Gdynia. Plaża Miejska
Gdynia. Plaża Miejska

Wyjazd do Gdyni miał program skrojony prawie wyłącznie pod młodsze cztery stopy. Jeśli nas czasem czytacie, to wiecie zapewne, że raczej unikamy niebezpiecznego nagromadzenia „rodzinnych” atrakcji. Jednak tym razem większość czasu (poza „bonusem” na zakończenie weekendu) całkowicie oddaliśmy Maćkowi i Kalinie. A Gdynia okazała się być miejscem wyjątkowo dziecioprzyjaznym.

Każdy rodzic, który leciał kiedyś samolotem, na pewno zwrócił uwagę na instrukcję, żeby w razie awarii maskę tlenową nakładać najpierw sobie, a dopiero potem dziecku. Ma to ten sens, że jeśli ktoś ma zemdleć z braku tlenu, to lepiej żeby to było dziecko. Rodzic z maską ma wtedy szansę zadziałać. W drugą stronę to raczej się nie uda. My z wyjazdami też tak mamy. Potrzebujemy ich jak tlenu. Naszą maską są miejsca i rzeczy, które lubimy. I dopiero gdy zadbamy o nasze podstawowe potrzeby, możemy zająć się zapewnianiem atrakcji dzieciom.

Oczywiście to teoria, bo jak wiadomo życie, zwłaszcza rodzica, to trudna sztuka kompromisu. Stąd tyle w naszych wyjazdach i na blogu przystanków na placach zabaw, parków z dinozauramimuzeów i skansenów, których głównym odbiorcą mają być najmłodsi oraz wielu innych miejsc, w które żaden normalny, dorosły człowiek nie udałby się z własnej woli, jeśli akurat nie byłby w towarzystwie kogoś nieletniego.

Gdyńskie koło widokowe

Gdyńskie koło widokowe

Spóźniony Dzień Dziecka w Gdyni

Do Gdyni udaliśmy się na pokaz w ramach Gdyńskich Warsztatów Podróżniczych. W piątek po południu wystąpiliśmy z prezentacją w kameralnym, aczkolwiek szacownym gronie. W sobotę wieczorem mieliśmy kilka godzin na to, żeby poznać się dobrze z twórcami Warsztatów i przy okazji naszymi gospodarzami, ale resztę weekendu poświęciliśmy na typowo rodzinne atrakcje.

Ostatnie kilka miesięcy było dla nas bardzo trudne i nie byliśmy w stanie poświęcić Maćkowi i Kalinie tyle czasu ile powinniśmy i ile byśmy chcieli. Na różne sposoby domagali się naszej uwagi, i żeby wynagrodzić im ten ciężki okres a przy okazji uczcić mijający właśnie dzień dziecka, postanowiliśmy w Gdyni skupić się na nich. Prawie cały nasz wyjazd był wypełniony typowo dziecięcymi rozrywkami. Było to o tyle łatwe, że Urząd Miasta Gdyni był na tyle miły, że postanowił nas obdarować darmowymi wejściówkami do kilku „młodzieżowych” miejsc. Na szczęście okazało się, że nawet goszcząc w takich atrakcjach, rodzice wcale nie muszą się nudzić.

Gdynia. Plaża Miejska

Wakacje nad Bałtykiem, buty w dłoń, kaptury na głowy…

Co zatem można robić w Gdyni z dzieciakami? Oto trzy miejsca, które na upartego można „zaliczyć” w jeden weekend, ale uprzedzamy, będziecie tak zmęczeni, że po powrocie do hotelu/domu zaśniecie jak dzieci:) A jeśli jeszcze przypadkiem starczy Wam sił, dorzucamy do listy miejsce już do dorosłego zwiedzania, ale dzieciaki też znajdą tam coś dla siebie.

Nie piszemy o takich oczywistościach jak spacer po plaży do Klifu Orłowskiego, po pierwsze dlatego, że sami pewnie na to wpadniecie, po drugie dlatego, że jak to zwykle bywa nad polskim morzem, nasz trwał zaledwie 15 minut, a ten dłuższy, odkładany na niedzielne popołudnie, musieliśmy sobie darować, bo w ulewie i wichurze słabo się spaceruje…

Nie wspomnimy też o spacerach szlakiem architektury modernistycznej, których przynajmniej jedną trasę trzeba koniecznie zaliczyć, i dla których na pewno jeszcze do Gdyni wrócimy. Nie rozpiszemy się o Kamiennej Górze, na którą warto sobie wejść dla widoków, ale czekanie w kolejce do kolejki to chyba średni pomysł. Nas kolejka do kolejki i sama kolejka ominęły, ale to dlatego, że w sobotę przyszliśmy za późno, a w niedzielę za wcześnie. Dostaliśmy się więc na górę w tradycyjny sposób a potem biegusiem popędziliśmy na dół, żeby zdążyć przed deszczem… Dużą część weekendu spędziliśmy bowiem aktywnie gdzie indziej.

Gdynia. Kamienna Góra.

Gdynia. Widok z Kamiennej Góry.

Adventure Park Kolibki Gdynia

Czego tam nie ma! Park linowy, ścianka wspinaczkowa, tyrolka, quady – na więcej nie starczyło nam czasu chociaż spędziliśmy tam większość soboty! Na Adventure Park Kolibki spokojnie można przeznaczyć kilka weekendów, a przy okazji mieć pewność, że i dorośli, i dzieci wrócą do domu zachwyceni i porządnie wymęczeni.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Park w Kolibkach jest ukryty za linią kolejową, przejeżdża się do niego wąskim wiaduktem, by od razu skręcić w piaszczystą i mocno wyboistą drogę przy rozpadającym się płocie. Potem wśród piachu i dołów trzeba sobie znaleźć miejsce do parkowania, a o to nie jest łatwo nawet poza sezonem. Odradzamy próby parkowania na placu po prawej stronie przed wjazdem na parkingi najbliższe recepcji. Tą trasą jeżdżą quady i jeśli nie planujecie wizyty w myjni, to po kilkugodzinnym postoju w tamtym miejscu na pewno będziecie musieli takową zaplanować.

Jak już wypakowaliśmy się na parkingu, to dalej nie opuszczały nas wątpliwości. Całość na pierwszy rzut oka wygląda chaotycznie i przytłaczająco. Atrakcji jest niesamowicie dużo, ale chowają się po kątach i choć wiele wysiłku włożono w system informacji wizualnej, to trudno się jednak w tym wszystkim połapać. W chwili zagubienia najlepiej zdać się na fantastyczną obsługę, która wprowadzi w tajniki parku i pomoże się odnaleźć. A kiedy będziecie wiedzieli już czego chcecie i dacie sobą trochę pokierować, Park wchłonie was bez reszty.

Dla nas kluczowa była wizyta w parku linowym. Wstyd się przyznać, ale mimo bycia rodzicem od prawie 8 lat, pierwszy raz do takiego przybytku trafiliśmy zaledwie kilka tygodni temu, przy okazji wizyty w Wiśle. I wpadliśmy po uszy. Całą czwórką (z Kaliną na czele!) pokochaliśmy przechodzenie w uprzęży między drzewami. Kalina wprawdzie jest jeszcze nieco za niska na średnią trasę, ale udało się nam ją przemycić, i z naszym wsparciem przeszła prawie całą. Tylko raz spadła i zadyndała na wysokości kilku metrów nad ziemią – po chwili paniki (bardziej naszej niż jej) wciągnęła się z powrotem na przeszkodę i przeszła do kolejnego punktu.

Obsługa ściągnęła ją dopiero kiedy okazało się, że spryt i zwinność to nie wszystko, potrzebne są jeszcze trochę dłuższe ręce. Podobnie jak w Wiśle skończyło się histerią („Ale ja bym dała radę..!!!”), a jeszcze długo po powrocie do Warszawy wymuszała na nas obietnicę, żeby następnym razem, jak dopadnie ją chwila słabości, przypomnieć jej, że ma kombinować, bo inaczej ją zdejmą, a ona już na pewno sobie poradzi. Normalne dziecko miałoby traumę do końca życia…

Oczywiście oberwało nam się od postronnej starszej pani, która najpierw postanowiła wcisnąć wnuczkę bez kolejki (bo czemu nie), a potem uznała, że czas przejść do normatywnego ataku i wyrażeniu kilku opinii o naszych metodach wychowawczych. Najbardziej rozbawiło nas pytanie „co my chcemy udowodnić”, wysyłając Kalinę na trasę, która może być dla niej za trudna. Otóż my nic nie chcieliśmy udowadniać. Chcieliśmy mieć po prostu resztę dnia wolną od kalinowej ambicji, która nie znajdując ujścia w parku linowym pewnie uderzyłaby w nas potokiem pretensji. Ambitne dzieci bywają trudnym materiałem…

Dla tych trochę mniejszych lub równych Kalinie przewidziano mini park linowy przy placu zabaw. Wędruje się po nim nie w koronach drzew ale od kilku centymetrów do 2-3 metrów nad ziemią. Również jest zabawnie, choć bardziej ambitne dzieci na pewno wtedy nabiorą ochoty na trudniejszą trasę.

Oprócz parku linowego przetestowaliśmy również ściankę wspinaczkową (najgorzej poradziła sobie Ola, najlepiej Maciek), quady (tu dziewczyny spasowały, ale Paweł z Maćkiem – zupełnie oddzielnie – świetnie się bawili) i tyrolkę (cała rodzina zgodnie była zachwycona!). Z braku czasu i sił odpuściliśmy konie (ku rozpaczy Kaliny), paintball, strzelnicę i domki na drzewach. Za to odpoczęliśmy sobie w cieniu, kiedy dzieci wytracały resztki energii na placu zabaw albo wielkim dmuchanym zamku. Najlepiej zresztą zaplanować sobie co chcecie robić przed przyjazdem. W Kolibkach za każdą atrakcję płaci się oddzielnie, cennik znajdziecie na stronie parku.

Park w całości (poza recepcją) jest na świeżym powietrzu, na piaszczystym, zalesionym, pagórkowatym terenie. Warto więc przywiązać dużą wagę do prognozy pogody. Jest dość survivalowo, nie liczcie na chodniki, podjazdy, itp. cywilizacyjne wynalazki. Mokasyny i białe koszule zostawcie w szafie i do parku w Kolibkach załóżcie coś raczej mniej wyjściowego. Na miejscu można na szczęście coś zjeść – wegan i miłośników zdrowego jedzenia ociekający tłuszczem grill pewnie odstraszy, nam po kilku godzinach aktywności wydał się mrocznym obiektem pożądania.

Akwarium Gdyńskie

Z Akwarium Gdyńskim jest trochę jak z piłkarską ekstraklasą. Nie wystarczy lidze dać odpowiedni przedrostek, by stała się ekstra. Tak jest z tym muzeum. Nie wystarczy go nazwać akwarium, by nagle zaczęły w nim pływać niezwykłe okazy.

I chyba właśnie z tego nieporozumienia bierze się całkiem sporo mało entuzjastycznych opinii o tym miejscu w internecie. Musimy się przyznać, że po ich lekturze mieliśmy duże wątpliwości, czy w ogóle się tam wybierać. Ale, że i tak planowaliśmy wizytę na Molo Południowym i miejskiej plaży, to czemu też nie zajrzeć do Akwarium. Zajrzeliśmy więc i nie żałujemy, było naprawdę super-ciekawie.

Żeby osiągnąć stan lekkiego zachwytu, trzeba sobie jednak w głowie zmienić nazwę tejże placówki z akwarium na muzeum. To szczególnie istotne jak ktoś widział parę ciekawych placówek tego typu. Może to być o tyle łatwe, że Akwarium Gdyńskie przez ponad 30 lat zwało się: Muzeum Oceanograficzne i Akwarium Morskie Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni. Gdyby zostać przy tej nazwie to pewnie oczekiwania byłyby bardziej adekwatne do tego co można zobaczyć na miejscu. A tak trochę na wyrost i pewnie, by lepiej wpadało w ucho muzeum stało się akwarium. A to myli i wywołuje frustrację zwiedzających. My odwiedziliśmy kiedyś wcale nie najlepsze akwarium w Nowym Orleanie, i na dźwięk słowa akwarium do głowy przychodzą nam obrazy pełne wielkich, przeszklonych szyb za którymi pływają najróżniejsze morskie stwory.

W Gdyni jest ich trochę, ale nie są jedynym gwoździem programu. Można tam zobaczyć 1500 żywych organizmów z około 250 gatunków, m.in. węgorze elektryczne, anakondę, żyjącego na styku wody i lądu poskoczka mułowego i największą żywą rafę koralową w Polsce. I wiele innych fascynujących istot, o których można przeczytać na stronie akwarium. Ale większą część ekspozycji stanowią modele, plansze i płaskorzeźby przedstawiające różnorodne informacje związane z życiem morza oraz eksploatacją jego zasobów, np. technikę badań, penetracji i eksploatacji mórz i oceanów czy mapę plastyczną przedstawiającą ukształtowanie dna Bałtyku.

Czy więc „muzeum” jest gorsze niż „akwarium”? Wcale nie! Po prostu czegoś innego się po nim spodziewamy. Zanim więc zniechęcą Was internetowe recenzje, to po prostu pomyślcie, że wybieracie się do muzeum+ (Akwarium Gdyńskie ma od 2005 roku status ogrodu zoologicznego). Z takim podejściem na pewno wyjdziecie z powrotem na molo z poczuciem dobrze spędzonych 1-2 godzin.

Centrum Nauki Experyment

Mimo że mniejsze od warszawskiego Centrum Nauki Kopernik, potrafi wciągnąć na ładnych kilka godzin. Jest to miejsce, gdzie dzieciaki mogą przeprowadzać doświadczenia i badać zjawiska z różnych dziedzin nauki.

W przeciwieństwie do większych odpowiedników, gdyński Experyment ma tylko jedno piętro, a mimo to atrakcji tam co nie miara. Spora część ekspozycji poświęcona jest człowiekowi – dzieciaki zaznajomią się z zasadami pierwszej pomocy, dowiedzą się jak ważna jest profilaktyka i nauczą się tego i owego o funkcjonowaniu ludzkiego organizmu.

Na wystawie Hydroświat, niczym w amsterdamskim NEMO, poznamy działanie śluzy, tamy, śruby Archimedesa, a nawet stworzymy ogromny wir wodny! Interaktywne stanowiska pomogą przyswoić dzieciom (oraz ich rodzicom, którzy nie za wiele pamiętają z fizyki) naturę dźwięku czy istotę elektryczności i magnetyzmu.

Są też laboratoria, w których mali naukowcy z pomocą pracowników centrum przeprowadzą ciekawe eksperymenty albo przygotują dla mamy scrub do ciała z naturalnych składników. Wystawy się zmieniają, więc jeśli już kiedyś w Experymencie byliście, to spokojnie możecie tam wrócić i czekają Was nowe atrakcje.

Nagroda pocieszenia dla wytrwałych rodziców

Jeśli daliście radę dotrzymać kroku dzieciakom zasłużyliście na nagrodę. W końcu nawet najdłuższy dzień dziecka musi się kiedyś skończyć.

Jest w Gdyni miejsce, którego absolutnie ominąć nie należy: Muzeum Emigracji. Powstałe zaledwie dwa lata temu (otwarto je w maju 2015) opowiada historię milionów Polaków, nie tylko sławnych, ale także, a nawet przede wszystkim, tych anonimowych, „zwykłych” ludzi, którzy zdecydowali się wyjechać w poszukiwaniu szczęścia. Wystawa skupia się na okresie od początków XIX wieku aż po dzień dzisiejszy.

Już sama siedziba muzeum zachwyca. Przepięknie odrestaurowany modernistyczny budynek Dworca Morskiego przy Nabrzeżu Francuskim w gdyńskim porcie został wybrany nieprzypadkowo. To stąd w okresie międzywojennym tysiące Polaków wyruszało w podróż z biletem w jedną stronę. Dokąd jeździli nasi rodacy? Co sprawiało, że opuszczali ojczyznę? Tego dowiemy się z wystawy – zbiory muzeum to relacje i pamiątki, wywiady i zdjęcia, setki historii ludzkich zebranych w jednym miejscu.

Dawno temu, kiedy jeździliśmy przyczepą po Stanach, zachwycaliśmy się amerykańskimi muzeami, że takie interaktywne, multimedialne, zajmujące, przyjazne, nie to co te nasze – nuda, szklane gablotki i flanelowe kapcie. A potem wróciliśmy do Polski i przekonaliśmy się, że kapcie powoli ale jednak odchodzą, ustępując miejsca placówkom, które bez wstydu mogą konkurować z tymi po drugiej stronie oceanu. Brama Poznania, Muzeum Stary Młyn w Żarkach, czy Muzeum Ikon w Supraślu sprawiły, że nasze dzieci (i my też!) na hasło „muzeum” zaczęły reagować zdecydowanie inaczej niż my kiedy byliśmy w ich wieku.

Trochę jeszcze przytłaczała nas historyczna perspektywa w polskich muzeach. Tak jakby warto było opowiadać tylko o wydarzeniach, które najlepiej sięgają korzeniami przed II wojnę światową. Tak jakbyśmy pozostali w cywilizacji historii mówionej i brakło potrzeby opowiadania o czymś, o czym opowiedzieć może babcia czy dziadek. Chyba najbardziej doświadczyliśmy tego w Muzeum Amsterdamu, które choć przechodziło przez całą historię miasta, to bardzo dużo miejsca poświęciło współczesności, przeplatając wszystkie istotne dla miasta nurty życia: transport (lotnisko Schiphol), sport (trybuny Ajaxu Amsterdam), sztukę (galerie czasowe), etniczność, religijność i poza perspektywą mocno historyczną pozwalało spojrzeć na miasto jako niesamowicie złożony i ciągle ewoluujący organizm. A jego symbolem wcale nie muszą być przedmioty czy osoby sprzed wielu wieków, ale mogą też stać się całkiem użytkowe elementy miasta, których używamy codziennie.

Na szczęście my też mamy się już czym pochwalić. Najpierw na liście naszych ulubionych muzeów pojawiło się Muzeum Śląskie w Katowicach. A po wizycie w Gdyni wysoko tuż obok niego uplasowało się Muzeum Emigracji. Oba muzea mają zresztą wiele wspólnych elementów: chodnikową ekspozycję (którą podążą się jak ścieżką w IKEA, co by użyć porównania, które zrozumie każdy Polak szukający w niedzielę nowej sofy i/albo tanich klopsików) oraz podniesienie przedmiotów, które jeszcze chwilę były czymś codziennym, do rangi eksponatu. Zwykły śląski dom w Katowicach, Fiat 126p, wnętrze LOT-owskiego samolotu, czy w pomnikowy MS Batory w Gdyni. Tak trzeba pokazać Śląsk i tak trzeba pokazać emigrację.

Na Muzeum Emigracji warto przeznaczyć na nie kilka godzin, bo czytania/oglądania/słuchania jest naprawdę sporo!

Naszym dzieciom tym razem zwiedzanie odpuściliśmy. Uznaliśmy że jeśli są choć w połowie tak zmęczeni po dwóch dniach wypełnionych atrakcjami co my, to dla naszego i ich komfortu lepiej będzie pozwolić im spędzić trochę czasu w Sali Małego Podróżnika z oknem w kształcie bulaju i starannie dobranymi zabawkami i książeczkami, z czego skwapliwie skorzystali. Tylko Kalina wpadła na końcówkę wystawy i z zainteresowaniem korzystała z interaktywnych eksponatów.

Trochę potem żałowaliśmy że jednak nie namówiliśmy ich na zwiedzenie całości, bo wystawa miała sporo elementów, które na pewno by się im spodobały. Pamiętajcie też o tym, że przejście głównej części ekspozycji potrafi zająć nawet dwie godziny, a nie ma wyjść w połowie. Zabierzcie więc dzieci ze sobą na spacer po emigracyjnych korytarzach, a zabawę w kąciku zostawcie na koniec, kiedy wy sobie odpoczniecie próbując strawić widziane chwile wcześniej historie.

Gdzie zjeść w Gdyni?

Nie samym zwiedzaniem człowiek żyje, czasem trzeba coś zjeść. My odwiedziliśmy i z czystym sumieniem możemy polecić kilka miejsc:

Główna osobowa – jeden z najmodniejszych lokali na mapie miasta (a z tego co się zdążyliśmy zorientować, jest w Gdyni w czym wybierać!). Świetny wystrój, świetna kawa, ciekawe wariacje na temat tradycyjnych potraw (placki ziemniaczane czy gołąbki w hipsterskiej odsłonie). Lubimy takie miejsca szczególnie na śniadania, ale i kolacje w nich je się przyjemnie.

By the way – śniadaniowa jaglanka na mleku kokosowym z owocami i bakaliami wy-mia-ta. Jeśli lubicie zjeść zdrowo a przy okazji nacieszyć oczy pięknym wnętrzem (i pięknym sposobem podania potraw), zajrzyjcie tam koniecznie!

Piqniq – świetna opcja dla dzieciatych i nie tylko. Naleśniki na słodko, wytrawnie, mięsnie, rybnie i wege (może menu nie było aż tak długie jak w kultowej naleśnikarni w Opolu, ale i tak było z czego wybierać). Do tego bagietki, sałatki i zdrowe koktajle, a wszystko to w rozsądnych cenach oraz ilościach przekraczających nasze skromne możliwości (nawet Maciek z trudem zmieścił całość i z kolejnym „jestem głodny” odczekał prawie dwie godziny – zwykle pytanie to słyszymy 15 minut po posiłku:)

Gdzie spać w Gdyni?

Tym razem nie poratujemy Was osobistą rekomendacją, jako że skorzystaliśmy z zaproszenia nowych znajomych, ale noclegów w Gdyni macie do wyboru co niemiara.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *