Podobno nikt nie wyjeżdża z Parku Narodowego Bryce Canyon zawiedziony. Rzeczywiście, widoki zapierają dech w piersiach. Ciężko uwierzyć,  że skalny las przed nami nie jest iluzją, albo fototapetą. Ale to olśniewające dzieło natury to prawda. Małym kłamstwem jest tylko nazwa. A skoro kanion Bryce nie jest kanionem, to czym właściwie jest?

Wyznaczając sobie następny cel, czyli Park Narodowy Bryce Canyon nie zdawaliśmy sobie sprawy, że zaczynamy naszą przygodę z dwiema atrakcjami, którym przewodniki nie poświęcają w ogóle uwagi, a nam w pamięci zostały na znacznie dłużej niż sam park. Pierwsza to SR 12, czyli droga stanowa nr 12 – pierwsza „All-American Road” w Utah. Druga to Dixie National Forest, zielona oaza pośród wypalonych słońcem i uformowanych wiatrem i rzekami skał Utah.

Highway 12 – A Journey Through Time Scenic Byway

Route „12” ma jedną z najbardziej pompatycznych nazw wśród tras widokowych USA. Na początku trochę nas to irytowało, ale kiedy przejechaliśmy kilkoma z nich, sami zaczęliśmy w opisach uderzać w bardzo wysokie tony. Inaczej niestety się nie dało. A Utah jeszcze bardziej rzuca na kolana. Szczególnie nas – Polaków, przywykłych raczej do płaskich i zielonych przestrzeni. Już przy „9”, którą zjechaliśmy na południe porzucając międzystanową 15 i dojechaliśmy na nasz najpiękniejszy chyba dzień w Stanach, czyli wyprawę do Wave’a trudno było nam znaleźć odpowiednie i mało kiczowate opisy. Spędziliśmy w jej okolicy tydzień, niektóre fragmenty pokonując po kilka razy i nadal byliśmy nią zachwyceni. A „9” to tylko preludium do „12”.

SR 12 jest jak piękny ozdobny sznur, na który ktoś ponawlekał perełki, Utah’s All-American Road, A Journey Through Time Scenic Byway, itd. Oficjalnych i półoficjalnych opisów „12” ma sporo. Tyle, ile amerykańskich władz i agencji, albo nawet i więcej. Federal Highway Administration wymyśla swoje – federalne, górnolotnie brzmiące opisy. Władze stanowe na drogach, które im podlegają, też lubią się w to bawić (to od razu ściąga rv i harley’owców, a potem całą resztę). Ale to dopiero początek, bo BLM też dostrzegł przyciągającą magię tytułów na drogach, które przebiegają po jego terenach. I korzysta teraz z tego, ile tylko może.

SR „12” ma 124 mile długości i foldery reklamowe chwalą się tym, że przebiega przez jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Nie będziemy z tym dyskutować, bo do tej pory nie znaleźliśmy  miejsca, które wywarłoby na nas większe wrażenie. W swojej okolicy ma tyle atrakcji, tyle szlaków, niepowtarzalnych widoków, urokliwych miasteczek powstałych w czasach Dzikiego Zachodu, że można na niej spędzić wiele tygodni, by dobrze ją poznać. My mieliśmy tylko kilka dni, co wystarczyło by się w niej zakochać i później wciąż do niej tęsknić i wracać.

Gdzieś w okolicach Scenic Byway 12

Bałwaaanku, bałwaaaanku, co robisz tu na gaaanku…

Dixie National Forest, darmowe noclegi i legalne ogniska

„12” to jednak nie wszystko. Jako, że nie jesteśmy w stanie uciec przed pompatycznymi metaforami, to powiemy, że skoro „12” jest jak sznur na który nawleczono stworzone przez naturę perełki, tak szyją, na którym zwieszono ten naszyjnik jest nasz ulubiony las Ameryki – Dixie National Forest. Ohh, Dixie National Forest – że się rozmarzymy parafrazując Toma, naszego przyjaciela z Nowego Meksyku – gdybyśmy mieli znów 20 lat i całe tygodnie wolnego czasu, byłbyś nasz… Dixie National Forest ciągnie się fragmentami od granicy Utah z Nevadą aż po Capitol Reef, do którego planowaliśmy dojechać za jakiś tydzień.W Dixie między Red Canyon a Bryce Canyon spędziliśmy dwie cudowne noce wypełnione gwiazdami i ogniem z ogniska. Udało się nawet zrobić kiełbaski i pieczone ziemniaki i posiedzieć razem z całkiem szczęśliwym, a nie jak zwykle ostatnio marudzącym Maćkiem.

Tu jesteśmy wam winni krótką ogniskową dygresję. Pisaliśmy już chyba kiedyś o firewood i naszej fascynacji tym zjawiskiem. Mała paczuszka takiego drewna (4-5 kawałków) to wydatek 3-7 USD w zależności od miejsca (raz tylko widzieliśmy promocję „dwa za 5 USD”). Przy noclegach w parkach narodowych czy stanowych to jedyna okazja na ognisko. Zbieranie drewna jest tam równoznaczne z rasistowskimi żartami albo krytykowaniem Polaków za agresję i pesymizm. W dwóch słowach: poważna sprawa. Co więcej, tu i tam gorąco zaleca się, by drewna nie przewozić, czyli należy stosować się do zasady: spal tam, gdzie kupiłeś. Nawet jak już ci się nie chce, najchętniej poszedłbyś spać, to nie… masz palić!

Ognisko w Dixie National Forest

Bloga można pisać i tak…

Idea może wydawać się kosmiczna, ale w parkach narodowych ma sporo racji. W butwiejącym drzewie kwitnie różnorodne życie a gnijące konary dostarczają lasowi życiodajnych substancji. Poza nimi jednak zakazy stosowane są również nader chętnie i często ocierają się o absurd. Wiele razy poruszaliśmy ten temat z różnymi Amerykanami i Kanadyjczykami i większość z nich uważała ideę firewood za lekką przesadę. Na szczęście BLM w tym temacie zachowuje się w miarę normalnie. Zarząd Terenów Publicznych nie tylko pozwala na darmowe kempingi na administrowanych terenach (z pewnymi, rozsądnymi ograniczeniami), ale też pozwala zbierać drewno i rozpalać z niego ognisko. Z czego oczywiście skwapliwie skorzystaliśmy. Niestety, najwyraźniej nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł, więc o drewno w Dixie nie jest tak łatwo.

Tu jeszcze jedna dygresja dla tych, którzy chcieliby kiedyś podejść do naszego bloga w sposób praktyczny, czyli podróżować naszymi ścieżkami. Jeśli planujecie pójść na żywioł, skręcić w boczną drogę i zanocować na terenach administrowanych przez BLM czy National Forest Service, bez oglądania się na freecampsites.net, albo książki Marianne Edwards, które już polecaliśmy, albo na nas, to jednak zalecamy wizytę w lokalnym biurze BLM/NFS. Powinniście dostać pełną informację z dobrą mapą, a dodatkowo dowiecie się czy na przykład nie ma dodatkowych kempingowych obostrzeń. Może się bowiem zdarzyć, że będziecie potrzebowali pozwolenia albo nocowanie w danym miejscu jest dozwolone tylko dla pojazdów z toaletami o obiegu zamkniętym.

Red Canyon

Hoodoosy w Czerwonym Kanionie

Darmowe kempingi przy kanionie Bryce

W okolicy Bryce Canyon sprawdziliśmy dwa miejsca na nocleg polecane przez Marianne. Pierwszy jest na północ od „12” po markerze 6, tak w okolicach mili 6,5. Trzeba zjechać w utwardzoną drogę 121 i dość łatwo ją przegapić. Po ¾ mili po prawej stronie będzie widać miejsce na darmowy kemping. Marianne polecała to miejsce jako niezwykle malownicze z własnymi hoodoo (formacjami skalnym kojarzonymi z Brycem) w tle. Faktycznie było pięknie, ale niestety także bardzo nierówno, co podkreślała też Marianne. Jedyne w miarę równe miejsce było zajęte. Stała już tam jakaś klasa C, na zewnątrz stolik, krzesła, bagażnik na rowery, buty, w środku grająca muzyka i pies. Brakowało tylko właścicieli tego przybytku i rowerów. Po pół godzinie prób ustawienia przyczepy tak, żeby dzieci nam z łóżek nie spadały, pojechaliśmy dalej.

Zaledwie około milę dalej, za markerem 7 jest Tom Best Spring Road, czyli leśna droga 117. Niełatwo ją przegapić bo po południowej stronie jest duży parking dla quadów („117” to quadowy szlak, ale poza sezonem wieczorami ani rano nikt po nim nie jeździ), a nasza droga wiedzie na północ. To duże, dobrze oznaczone skrzyżowanie. Miejsca na kemping zaczynają się już kilkaset metrów od „12”. My jednak chcieliśmy mieć trochę ciszy i odjechaliśmy mniej więcej milę. Znaleźliśmy puste, równe miejsce z kręgiem na ognisko i nawet całkiem sporym zapasem uzbieranego i niespalonego drewna (żeby się zrewanżować zostawiliśmy po sobie całkiem podobny). Widoków nie było, ale te ogniska, gwiazdy i cisza…

Już na tym siedmiomilowym kawałku „12” oferuje niezapomniane widoki. Jest takie miejsce, które kojarzyliśmy z różnych reklamówek o podróżach przede wszystkim rv. Chodziło za nami zdjęcie stamtąd i chodziło, aż w końcu sami mogliśmy to przeżyć:

All-American Scenic Byway - SR 12

Słynny łuk na „12”

Pierwszego dnia, te kilka godzin, które nam pozostały do zachodu słońca spędziliśmy trzy mile od naszego kempingu – w Red Canyon. To część Dixie National Forest. Red Canyon na pierwszy rzut oka ma niewiele do zaoferowania, ale tak naprawdę to dziesiątki mil szlaków spacerowych, konnych, atv/ohv (czyli z polska quadowych). My tylko liznęliśmy to co ma do zaoferowania i przeszliśmy się kilkoma krótkimi szlakami przy samym visitors center. Zrobiliśmy sobie krótki (2 mile) popołudniowy spacerek.

Red Canyon to taka mini wersja Bryce’a, przejście z w miarę normalnych leśno-kanionowych widoczków w kompletnie innych świat. Jeśli bardzo się spieszycie, lepiej chyba więcej czasu spędzić w Bryce Canyon. Dobra rada: jeśli będziecie tam z dziećmi nie odbijajcie na część szlaku zwaną Photo Trail. My popełniliśmy ten błąd. Ścieżka nie jest długa, ale bardzo stroma, podejść w górę jeszcze się da w miarę bez problemu, widoki rzeczywiście super, ale zejście na dół to niezłe wyzwanie – nie obyło się bez zjeżdżania na pupie, lekkiego strachu i późniejszego powątpiewania w swój zdrowy rodzicielski rozsądek…

Park Narodowy Bryce Canyon

Następnego dnia pojechaliśmy do Bryce’a. Miłe miejsce na świętowanie urodzin najstarszych dwóch z ośmiu stóp. Jak na nas przystało, dojechaliśmy tam dość późno, bo ok. 11, do tego kończył się długi weekend, więc z parkowaniem łatwo nie było. Nie udało nam się zaparkować przy punktach widokowych Sunrise ani Sunset więc postanowiliśmy pojechać dalej popatrzeć z vista points przy drodze, podążając szlakiem Mordziaka z Nowego Sącza (pozdrowienia dla Mariusza J.). Jeśli macie tylko jeden dzień na Bryce darujcie sobie. Naprawdę olśniewające widoki są przy „amfiteatrze”. To znowu gra kształtów nierzadko przeczących logice, tylko tym razem w obłędny już sposób. Mamy już na to własne określenie: skały, które przeczą prawom jengi.

Bryce Canyon

Bryce Canoyn

Z Brycem mamy problem. Marianne Edward,s prowadząca serwis Boondockers Welcome, autorka przewodników o tanim podróżowaniu po Utah, pisała o nim, że nikt nie wyjeżdża z niego zawiedziony, przynajmniej nie jeśli chodzi o widoki. Tak, to prawda. Widoki na amfiteatr zapierają dech w piersiach. To w końcu aria tych formacji skalnych. Cedar Breaks jest preludium, Red Canyon cichą przygrywką orkiestry (powinniśmy częściej bywać w operze, by porywać się na takie metafory), a Bryce to wyśpiewana na całą operę aria. Tak, amfiteatr przyprawił nas o zawrót głowy, hoodoo ciągną się po horyzont, gapiliśmy się w nie godzinami z różnych punktów widokowych.

Mimo wszystko wyjechaliśmy jednak z poczuciem niedosytu czy niespełnienia. Może znów zabrakło dłuższego spaceru po krawędzi amfiteatru i zejścia chociaż na godzinę na dół? Niestety, Maciek po początkowym zapale, głównie przy zbieraniu śmieci w plastikowej rękawiczce, którą dostał w visitor center (to jedno z zadań na”młodego strażnika parku”) po jakimś czasie padł i odmawiał spaceru dłuższego niż kilkaset metrów. Kalina też nie miała swojego dnia, a ponieważ stała się już mobilną frustratką (bardzo by chciała się poruszać, ale jeszcze nie potrafi), to samym wyginaniem i okrzykami, też potrafi skutecznie uprzykrzyć noszenie w nosidełku. Bryce’a możemy więc odłożyć na półkę z napisem: „czegoś nam w nim zabrakło, sprawdzimy czego na emeryturze”.

No dobra, ale czym jest Bryce? Bryce wbrew nazwie nie jest kanionem. To klifowy amfiteatr, jeden ze stopni wielkich schodów, czyli „Grand Staircase” zaczynających się na południu, zaraz za Wielkim Kanionem, to element płaskowyżu Paunsaugunt, który w tym rejonie urwał się wznoszącemu się płaskowyżowi Kolorado i zaczął się schodkowo osuwać. A hoodoo to stadium erozji ścian tych klifów, które najpierw pękały poprzecznie, potem pęknięcie były pogłębiane przez strumienie i zamarzającą wodę, a na końcu dalsza erozja rozdzielała te poprzeczne ściany i tworzyła z nich hoodoo. Bryce Canyon otrzymał swoją nazwę od mormońskiego osadnika przybyłego tu ze Szkocji, który jako pierwszy zamieszkał w okolicy. Bryce wypasał tu swoje krowy. Kiedyś zapytano go jak się żyje w takim miejscu. „Piekielnie trudno znaleźć krowę kiedy się zgubi” – odpowiedział Bryce.

Bryce Canyon to, podobnie jak Zion, park narodowy pełną gębą. Wjazd bez rocznej karty to 25 USD od samochodu, po parku kursuje darmowy autobus, choć samochodem da się wszędzie dojechać. Bryce jest też ogromnie popularny wśród zagranicznych turystów, my odnieśliśmy wrażenie, że szczególnie wśród polsko-języcznych. Było to pierwsze miejsce od czasów Chicago, gdzie polski słyszeliśmy co krok. Gdy w końcu ruszyliśmy do domu (w sensie do przyczepy) i zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, samochód obok tankował właśnie rodak z Des Plains, IL…

(Visited 247 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *