez trzy dni w tygodniu, drugą przez następne trzy, a siódmego dnia rzecznik Trumpa będzie udawał, że w Stambule nie ma żadnych wież poza Galatą. Bo czemu nie. A tak o Trump Towers wypowiadał się w 2015 roku sam Trump:

I have a little conflict of interest, because I have a major, major building in Istanbul … It’s called Trump Towers. Two towers, instead of one. Not the usual one, it’s two. And I’ve gotten to know Turkey very well.

Fragment stambulskiego skyline’u. Bez Trump Towers.

35. Zrób sobie włosy na Trumpa

Jeśli masz złoty zaczes jak Trump, to pewnie większość czasu spędzisz w dobrych hotelach i biurowcach ze szkła i stali. A co jeśli łysiejesz? Też masz szczęście! Stambuł jest światowym centrum przeszczepów włosów! Około 5000 mężczyzn miesięcznie (w tym ok 3500 z krajów arabskich) przyjeżdża do Turcji po nowe włosy. Widać ich potem na ulicach, jak zwiedzają miasto w charakterystycznych opaskach na głowach. Być może więc Trump zamiast odbierać stambulskim biurowcom swoją nazwę powinien raczej własną czupryną zareklamować taką bujną gałąź biznesu w Stambule jaką są przeszczepy włosów?

Przeszczepy włosów, Stambuł

Poletka Pana Boga

Oczywiście nasza lista nie wyczerpuje wszystkiego, co można robić w Stambule. Można być szalonym i pójść na Besiktas w dzień, kiedy ten klub piłkarski gra mecz, najlepiej derby, można szukać dźwięków Stambułu w małych kawiarniach i większych klubach, można zabawić się z dziećmi, kto znajdzie więcej tureckich flag i zdoła je policzyć, można skusić się na typowo dziecięcą rozrywkę czyli park miniatur Miniatürk, można zwiedzić jeden z wielu pałaców albo iść na rybę do eleganckiej restauracji w Arnavutkoy.

My po ponad dwóch tygodniach pobytu nawet nie zdążyliśmy odhaczyć wszystkich atrakcji, które planowaliśmy zobaczyć, a co gorsza, nasza lista z dnia na dzień się wydłużała. Stambuł to miasto, które wciąga i naprawdę da się lubić. I choć po zaliczeniu kilku głównych turystycznych atrakcji można czuć lekką obawę, że nic ciekawego już w nim nie ma, to wierzcie nam, że nuda wam tu nie grozi.

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *