DSC

A więc staliśmy się bezdomni. Przyczepa została w Południowej Dakocie. Rapid City minęliśmy bez żalu. Zwane jest „Miastem Prezydentów” lub „Bramą do Gór Czarnych”. Jak coś chwali się tylko tym, co jest obok, to nie może być zbytnio ciekawe. Z ciekawością za to ruszyliśmy ku parkowi narodowemu Badlands.

Nasza przygoda z Rapid City ograniczyła się do wzięcia w centrum koperty za przyczepę. Z Terrym umówiliśmy się na parkingu pod jego bankiem. Byliśmy pierwsi, więc kiedy Terry zaparkował niedaleko, zamknęliśmy samochód i podeszliśmy do niego. Po raz kolejny spojrzał się na nas, jak na przybyszy z innej planety. „Zamykacie samochód?” – zapytał zdziwiony. „Taki odruch’ – odparliśmy skruszeni.

Po zainkasowaniu pliku dolarów, prawie dokładnie takiego samego, jak kilka miesięcy wcześniej sami daliśmy za Eddiego, poszliśmy jeszcze na spacer. Kilka biurowców, parę knajp, pustawe w południe centrum, typowe amerykańskie miasto poniżej 100 tysięcy mieszkańców. Może nawet miało swój urok, ale, zapewne w latach 60-tych, albo 70-tych, ktoś zdecydował się wpuścić autostradę do samego centrum. Łatwo więc tu dojechać, ale połacie asfaltu są tak wielkie, że pozostaje tylko zaparkować pod sklepem, bankiem, restauracją i wrócić samochodem do domu.

Ruszyliśmy na wschód, jak zwykle bez planu. Parę razy złapaliśmy się na myśleniu, że jak się zmęczymy, to znajdziemy jakiś parking przy drodze i… no właśnie, i co? Podróżowanie bez Eddiego poważnie ograniczyło nasze możliwości noclegowe. Chcieliśmy wypróbować Couchsurfing, na którym niedawno się zarejestrowaliśmy, ale nikt się nie odezwał. No cóż, z Boondockers Welcome na początku też łatwo nie było. Postanowiliśmy nie martwić się na zapas i cieszyć urokami drogi. A na drodze pojawił się właśnie kolejny park narodowy: Badlands.

Badlands

Badlands National Park

Kolory Badlands

Badlands zwiedziliśmy po japońsku: pamiętając jaki kawał mamy do przejechania, zatrzymaliśmy się tylko na kilku punktach widokowych i zrobiliśmy jeden maleńki spacerek. Z mapki wynikało, że Badlands jest raczej parkiem „drive thru”. Jego większa część jest położona równolegle do autostrady 90. Ulotki i strona internetowa radzą po prostu, żeby zjechać z autostrady i zrobić mniej więcej 40 km przez park. To jakaś 1/4 atrakcji.

Do odbicia w bok i zwiedzenia pozostałych 3/4 nikt szczególnie nie namawia. Południowa część jest zresztą w granicach indiańskiego rezerwatu i drogi tylko ją okrążają. Pewnie jest pusto, cicho i spokojnie. No i można, a nawet trzeba trochę pochodzić. W północnej, bardziej cywilizowanej części też jest kilka dłuższych szlaków, widzieliśmy znak kierujący na 4, 5 i 6-milowe spacery. No cóż, może innym razem.

Badlands

Kolory Badlands

Dla osób jadących przez Dziki Zachód w stronę Pacyfiku Badlands może być wstępem do Utah. Tu też dzięki erozji można oglądać przeróżne kolory skał, kaniony, klify, wzniesienia. Wszystko jeszcze skąpane w zieleni z dolin ale już zapowiada, co czeka nas 700 mil dalej na zachód. 75 milionów lat temu płytkie morze w miejscu dzisiejszej Południowej Dakoty było idealnym miejscem do życia dla morskich zwierząt. Kiedy płytkie morze cofnęło się, na jego miejscu wyrósł potężny subtropikalny las. Stopniowo klimat się ochładzał i opadów było coraz mniej. Las zastąpiła sawanna, a potem zielone równiny.

Z czasem stare pokłady skał ujrzały światło dzienne a z nimi przeróżne skamieniałości. Najwięcej jest z oligocenu, czyli sprzed 23 do 35 milionów lat, kiedy las zamieniał się stopniowo w sawannę. Okolicę zamieszkiwały wtedy zwierzęta, całkiem podobne już do współczesnych: przodkowie świń, koni, zajęcy, a także tygrysy szablozębne, czy masywne nosorożce przypominające ze stylu życia bardziej hipopotamy.

Stąd Badlands jest doskonałym miejscem do eksploracji dla paleontologów. Zresztą zwiedzający też znajdują kości prehistorycznych zwierząt. Co i rusz widać prośby i przypomnienia, żeby ich nie podnosić, tylko poinformować obsługę parku, która zbada je profesjonalnie uwzględniają też kontekst i otoczenie, w którym leżały. Odkryte szkielety są wystawione w visitors center, a także przy krótkich szlakach na punktach widokowych.

Badlands

Skały Badlands

Badlands to też jadąc od wschodu jedno z pierwszych miejsc, które samą nazwą sugeruje, że łatwo nie będzie. Osadnicy ciągnący do Oregonu, Utah, czy Kalifornii wyjeżdżali z zielonego Środkowego Zachodu i nagle wpadali a bardzo mało przyjazny krajobraz, gdzie w dodatku znów byli intruzami wystawionymi na indiańskie strzały. Badlands, Devil’s Tower (nazwana tak chyba nie tylko z powodu wyglądu, ale też duchowego znaczenia, które miało dla Indian), Dolina Śmierci…

Robalowe równiny Środkowego Zachodu

W Badlands spędziliśmy ledwie kilka godzin i wróciliśmy na „90”. Krajobraz robił się coraz bardziej monotonny, pagórki zupełnie zniknęły z zielonych równin, a jedyną atrakcją na naszej drodze były z rzadka pojawiające się zjazdy na miasteczka ze stacjami benzynowymi i knajpa przy miasteczku słynącym z tego, że stoi w nim motocykl Elvisa… W krajobrazie ostatnie zawirowania kończą się na rzece Missouri. Dalej jest już tylko płasko i zielono a jedyną istotną zmianą jest przejście pastwisk w pola kukurydzy.

Południowa Dakota jest jeszcze mało przyjazna uprawom i dopiero na Środkowym Zachodzie zaczynają przeważać pola, na których coś się robi. Kiedyś po zielonych pastwiskach Wyoming i Południowej Dakoty biegały głównie bizony, ale kiedy biały człowiek dokończył dzieło Indian, ich miejsce zajęły krowy. Do ich zapachu (a jest całkiem przejmujący nawet na autostradzie) można jeszcze w miarę szybko przywyknąć. Za to do podróży po zmroku przez Południową Dakotę i Minnesotę mocno polecamy dobry płyn do spryskiwaczy. My takiego nie mieliśmy i po kilku godzinach trudno było cokolwiek zobaczyć przez przednią szybę. Momentami wyglądało to jak prawdziwy deszcz insektów.

Zastanawialiśmy się przez chwilę czy nie jechać przez noc, ale jak się ma gwarantowaną pobudkę o godz. 8 rano to nie brzmi to tak zachęcająco. Postanowiliśmy zatrzymać się w motelu. Pamiętając nasze noclegi w drodze na Florydę uznaliśmy dość optymistycznie, że z kuponami bez problemu znajdziemy nocleg poniżej 50 dolarów. Ku naszemu zdziwieniu najtańsze noclegi z gazetek z kuponami i na Południową Dakotę i na Minnesotę kosztowały z podatkiem ponad 60 USD. Przecież to puste, rolnicze tereny! Kto miałby to zapełniać te motele? Pomyśleliśmy, że może jak przyjedziemy późno wieczorem, to po prostu dostaniemy w takim pustym motelu dobrą stawkę.

Twardo jechaliśmy przed siebie licząc na to, że jednak coś się trafi. Zaczęliśmy mięknąć dopiero w Minnesocie. No trudno, bierzemy cokolwiek – zdecydowaliśmy koło godz. 1.30 w nocy. Ku naszemu zdziwieniu wszystkie motele i tanie hotele po drodze były wypakowane po dziurki w nosie. W końcu udało nam się znaleźć wolny pokój w Travelodge Hotel w miejscowości Worthington za 70 dolarów z podatkiem. Jeśli nie liczyć pobytu w Yellowstone, to mniej więcej tyle, ile wydaliśmy w sumie na noclegi przez poprzednie dwa miesiące, czyli od kwietnia. Tęsknimy za Eddiem…

Znajdź niepokojący element...
Znajdź niepokojący element…

Chicago!

Położyliśmy się późno, wstaliśmy wcześnie i znowu jechaliśmy cały dzień. Do Chicago dojechaliśmy wieczorem, mocno wymęczeni. Illinois przypomniało nam przy okazji, że w USA również są płatne autostrady. Płaciliśmy na wschodzie czasem za mosty, ale idea płacenia za przejazd płaską drogą wydawała nam się po podróży nad Pacyfik trochę nie na miejscu. Szybko nam się objawił dziki kapitalizm Środkowego Zachodu.

W Chicago zatrzymaliśmy się u Anety i Miłosza, których poznaliśmy dzięki blogowi. Ugościli nas po królewsku, mimo naszych protestów oddali własną sypialnię, przenosząc się na materac, nakarmili nas i do godz. 3 w nocy zabawiali rozmową przy piwie. O tym, że powrót do Polski już blisko przypominały nam przelatujące tuż za oknem samoloty, które lądowały ponad milę dalej na lotnisku O’Hare…

chicago

Aneta i Miłosz, czyli warto pisać bloga:)

Następny dzień spędziliśmy na spaniu, przepakowywaniu się i wizycie u rodziny, a wieczorem spotkaliśmy się w małej chicagowskiej na piwie w knajpie The Dock nad jeziorem. Miejsce serdecznie polecamy: muzyka na żywo, tuż obok plaża, dla stęsknionych ojczyzny polskie piwo. A dodatkowo miejsce popularne wśród różnych żonglerów czy połykaczy ognia, którzy tuż obok stolików pokazują swoje umiejętności. No i last but not least, skyline Chicago gdzieś za plecami.
chicago

Od lewej: Miłosz, z tyłu Michał (kuzyn), Łukasz (właściciel The Dock) i Aneta

W piątek z rana planowaliśmy udać się w dalszą drogę. Celem na dzień 1 było Kitchener w Kanadzie, gdzie mieszka znajoma rodziny a po drodze planowaliśmy jeszcze wpaść do Zombie Miasta, czyli Detroit. Ale jak to my, nastawiony na godz. 8 budzik postanowiliśmy zignorować, i zgodnie z atawistyczną zasadą „jak twoje dziecko śpi rano to korzystaj z okazji i też śpij” wstaliśmy o godz. 9.30. Zanim zjedliśmy śniadanie i ogarnęliśmy się co nieco, zrobiło się grubo po godz. 12. Nic to, nie pierwszy to raz kiedy wyjeżdżamy z dużym opóźnieniem. W końcu mamy wakacje! Spakowawszy tylko najpotrzebniejsze rzeczy porzuciliśmy resztę dobytku u Anety i Miłosza i ruszyliśmy dalej na wschód, przeklinając pod nosem chicagowskie korki.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *