Tym razem wszystko zrobiliśmy nie tak jak należy. Zupełnie na opak. Jak opowiadaliśmy znajomym o naszych planach, to patrzyli na nas z dziwną mieszanką współczucia i politowania. Chyłkiem pukali się w czoło. Szczęśliwie nie trwało to długo, bo, jak to my, bilety kupiliśmy z ledwie 10-dniowym wyprzedzeniem.

Amsterdam, czyli puknij się rodzicu w czoło

Główne powody powątpiewania w nasze zdrowie psychiczne były dwa. Niby powinien być jeden, ale wtedy całe to powątpiewanie stałoby na jednej, niewykluczone że glinianej, nodze. A tak mogło się w pełni oprzeć na dwóch filarach. Jakby znaleźć trzeci, to można by z tego powątpiewania zrobić nawet reformę emerytalną, która przetrwałaby niejedną kadencję.

Pierwszym głównym powodem powątpiewania w nasze zdrowie psychiczne był fakt, że do Amsterdamu postanowiliśmy pojechać z dziećmi. „Do Amsterdamu???” – pukali się w czoło nasi znajomi i to nawet ci, którzy nigdy nie pukają. „Z dziećmi jedźcie sobie do Torunia albo Opola” – dodawali. „Do Amsterdamu zawsze, byle nie z dziećmi! Nawet ciastka w coffee shopie nie zjecie, bo jak tu je zjeść, kiedy najbardziej niewinną myśl o ciasteczku dzieciaki wyłapią swoim słodyczowym radarem z kilometra. A wtedy jak ich przekonacie, że to ciastka tylko dla dorosłych?” – mówili, albo przynajmniej bardzo chcieli powiedzieć, ale tak długie i skomplikowane zdanie nadaje się przecież tylko do zapisania na blogu. „Wymęczycie się tylko jak psy w mięsnym i obejdziecie się śliną” – tak też powinni byli powiedzieć, bo choć myśleli, to mówili jakoś inaczej. Najciekawsze było to, że takie sugestie dawało się wyczuć od ludzi, których nigdy nie posądzilibyśmy o słabości wobec używek…

Nas w każdym razie te argumenty nie zbijały z tropu. Akurat używki najbardziej kojarzące się z Amsterdamem nigdy na nas nie działały. I dobrze, i trochę szkoda.

Drugim, i chyba nawet poważniejszym powodem powątpiewania w naszą normalność było to, że do Amsterdamu wybieraliśmy się… autokarem. Tak, dobrze przeczytaliście, AUTOKAREM, 20 godzin, z dwójką dzieci. Pewnie jakbyśmy byli nieco popularniejsi, to przeczytalibyście o tym potępiający tekst na Pudelku podający w wątpliwość nasze zdolności rodzicielskie, a komentarze byłyby pełne sugestii, co powinna zrobić z nami opieka społeczna. Ale na szczęście aż tak sławni nie jesteśmy, więc niech to zostanie między nami. Bo skoro nas czytacie to chyba wiecie, że mamy długą historię o wiele poważniejszych rodzicielskich przewinień, przy których nawet jeżdżenie autokarem czy karmienie dzieci broodje haring – typową holenderską kanapką ze śledziem, cebulką i ogórkiem, to mały pikuś.

Z drogi śledzie, Kalina jedzie!

Amsterdam z dziećmi autokarem

No więc Amsterdam na nie-zielono, z dziećmi i jeszcze autokarem. Co nas skłoniło do tak desperackiego czynu? Do Amsterdamu planowaliśmy się wybrać już od jakiegoś czasu, korzystając z okazji, że nasza była firma ma tam służbowe mieszkanie, a z naszym byłym szefem całkiem blisko się przyjaźnimy. Wielokrotnie ponawiał zaproszenie, więc uznaliśmy, że w momencie, kiedy nie będą nas już trzymały kawiarniane obowiązki, w końcu z zaproszenia skorzystamy.

Od kilku miesięcy rozglądaliśmy się na stronach z tanimi lotami za jakąś amsterdamską promocją (tanie linie niestety na Schiphol nie latają), ale jeśli macie dzieci w wieku 2+, to zapewne wiecie jak to jest: każda, nawet najlepsza promocja, pomnożona przez cztery, przestaje wyglądać aż tak atrakcyjnie. Rozważaliśmy przelot do Eindhoven, dokąd lata Wizz Air, a potem dojazd pociągiem czy autobusem, ale wychodziło porównywalnie z bezpośrednim lotem regularnymi liniami. Sprawdziliśmy połączenia kolejowe z Warszawy do Amsterdamu, ale informacja, którą uzyskaliśmy od pani w okienku na Warszawie Centralnej była tak absurdalna, że nawet nie potrafimy jej powtórzyć. Przekalkulowaliśmy, ile będzie nas kosztowała wycieczka samochodem, ale benzyna plus wysokie opłaty parkingowe na miejscu zniechęciły nas także do tego pomysłu.

Parkowanie w Amsterdamie (z samochodami jest niewiele łatwiej)

Aż nagle na fejsbuku pojawiła się reklama „Amsterdam od 50 pln”. Jak to? Bierzemy! Ale zaraz, co to jest Ecolines? Gdy dotarło do nas, że to przewoźnik autokarowy, w pierwszym momencie sami popukaliśmy się w głowy. Ale im dłużej nad tym myśleliśmy, tym bardziej kusiło, żeby jednak zaryzykować.

W końcu chwilowo jesteśmy bezrobotni, każdy grosz się liczy (czas zdecydowanie mniej), a bilety za naszą czwórkę w obie strony kosztowały… 350 pln! Doświadczenie w podróżach autobusowych mamy, dzieci już nie są takie małe, można się z nimi jakoś dogadać, a na zdjęciach na stronie przewoźnika autokary wyglądały bardziej cywilizowanie niż laotańskie VIP-busy (o nie-VIPach nie wspominając). Grzech nie skorzystać! Ustaliliśmy szybko termin z rezydującym w Amsterdamie Szymonem i kliknęliśmy „kupuj”.

Autokarem z dziećmi? Da się!

Autokar przez ulice mego kontynentu mknie…

Jak było? Lepiej niż się spodziewaliśmy. Może nie wygramy konkursu na najlepszych rodziców świata, bo pozwoliliśmy dzieciom i na oglądanie bajek, i na gry tablecie oraz Kalinie na spanie na podłodze (co jest podobno bardziej niebezpieczne niż chodzenie po drzewach, czy bujanie się na trzepaku), ale przydały się też książki, kolorowanki i dużo jedzenia (prawie bez niezdrowych przekąsek).

Początek (i końcówka) podróży były najtrudniejsze – na trasie między Warszawą i Berlinem autobus w obie strony był pełen podróżnych, bynajmniej nie polskojęzycznych. Jak się okazało, Ecolines obsługuje głównie narodowości na wschód od Buga i Suwałk jeżdżące do Niemiec i Holandii nie na krótkie, muzealne wyjazdy, a raczej na poszukiwanie środków do życia. Zamiast więc szczęśliwych twarzy wczasowiczów w autokarze królowała zmęczona aura pracowników, którzy przez nacisk globalnej ekonomii zamiast 40 minut w tramwaju spędzają jadąc do pracy 10 godzin w autokarze.

I tacy kontynentalni pracownicy zajęli większość autobusu. W Berlinie wysiadła połowa z nich, w Hamburgu dalsze 25 proc. Reszta podróży odbywała się w – jak na autokar – komfortowych warunkach, każdy miał dla siebie dwa siedzenia, a dzieciakom, jako że są krótsze od dorosłych, nawet wygodnie się na takim podwójnym siedzeniu spało. Ba, przespali nawet największą atrakcję podróży powrotnej – trzepanie autokaru gdzieś pod Hamburgiem w poszukiwaniu narkotyków! Groźne pytania po niemiecku, odpowiedzi po rosyjsku i ukraińsku, mundurowi z poważnymi minami przekopujący się przez wielkie walizy starszych pań wracających na wakacje do domu… Prawie jak w latach 90-tych!

Może to trochę wstyd, ale choć mamy dużo szacunku dla urzędników państwowych, to w przypadku celników uruchamiają się nam od razu mechanizmy obronno-agresywne. Kiedyś, w latach 90-tych, reagowaliśmy agresją narodów drugorzędnych. Wyglądało to mniej więcej tak: „Tak nas sprawdzacie i traktujecie, bo jesteśmy z Polski! Jesteśmy dla was narodem drugiej kategorii! Myślicie, że jesteśmy poza Europą!”. I tak dalej. Niemcy obrywali trochę mocniej niż inni z wiadomych powodów.

Od tego czasu dawno nas nikt w Europie nie kontrolował. Poza tym pojawiły się dzieci. Ale sami poczuliśmy się głupio, kiedy broniąc się dziećmi („Naprawdę? Mam budzić dwójkę dzieci, żeby wychodzić nocą na parking? Po to, żeby się wylegitymować?”), po głowach krążyły nam argumenty w stylu: „po to wchodziliśmy do Unii, żeby teraz lądować na chodniku?”. Tak jakby 90 proc. autokaru, który nie mówił po polsku, tylko po ukraińsku/białorusku/rosyjsku był pozbawiony prawa do spokojnej podróży w Unii i przez swój gorszy status na każde zawołanie musiał wyskoczyć na parking i wypakować swój bagaż.

Kontrola niemieckich pograniczników była z pewnością niezbyt miłym, ale raczej dość niecodziennym wydarzeniem. Dlatego z czystym sumieniem możemy Wam doradzić: nie demonizujcie autokarów, szczególnie jeśli czas was nie goni oraz możecie dać dzieciom dyspensę na kilka godzin bajek. A dodatkowo w końcu spróbujecie kilku rzeczy, od których udawało wam się uciekać przez wiele tygodni w domu. Na przykład od lekcji rysowania księżniczek z waszą córką. I zobaczycie, że to nic strasznego (czyli nic trudnego, a nawet usłyszycie szczerą pochwałę od waszej ukochanej 4-latki).

Jasne, nie jest łatwo. Co prawda autokary mają dzisiaj sporo miejsca między siedzeniami, ale ani 7-latek, ani 4-latka tego nie docenią, nawet jeśli argumentując użyje się takich słów jak PRL, Autosan, Jelcz czy „siedem godzin na granicy”. Było w trakcie tej podróży kilka kryzysów, ale uwierzcie nam na słowo, wcale nie było tak źle, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyliśmy na ser muzea.

Ser – mroczny przedmiot pożądania

W muzeach dzieci się nudzą

No właśnie, muzea. W Amsterdamie muzeów jest coś koło setki, ale jak się myśli o dzieciach, to do głowy przychodzi tylko NEMO, amsterdamska wersja warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. A pozostałe? Dzieci się wynudzą, nic nie zapamiętają, a wy będziecie tak nimi zajęci, że sami nic nie zobaczycie – mówili nam życzliwi. Tymczasem amsterdamskie muzea (z jednym wyjątkiem, o którym jeszcze napiszemy) okazały się tak interesujące i angażujące, i to zarówno dla dorosłych i dla dzieci, że żałowaliśmy tylko, że nie mamy czasu na więcej, albo że chociaż nie są otwarte całodobowo. Ba, ostatniego dnia gdy powiedzieliśmy dzieciom, że nie idziemy do żadnego muzeum, najpierw nie chciały uwierzyć, a potem, gdy akurat jedno mijaliśmy, prawie się popłakały, że nie mogą do niego wejść! NEMO oczywiście też odwiedziliśmy, ale szczerze mówiąc trochę żałujemy, że nie przeznaczyliśmy tego czasu na jakieś inne muzeum (albo dwa) w zamian za obietnicę wizyty w CNK po powrocie.

Rijksmuseum – jedno z tych, w których nie byliśmy

Wagary w Amsterdamie

Karcące spojrzenia trafiały w nas również od rodziców dzieci w wieku szkolnym. Maciek jest już w drugiej klasie i kto to pomyślał, żeby ot tak sobie wyjeżdżać w środku roku szkolnego. Przypomniały nam się czasy pracy na etacie, gdzie zawsze podczas planowania wyjazdów słyszeliśmy, że nie ma szans na urlop dłuższy niż 2 tygodnie. Nikt nigdy na więcej nie wyjeżdża, więc na pewno się nie da. A my zawsze, na przekór złotym radom wpisywaliśmy we wniosek przynajmniej 3 tygodnie i… po krótszej lub dłuższej rozmowie z przełożonym dostawaliśmy tyle urlopu ile chcieliśmy.

Ze szkołą było podobnie – po prostu ustaliliśmy z Maćka wychowawczynią, że dopilnujemy by był na bieżąco z materiałem, a na dokładkę przygotuje dla klasy mini-prezentację o naszym wyjeździe. I tak codziennie wieczorem Maciek siadał do lekcji, a rano zapisywał, co zrobiło na nim największe wrażenie poprzedniego dnia. I jesteśmy pewni, że przez ten tydzień nauczył się dużo więcej, niż gdyby spędził ten czas w szkolnej ławce. A po powrocie, z pamiątek, biletów i ulotek zebranych po drodze, wspólnie przygotowali scrapbooka (a nawet półtora – każde chciało mieć swojego, ale niestety niektórych pamiątek było tylko po jednej sztuce, co spowodowało serię małych dramatów – zapisujemy na przyszłość: brać wszystkiego po dwie sztuki).

Wagary w Amsterdamie

A o tym jakie wrażenie na nas zrobił Amsterdam (i okolice), które muzea zwiedziliśmy, a na które nie starczyło czasu, które byśmy odpuścili, a do których chętnie wrócimy, a także kilka słów o serach wiatrakach, plaży i architektonicznym dysonansie poznawczym napiszemy już wkrótce.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • Hahah, wyśmienita relacja 🙂 Uśmiałam się serdecznie 🙂 A z tym scrapbookiem świetny pomysł. Ja zawsze faszeruję wszystkie przewodniki, ale co ja tam wiem o życiu 😉 Czekam na więcej info o serach (sorry) wiatrakach.

    • Dzięki! A co do scrapbooka to sami się sobie dziwimy, że tak późno na to wpadliśmy:) W harcerskich czasach musiałam prowadzić zeszyt na OK (odznakę krajoznawczą) – wklejanie biletów i pocztówek, zbieranie pieczątek, opisywanie zabytków – nie cierpiałam tego przeokrutnie, ale z perspektywy czasu patrząc fajna to była pamiątka, więc póki Maćka i Kalinę to bawi to będziemy ich na to namawiać na każdym wyjeździe, zwłaszcza że widzimy, jak dzięki temu więcej rozumieją i zapamiętują z tego co widzieli.

    • Ba, niektórzy jeździli maluchem w 4 dorosłych plus dziecko (ja) plus duży pies, dwa namioty i graty na kilka tygodni nad jeziorem, i też się dało:)

    • I niektórym tak zostało, tylko malucha zamienili na większy metraż. Z dwójką dzieci, zazwyczaj ok. 2 tys. km w jedną stronę. I tak co roku. A przyszłoroczna wakacyjna destynacja z polecenia Ajki 😉

    • My klimę mamy, ale staramy się nie używać, bo nas potem gardła bolą. W czasie pierwszej podróży do Bułgarii chłopcy mieli 1 rok, 4 miesiące i 2 lata, 2 miesiące. Ja chyba gorzej zniosłam tę podróż niż chłopaki.

      • Też rzadko używamy, jak w Stanach mieliśmy przyczepę, to klimę włączyliśmy pierwszy raz jak ją sprzedawaliśmy, żeby sprawdzić czy działa, mimo że zdarzały nam się w drodze dość wysokie temperatury:) A to że dzieci znoszą długie dystanse lepiej niż dorośli to chyba norma:)

  • Świetna relacja. U mnie niedługo przyjdą na świat bliźniaki. Podróż w „piątkę” to już będzie całkiem spore wyzwanie, ale już mamy głowy pełne pomysłów. Oby sił wystarczyło 😉

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *