W Laosie spędziliśmy prawie miesiąc. Nie spodziewaliśmy się, że tyle tu zabawimy, a tym bardziej, że jeszcze będzie nam mało. Ciągnęło nas już jednak do Kambodży, szczególnie do Angkor Wat. Kupiliśmy więc bilety do Stung Treng – pierwszego większego miasta po drugiej stronie granicy i ruszyliśmy ku nowej przygodzie.

Granica Laos Kambodża

Stung Treng. Chwilę trwało, zanim się tam dostaliśmy…

Bilety z Pakse do Stung Treng kosztowały nas 15 USD za sztukę. Niby sporo, ale jak potem sprawdzaliśmy ceny lokalnym transportem na krótszych odcinkach, to kombinowanie wcale nie wyszłoby nas taniej. Mogliśmy też za kilka dolarów więcej pojechać do Siem Reap albo Phnom Penh, ale po pierwsze dalej biliśmy się z myślami, gdzie chcemy (i zdążymy) pojechać, a po drugie oznaczałoby to dodatkowe kilka (a może i więcej) godzin w busie/autokarze. Po niedawnych traumatycznych przygodach transportowych postanowiliśmy dawkować sobie dłuższe przejazdy.

Początki były obiecujące. Odjechaliśmy w miarę punktualnie, w autobusie spotkaliśmy rodaka, z którym bardzo przyjemnie się nam rozmawiało, całkiem sprawnie dojechaliśmy do krainy 4000 wysp, gdzie wysiadła większość pasażerów, wraz z naszym nowym znajomym. Też przez jakiś czas wahaliśmy się nad spędzeniem tam kilku dni, ale poczytaliśmy sobie, że poza imprezowaniem i podpatrywaniem Mekongu na kacu niewiele tam można robić. Na Mekong już się napatrzyliśmy, na imprezowanie jesteśmy już trochę za rodzinni, więc Wyspy nas nie skusiły. Wraz z niewielką grupką przesiedliśmy się do busika, który żwawo ruszył w stronę granicy.

Granica Laosu z Kambodżą. Koniec cywilizacji

Granicę laotańsko-kambodżańską w Veun Kham/Stung Treng przekraczaliśmy na piechotę. Nie lubimy tak robić, kiedy mamy kupiony bilet. To w końcu najłatwiejszy sposób, żeby oskubać turystę. Przecież nie wróci się z pretensjami. Przejście w Veun Kham nie było najprzyjemniejszym, jakie zdarzyło nam się odwiedzić, a mamy ich już trochę na koncie. Na początek laotański urzędnik ze znudzoną miną pobiera po 5 dolików od łebka „za stempelek”. W naszej grupce zawrzało. Przez jakieś 10 minut kręciliśmy się to tu to tam, stanowczo odmawiając płacenia. Ale na nic prośby i groźby. Znudzona mina i roszczeniowy ton urzędasa były dobrze wyćwiczone. Pierwsze poddały się hiszpańskie emerytki. Gdy z drugiej strony granicy nadszedł naganiacz z firmy autobusowej, strasząc że busik odjedzie bez nas, pękła reszta grupy. My jeszcze chwilę próbowaliśmy walczyć, ale widząc, że do niczego to raczej nie doprowadzi, potulnie uiściliśmy dwudziestaka (!).

Odkąd sięgamy pamięcią nie zapłaciliśmy 20 dolarów łapówki! Pewnie gdybyśmy byli sami, skończyłoby się na scenach, załamywaniu rąk, płaczących dzieciach i przeszlibyśmy za darmo lub prawie darmo. No ale na nasze nieszczęście mieliśmy bilety na dalszą podróż i sami nie byliśmy.

Pamiętamy, jak przekraczaliśmy granicę Tajlandii z Laosem i tajska strona wydawała nam się końcem cywilizacji. Teraz było podobnie. O ile laotański chciwy pogranicznik siedział sobie w murowanym budyneczku, to druga strona czeka jeszcze na swojego kambodżańskiego Kazimierza Wielkiego. Ich personel graniczny siedzi w skleconej byle jak wiacie, a kontroler sanitarny pobiera swoją część „opłat” przy stoliku wystawionym na poboczu drogi.

Jak zarobić na pograniczniku

No właśnie, kolejny był stolik przy którym pan mierzył temperaturę za co kasował dolara od łebka. Podobno wystarczy asertywnie przejść szybkim krokiem udając, że się go nie widzi, ale nam, wciąż jeszcze poirytowanym chłodnym pożegnaniem z Laosem, jakoś wypadło to z głowy. Zreflektowaliśmy się stojąc już przy stoliku z termometrem przy czole i zaczęliśmy bardzo nieudolnie szukać pieniędzy. Wydłubaliśmy jednego dolara, powiedzieliśmy stanowczo, że więcej nie mamy i pan machnął ręką, wciskając jeszcze Maćkowi na drogę euraka, którego młody znalazł na stoliku. Przynajmniej na tym jednym punkcie byliśmy te parę eurocentów do przodu.

Na koniec czekała nas najtrudniejsza przeszkoda do pokonania: kambodżańscy pogranicznicy. Wypełniliśmy grzecznie formularz wizowy, daliśmy zdjęcia i oprócz stawki, której się spodziewaliśmy czyli 30 USD od łebka za wizę* usłyszeliśmy kwotę wyższą o 20 dolarów. Jak to? Dlaczego? – Za stempelek – niechętnie wyjaśnił pan za biureczkiem, wpisując skwapliwie dane z formularzy do grubego zeszytu. Kolejny haracz? O nie, to już dla nas było za dużo.

Wręczyliśmy niechętnie żądaną kwotę, dając do zrozumienia, że bardzo nam się to nie podoba. Panowie byli niewzruszeni. Postraszyliśmy interwencją na wyższych szczeblach. Nadal nic. Ale – ale: za każdym razem, gdy używaliśmy słowa „bribe” (łapówka) najważniejszemu panu za biureczkiem występowała na czole kolejna kropelka potu, a żyła na szyi robiła się coraz grubsza. Poszliśmy tą drogą. Pięciominutowy monolog naszpikowany słowem „bribe” i… purpurowo-siny ze wściekłości pogranicznik rzucił w nas dwudziestką. Mała rzecz a cieszy:)

Myślał indyk o niedzieli…

Radosnym krokiem popędziliśmy do busika, w którym cała reszta zaczynała się już mocno niepokoić. Ruszyliśmy zostawiając nieprzyjazną granicę za sobą, z nadzieją, że nic gorszego tego dnia już nas spotkać nie może. Przejechaliśmy po zaskakująco gładkiej drodze (nówka sztuka, podobno wyremontowano niedawno nie tylko fragment, którym jechaliśmy, ale całą trasę od granicy aż do Phnom Penh) kilkanaście kilometrów, zdążyliśmy powiedzieć do siebie „Ale sprawnie poszło, pół godzinki i będziemy na miejscu!” kiedy nagle spod maski poszedł siwy dym. A myśleliśmy, że po naszej podróży do Pakse limit pechowych przejazdów na tym wyjeździe już wyczerpaliśmy…

Zatrzymaliśmy się na poboczu. Z nieba lał się żar. Kierowca zafrapowany zaczął gmerać pod maską. Spoko, ahoj przygodo! – pomyśleliśmy. Może złapiemy stopa? O święta naiwności. Przez kolejne 3 godziny, które spędziliśmy na tej kambodżańskiej patelni, w naszą stronę nie przejechał ŻADEN samochód. Ani skuter. Ani rower.

Pasażerowie wesołego busika szczęśliwie nie tracili humoru. Rozsiedliśmy się na poboczu pod jedynym drzewem w okolicy i zaczęliśmy dzielić się jedzeniem, wodą i opowieściami. Poza hiszpańskimi emerytkami był jeszcze sympatyczny Austriak, którego spotkaliśmy kilka dni później w Angkor Wat, młode Hiszpanki  – jedna po Erazmusie we Wrocławiu i jeszcze kilka osób, które wolały raczej w samotności odliczać godziny do ratunku. Nawet Maciek z Kaliną doskonale się bawili, bo jeden z naszych towarzyszy podróży jak się okazało jeździ po świecie pracując jako wolontariusz. Wyciągnął z plecaka garść balonów i wyczarował z nich niezliczone psy, koty, żyrafy i fantazyjne nakrycia głowy. W końcu, gdy zaczęliśmy już tracić nadzieję, nadszedł ratunek: przyjechał bus zastępczy, który już bez większych przygód zawiózł nas do celu.

Cel okazał się być nie wiadomo czym. Ni to dworcem autobusowym, ni to przydrożną restauracją. Podobnie jak reszta podróżników zaczęliśmy rozważać tam swoje opcje. Podróż do Phnom Penh w międzyczasie się ulotniła. To i tak miało być jedynie miejsce przesiadkowe w drodze na kambodżańskie wybrzeże. Jechalibyśmy tam jeszcze w sumie ze dwa dni, potem mielibyśmy 1-2 dni odpoczynku i znowu kilkanaście godzin przebijania się z powrotem przez Kambodżę. Już nawet nie chodzi o to, że my jesteśmy na to za starzy, a dzieci za młode. Po prostu nie było warto.

Zostały nam więc dwie opcje. Mogliśmy coś zjeść i ruszyć dalej, do Siem Reap, albo call it a day – odpocząć po męczącej podróży i na spokojnie znaleźć transport na jutro. Nasi towarzysze niedoli podzielili się – emerytki z Hiszpanii ruszyły na poszukiwanie noclegu, reszta szukała miejsc w mocno napchanych busach jadących w kierunku Angkor Wat. Maciek z Kaliną wyciągnęli skądś zepsuty zabawkowy samochód podsumowując niejako minione godziny. Odpuściliśmy. Spotkany kilka dni później w Angkor znajomy Austriak ze zgrozą wspominał dalsze przygody transportowe tego dnia, co post factum upewniło nas w przekonaniu, że podjęliśmy słuszną decyzję. Daliśmy się złapać jednemu z naganiaczy na podwózkę do całkiem przyzwoitego guest house’u przy samym głównym placu miasteczka i uzgodniliśmy szczegóły transportu na kolejny dzień.

Kambodża i jej motoryzacja

Kambodża i jej motoryzacja

Stung Treng – bolesne zderzenie z Kambodżą

Odsapnęliśmy, doprowadziliśmy się do porządku i ruszyliśmy na pierwsze spotkanie z nowym krajem. Podczas tej podróży zdarzało nam się już bywać w zapadłych dziurach. W dodatku w większości były to zapadłe dziury na turystycznych bądź transportowych szlakach, a nie idylliczne osady z daleka od utartych szlaków. Aż tak offowi nie jesteśmy. Ale każda z tych dziur miała choćby jakiś cień uroku. Jakiś błysk, zaułek, niezmącony widok na Mekong, urokliwe podwórko, majestatyczne góry w oddali, cokolwiek na czym umęczony wzrok mógł się zatrzymać na kilka chwil i odpocząć. Stung Treng nic takiego nie ma. Jesienią 2014 roku przypominał pomieszanie wysypiska śmieci z placem budowy opanowanym przez pstrokatą i kompletnie pozbawioną gustu deweloperkę. Pstrokatość i pokraczność budynków wyrastających pośród pokracznych zardzewiałych bud rzucała na kolana. Na szczęście przejście gdziekolwiek wymagało ciągłego patrzenia pod nogi by nie wejść w śmieci, wystające pręty, wykopane doły czy błotne kałuże.

Te kałuże były zresztą jedyną oznaką jako takiego dbania o przestrzeń wspólną. Powstawały bowiem od polewania głównej ulicy wodą, by unosiło się z niej jak najmniej pyłu. A i tak wieczorem, zapadła piaszczysta mgła. Wracaliśmy więc do domu prawie po omacku, idąc tylko dzięki światłom mijających nas toyot hiluxów i witryn tych kilku sklepów, których właściciele postanowili włączyć lampy. Jeśli nasz opis nie był dla was wystarczająco graficzny, to polecamy spacer po Stung Treng w Google Street View

No ale kiedy człowiek staje przed wyborem między estetyczną masakrą a siedzeniem ze znudzonymi dzieciakami w tanim i dość obskurnym hostelu, to jest to wybór tylko z nazwy. Przebiliśmy się więc przez najbrzydsze miasto tego wyjazdu i na szczęście okazało się, że nad rzeką (Tonie Sekong – wpada do Mekongu kilometr za miastem) jest trochę przyjemniej. Gdyby nie to, że powyżej tak mocno podkręciliśmy opis głównego placu Stung Treng, napisalibyśmy, że nawet całkiem-całkiem miło.

Stung Treng

Myju myju nad rzeką w Stung Treng

Przeszliśmy się wybrzeżem, poobserwowaliśmy nadrzeczne życie, a jest co obserwować, bo betonowe pochylnie, po których wjeżdża się na promy zapewniają dobre miejsce na auto (i nie tylko) myjnie. Potem wypiliśmy świeżego kokosa, zjedliśmy średnio smaczne jedzenie ze średnio czystych talerzy na targowisku, kupiliśmy sobie po kambodżańskim piwie na wieczór i oblepieni wszechobecnym pyłem udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Następnego dnia po sytym śniadaniu wsiedliśmy do prawie pustego busika (oprócz nas i kierowcy były jeszcze tylko 3 Kambodżanki) i bez przygód, wygodnie dojechaliśmy do Siem Reap.

I w ten sposób nasze kambodżańskie doświadczenia ograniczyły się do miejsca, które nas estetycznie zniszczyło, miejsca, które nas naprawdę mocno pozytywnie zaskoczyło i Ankgor Wat, które wiadomo, jest jedyne w swoim rodzaju.

*Niestety, dopiero kilka dni później dowiedzieliśmy się od spotkanych na szlaku Kasi i Marka, którzy do Kambodży dostali się samolotem, że… w ogóle nie powinniśmy byli płacić za wizę dla dzieci do Kambodży. Internet nie jest w tej sprawie jednomyślny. Strony po angielsku upierają się, że dzieci do 12. roku życia nie płacą. Ale po polsku można znaleźć też informację, że wiza dla dzieci kosztuje 10 USD. Czyli i tak dużo mniej niż zapłaciliśmy. No cóż, potraktujmy to jako frycowe, następnym razem sprawdzimy dokładniej. Na szczęście wspomnienie pogranicznika rzucającego w nas dwudziestką trochę nam to smutne wspomnienie osładza.

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *