DSC

Jako że Maciek jest fanem Myszki Miki, uznaliśmy za nasz rodzicielski obowiązek odwiedzenie Disneyworld. Jego miłość do Klubu Przyjaciół Myszki Miki nie przestaje nas zadziwiać, ale cóż, podobno nie jest w tym osamotniony. Poza tym za ten wpis dostaliśmy wór dolarów od Walta Disneya (nauczyliśmy się od Kominka), więc nie będziemy narzekać.

Disneyworld – finansowo zaboli…

Disneyworld jest gigantycznym kompleksem składającym się z czterech oddzielnych parków. Lonely Planet pisze, że niektórym ciężko uwierzyć, że tuż obok jest miasto. I rzeczywiście, jadąc autostradą mija się znaki informujące o kolejnych zjazdach do różnych parków, a samo Orlando gdzieś się w tym gąszczu gubi.

Bilety do Imperium Disney’a można kupić na jeden lub kilka dni, bilet na jeden dzień upoważnia do wstępu do wybranego parku (opcja przeskakiwania między parkami, czyli park-hopper jest dodatkowo płatna). Po krótkiej dyskusji zdecydowaliśmy się na zwiedzenie jednej tylko części – Magic Kingdom. Taka jednodniowa przyjemność kosztuje 89 USD za osobę dorosłą, 83 za dziecko powyżej 3 roku życia. Do tego dochodzi parking – 14 USD.

Jak nietrudno policzyć, samo wejście dla czteroosobowej rodziny (a właściwie 3-osobowej, bo Kalina wchodzi za darmo) kosztowało nas 275 USD! Za jeden dzień, do jednej części parku! Czasem czujemy się winni ściągając filmy z internetu, ale nie tym razem…

Oczywiście wejście i parking to nie wszystko. Dochodzą jeszcze dodatkowe atrakcje w środku oraz jedzenie. Prowiant wzięliśmy oczywiście ze sobą, i słusznie, bo na miejscu można było kupić na przykład hot doga za jedyne 9 USD. I była to chyba najtańsza z opcji jedzeniowych.

Na miejsce dojechaliśmy koło południa (nie to, żebyśmy mieli daleko, po prostu, jak zwykle, dobrze nam się spało). Wahaliśmy się, czy nie wrócić następnego dnia nastawiając uprzednio budzik na blady świt, ale w końcu uznaliśmy, że nie ma się co oszukiwać, jutro też zaśpimy. Poza tym park czynny jest do 21. Dorosły może i jeszcze da radę, pomyśleliśmy sobie, ale dziecko, tyle godzin…(jak się potem okazało, my byliśmy gotowi do strategicznego odwrotu już koło 18, a Maciek się właśnie zaczął rozkręcać).

Wkręceni w tryby (głośnej) maszyny

Disneyworld jest głośny. Wszędzie słychać muzykę i krzyczące dzieciaki. Gdy raz udało nam się trafić w ciche miejsce okazało się, że jest to kącik palacza. Mimo, że jesteśmy niepalący, spędziliśmy tam kilka błogich minut. Poza tym nie da się ukryć, że wszystko tam jest dopięte na ostatni guzik. Od momentu przekroczenia bram parkingu gościa porywa marketingowa maszyna. Na parkingu zajmuje się kolejne miejsca, jedno za drugim, Kieruje do nich obsługa, machając rękami, jak na lotniskowcu. Na ogromnym parkingu musi być ich kilkadziesiąt osób. Zdecydowanie więcej niż na lotniskowcu.

W Disneyworld zawsze jest czas na przytulanki

W Disneyworld zawsze jest czas na przytulanki

Potem jest transport z parkingu do parku, najpierw kolejką potem promem bądź pociągiem. Magic Kingdom składa się z bodajże 6 części, między którymi można jeździć koleją parową (stacje są chyba w trzech) albo wypożyczonym wózkiem elektrycznym, jeśli się jest inwalidą/mieszkańcem rv parku dla „adults over 55” (o tym będzie więcej w kolejnym poście). Dziecięce wózki też można wypożyczyć za jakąś zupełnie horrendalną opłatą, która zwraca Disney’owi wartość wózka po kilku dniach w obiegu.

Przy każdej atrakcji jest specjalny parking dla wózków. Nawet jak swój się zaparkuje gdzieś indziej, to wózkowe wróżki przeprowadzą go szybko na odpowiedni parking. Wiemy, bo sprawdziliśmy. I od razu się wytłumaczymy, że zrobiliśmy to niechcący – za pierwszym razem. Ale w sumie to dobra rada (szczególnie, że wydaliście na to kilkaset dolarów). Gdziekolwiek postawicie wózek, to znajdziecie go potem na przeznaczonym dla nich parkingu.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do teatru, gdzie lekko zszokowany Maciek zrobił niedźwiedzia z Mikim. Też byliśmy nieco zszokowani i zanim ochłonęliśmy też już byliśmy po misiu z myszą. Potem poszliśmy obejrzeliśmy wzruszające przedstawienie z doborową obsadą o tym, że marzenia się spełniają.

Magic Kingdom

Przedstawienie pod zamkiem w Magic Kingdom

Jeśli ktoś jest fanem wyrazistych amerykańskich szczęk tak jak Paweł, to faktycznie jedno z marzeń się spełniło. Tancerze byli wręcz typami idealnymi tzw. szczęki Amerykanki. W sumie, jakby się przyjrzeć postaciom z Disney’a to wielkość paszczęki mogła odgrywać pewną rolę przy ich wyborze. Donald i Daisy – duże dzioby, Goofy, Pluto – duża szczęka, tylko Miki i Mini są jacyś tacy wycofani i może świat ich za to lubi. Ale cóż, może nie warto szukać głębokich interpretacji w amerykańskiej popkulturze, żeby nie pójść w ślady pewnego kandydata na prezydenta RP i jego odczytania Gwiezdnych Wojen.

Disneyworld Magic Kingdom

Wielkie szczęki w służbie Disney’a

Następnie rzuciliśmy się w wir karuzel, rollercoasterów i innych typowych dla parków rozrywek atrakcji, większość z nich poprzedzona minimum 15-minutowym czekaniem. W międzyczasie postanowiliśmy zaszaleć i kupiliśmy sobie lody (jakby się ktoś zastanawiał, co zrobiliśmy z tym worem dolarów) – Paweł miał pecha, nie zdążył nawet spróbować swojego, bo wyrwała mu go z ręki mewa. I nie był to żaden pojedynczy przypadek, były ich całe stada, potrafiły usiąść na wózku i wyciągnąć z niego cokolwiek właściciele nieopatrznie zostawili (na szczęście dla Kaliny, z pominięciem dzieci).

Nie tylko Watykan ma więc ten problem (czytaliśmy o tym, że mewy nie mają żadnego szacunku dla świętości) i wypadałoby zapytać czy fundamentalistyczny, atawistyczny wręcz terroryzm praktykowany przez mewy, który zagraża zachodnim ideałom (przepłaconym lodom w parku rozrywki) można nadal tolerować. Będziemy za kilka miesięcy w Waszyngtonie, to zapytamy. Może chociaż wystosujemy ultimatum, żeby ujawniły broń masowego rażenia, albo oddały Pawłowi za lody.

A jak wrażenia? Jak na rollercoasterze, po chwilach ekscytacji i zachwytu przychodziła refleksja, że podobne atrakcje to mieliśmy 15 lat temu w Warszawie pod Pałacem Kultury. Często półgodzinne czekanie kończyło się 5 minutami zabawy, z której wychodziło się prosto do sklepu z pamiątkami. Ale za chwilę była kolejna atrakcja dopracowana w najmniejszym szczególe. Na zakończenie, o godz. 20, były fajerwerki. I mimo, że już byliśmy nieprzytomni ze zmęczenia i zmarznięci, zdecydowanie było warto. A potem jeszcze jak błądziliśmy do wyjścia okazało się, że zobaczyliśmy tyko ułamek wszystkiego i w niektóre rejony parku w ogóle nie dotarliśmy.

Disneyworld Magic Kingdom

Zamek w Disneyworld Magic Kingdom

Co z tego zapamiętał Maciek? Wbrew naszym oczekiwaniom wcale nie spotkanie z Myszką Miki. Zresztą, jak to Maciek, jak już zobaczył Mikiego zaczął dopytywać gdzie jest Goofy. Po zobaczeniu Goofy’ego zaniepokoił się o Pluta. Po przedstawieniu, w którym grały prawie wszystkie kluczowe postaci, pytanie „a co z Daisy?” powraca jak bumerang jeszcze kilka dni później. Odpowiedź, która tłumaczy ostatnio większość nieobecności, i którą Maciek doskonale rozumie jest: „pojechała na wakacje”.

Zdecydowanie największe wrażenie zrobił na Maćku rejs inspirowany „Piratami z Karaibów”, a konkretnie pożar miasta – Trochę się boiłem – mówi Maciek – Dlaczego był pożar? A była straża pożarna? – dopytuje. Drugą rzeczą, która utkwiła mu w pamięci to smugi kondensacyjne w kształcie literek (tych, którzy przypadkiem nie wiedzą informujemy, że nasze dziecko jest fanem smug kondensacyjnych:)

Maciek i smugi kondensacyjne w Magic Kingdom

Maciek i smugi kondensacyjne w Magic Kingdom

Nam utkwiły w pamięci horrendalnie wysokie ceny, mewy – złodziejki, zdecydowany nadmiar bodźców i czekanie w kolejkach. Ale co tam, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto ani przez chwilę nie poczuł się u Disneya jak dziecko. Czasem warto sobie przypomnieć, że marzenia się spełniają.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *