DSC

Park Narodowy Grand Teton pojawił się na naszej liście miejsc do zobaczenia, odkąd nasi gospodarze z luterańskiego kempingu pod Cedar Breaks, trochę nam o nim opowiedzieli. Kiedyś wybrali się do Yellowstone, ale przejeżdżając przez Grand Teton, zapałali do niego taką miłością, że dalej już nie pojechali. Do Yellowstone dotarli innym razem. Wcześniej planowaliśmy Grand Teton zwiedzić po japońsku i tylko przez niego przejechać z przyczepą. Gdyby nam od razu ktoś wytłumaczył nazwę, byłoby prościej z wyborem.

Grand Teton National Park to po naszemu Park Narodowy Big Cyc. Jak to wystarczy coś nazwać po francusku, i od razu wydaje się, z przeproszeniem, wysofistykowane… Pisząc o parku pozwolimy sobie używać oryginalnej nazwy, w końcu nie chcemy gorszyć co wrażliwszych czytelników.

20130607_210230

Z Evanston na granicy Utah i Wyoming mieliśmy do granicy Grand Teton jakieś 200 mil. Drogi na północ są dwie. Jedna to nieco krótsza trasa wyłącznie „189”, druga to lekkie odbicie na wschód, ale za to wyłącznie po widokowych trasach Wyoming. W Welcome Center, gdzie się na chwilę zatrzymaliśmy usłyszeliśmy jednak, że trasy widokowe wcale nie są ładniejsze od „189”, a na pewno są trudniejsze dla samochodu, ciągnącego przyczepę. Zdecydowaliśmy się więc na krótszą trasę, która okazała się całkiem ładna, ale słabo zapadła nam w pamięć.

Wyoming pozytywnie zaskoczyło nas swoim Welcome Center. To znaczy na początku było mniej miło, bo choć figurowało na liście darmowych noclegów w freecamsites.net, to w komentarzach wpisano już, że nie można tam nocować. Dalej nie do końca wiemy, jak jest z nocowaniem przy trasach w Wyoming. Prawdopodobnie można się zatrzymywać na maksymalnie kilkanaście godzin i spać w samochodzie. Tak czy inaczej poza nocowaniem Wyoming stara się jak może. W Welcome Center, w którym się zatrzymaliśmy był całkiem fajny plac zabaw, darmowy internet, trochę interaktywnych eksponatów na wystawie, do tego koń, na którego można było wejść i zrobić prawdziwie kowbojską fotkę. Całkiem cywilizowany ten Dziki Zachód.

DSC02148

Dzięki internetowi z Welcome Center (z zasięgiem T-Mobile pożegnaliśmy się już dawno) znaleźliśmy sobie miejsce na kolejnych kilka nocy. Grand Teton ma kilka darmowych noclegów opisanych na freecampsites.net i są to jedne z najlepszych miejscówek do zwiedzania parków narodowych, w jakich przyszło nam nocować. Trafić tam nie jest wcale trudno. Jadąc z południa, trzeba dojechać do Antelope Flats Rd odchodzącą w prawo niedaleko za Moose Junction i jechać kilka mil asfaltem, aż dojedziemy do znaku stop, potem w lewo, dalej drogą równoległą do parku narodowego, która potem przejdzie w polną drogą. Po 5-10 minutach dojedziemy do polany z tablicą informacyjną i metalowym pojemnikiem na jedzenie (jak ktoś ma namiot, to musi chować jedzenie w specjalnych pojemnikach, żeby nie kusić okolicznych niedźwiedzi).

Są tam tak naprawdę trzy miejsca na nocleg. To, które my wybraliśmy to polana wokół tablicy informacyjnej. Jest dość popularna, jej minusem są niezbyt równe miejsca na rv, ale jest najłatwiej dostępna. Polna droga, która do niej prowadzi ma wyjeżdżone spore koleiny, ale dalej jest jeszcze gorzej. Trochę dalej po lewej jest całkiem spora równa polana, ale z dojazdem jest tam już trochę trudniej. Bardzo ładne miejsce jest też na wzniesieniu, na które można wjechać skręcając w prawo. Podjazd pod górę jest jednak wymagający i może być trudno z zawróceniem jeśli ciągnie się przyczepę.

DSC02150

Widok ze wzniesienia jest fantastyczny, ale z dołu też nie ma co narzekać. Grand Teton to góry nie byle jakie: z okien przyczepy (na ognisko się nie skusiliśmy, bo komary skutecznie nas zniechęciły) spoglądaliśmy na szczyty powyżej 13 tysięcy stóp. W dodatku nocleg jest na wschód od nich. W promieniach zachodzącego słońca całe płoną i wyglądają jeszcze bardziej dramatycznie niż w środku dnia.

Na Grand Teton poświęciliśmy cały następny dzień. Po utahańskich upałach (przez ostatnie dni temperatura w nocy rzadko spadała poniżej 25 stopni, w dzień dobijając do prawie 40, a o cień w Utah niełatwo…) tu było przyjemne 25 stopni i lekki wiaterek. Pojeździliśmy sobie „scenic drivem”, porobiliśmy zdjęcia z punktów widokowych, przeszliśmy się też na kilka spacerów wzdłuż czyściutkich jezior. Widoki piękne, zapach lasu unosi się w powietrzu, zieleń i błękit cieszą oczy, ptaki śpiewają (cóż za odmiana po Utah!), do tego antylopy, bizony i wszechobecne ostrzeżenia o niedźwiedziach – w sklepikach z pamiątkami (a ma ich ten park kilka) można nawet kupić jednorazowy sprej przeciw niedźwiedziom za jedyne 65 USD. Duże wrażenie robi też… visitors center przy Moose Junction. Elegancki, nowiutki, starannie zaprojektowany budynek, prezentacje multimedialne, wszystko dopięte na ostatni guzik.

DSC02156

A co jest do zobaczenia poza visitors center i punktami widokowymi? Nie pojechaliśmy niestety na szczyty. Uznaliśmy, że 26 USD za dorosłego i 13 USD za Maćka to jednak trochę przydrogo. Od połowy czerwca wysoko w góry można też wjechać za darmo gondolą, ale byliśmy niecały tydzień za wcześnie. Obeszliśmy spory kawałek jeziora Jenny. Niestety poskąpiliśmy na prom (12 USD – dorosły, Maciek – 6 USD) i do ukrytych wodospadów, które są za jeziorem nie dotarliśmy (bez promu to ponad 5 mil w obie strony). Pochodziliśmy trochę po Colter Bay, ale w sumie nie polecamy tych spacerów, bo ścieżka idzie przez las wzdłuż jeziora, bez widoku gór. Jak już spacerować przy jeziorze, to jednak mając Tetony przed oczami. Grand Teton ma naprawdę sporo szlaków do zaoferowania, niestety tylko jeden czy dwa na krótkich kawałkach są dostępne z wózkiem a spacer a Kaliną dłuższy niż kilka mil to prawdziwe wyzwanie. Siły oszczędzaliśmy więc na Yellowstone.

DSC02149

Grand Teton jest parkiem, który powstawał wiele lat. O ile Yellowstone chwali się byciem najstarszym parkiem narodowym świata, tak z Grand Teton, które jest częścią ekosystemu Wielkiego Yellowstone, od początku były same problemy. Okolica to efekt ruchów tektonicznych, które nadal wynoszą w górę pasmo Grand Teton, przy okazji powodując zapadanie się Jackson Hole nazwanej kiedyś przez francuskich traperów Pierre Hole. Dolina fizycznie nie obniża się dzięki lodowcom, erozji i naszej ulubionej amerykańskiej rzece Snake River, stopniowo wypełniając się kolejnymi warstwami osadów.

Jeleń na rykowisku

Jeleń na rykowisku

​Jackson Hole to nie jest najlepsze miejsce do życia. Otoczona górami dolina była okresowo zamieszkiwana przez Indian, aż w jej okolice zaczęły od początku XIX wieku zapuszczać się ekspedycje białych. Potem czasowo wykorzystywali ją traperzy polujący na bobry dla ich futer. Pod koniec XIX wieku, kiedy obok Yellowstone było już objęte (z marnym skutkiem) federalną ochroną z doliną zmierzyło się kilku farmerów. Sezon trwał jednak krótko, a zimy były długie i srogie. Jednak zaledwie po dwóch dekadach kilka okolicznych rancz zdążyło wyczuć, skąd płyną pieniądze i przestawiło się na „dudków”. Dude Ranch to ranczo, gdzie zamiast bydłem zajmuje się turystami. I właśnie takie powstawały od początku XX wieku w Jackson Hole.

Kolejne lata to dla niektórych historia federalnej inwazji wspomaganej przez miliony Rockefellera, a dla innych batalia miłośników przyrody o powstanie parku. W 1929 roku z gór wydzielono park narodowy Grand Teton. Na włączenie do niego doliny nie zgadzali się mieszkańcy ani stan Wyoming i rząd federalny nie był w stanie przełamać tego oporu. Wsparł ich John D. Rockefeller Jr., który zakochał się w dolinie podczas jednego z wakacyjnych wypadów. Wkrótce potem tajemnicza spółka zaczęła masowo skupować ziemię w dolinie. Po przejęciu 35 tysięcy akrów, Rockefeller przyznał się do bycia jej właścicielem i zaoferował ziemię rządowi, o ile włączy ją w obręb parku.

Na drodze stanął jednak stan Wyoming. Przez 15 lat trwały przepychanki. W końcu Rockefeller postawił ultimatum. Albo rząd bierze ziemię i włącza ją do parku, albo zostanie ona sprzedana na wolnym rynku. Rząd federalny się ugiął. W 1943 przejął ziemię i utworzył w dolinie pomnik narodowy. Wyoming próbowało jeszcze walczyć w sądach, ale po kilku latach zdecydowało się jednak na kompromis zawarty w 1950 roku. Wtedy dolinę ostatecznie włączono do parku narodowego.

Wjazd do parku ważny siedem dni to koszt 25 USD. Niemało, ale obejmuje też Yellowstone. Zresztą my i tak pokazujemy tylko naszą roczną kartę. Niemiłym zaskoczeniem były dla nas za to ceny „dodatkowych atrakcji”. Przyzwyczajeni przez dotychczasowe parki narodowe do darmowych autobusów, liczyliśmy na to, że kolejka linowa i 10-minutowa przeprawa promowa na drugą stronę jeziora Jenny będą jeśli nie darmowe, to przynajmniej bardzo niedrogie. Z drugiej strony był to pierwszy park, który otwarcie mówił gdzie w jego okolicach można zanocować za darmo, a na naszą darmową miejscówkę z widokiem przyjechał strażnik życzyć nam udanego pobytu. Trochę nas zestresował, bo zadziałało polskie „o cholera, władza idzie”. Tymczasem wpadł, żeby się przywitać i zapewnić, że w razie pytań i problemów są tu, by pomagać.

DSC02177

​Następnego dnia podjechaliśmy na chwilę do Jackson nacieszyć się internetem, którego przez następnych parę dni mieliśmy nie uświadczyć. „Skomercjalizowane” Moab w porównaniu do Jackson to zapadła dziura. Jackson jest pełne knajp, sklepów dla kowbojów i prawdziwych podróżników, samochody stoją w korkach, nawet park i chodniki (w dużej mierze drewniane w podcieniach budynków, w końcu jesteśmy już prawie na Dzikim Zachodzie) są zatłoczone. O ile jednak w Moab mieliśmy zasięg i 4G, tak w Jackson skończyło się na szukaniu kawiarni z internetem, co wcale nie było takie proste. Za bardzo i tak się do miasta nie przywiązywaliśmy, bo następnego dnia po południu wyruszyliśmy do ostatniego dużego parku narodowego na naszej trasie…

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *