DSC
Kolejną noc postanowiliśmy spędzić na darmowym kempingu BLM, czyli Bureau Of Land Management. BLM w skrócie zajmujesię terenami publicznymi, które nie podpadają pod różne narodowe, stanowe czy miejskie parki albo inne wildernessy, refuge, national monumenty (nawet zaczynamy je trochę rozróżniać). Najczęściej to po prostu lasy. A w tych lasach czasem są kempingi i to całkiem przyjemne, nierzadko z zadaszonymi stolikami, toaletami, miejscami na ognisko, śmietnikami. Najprościej je znaleźć przez freecampsites.net. Sama strona BLM jest niestety mniej przyjazna wyszukiwaniu darmowych noclegów.
Z Alamogordo wyjechaliśmy dość późno i zmrok nas dopadł już kilkadziesiąt mil po zaopatrzeniu się w pistacjowe wino, gdzieś pośrodku pustyni. A szkoda, bo droga zapowiadała się malowniczo. W dodatku mocno po zmroku otarliśmy się o kilkadziesiąt mil o miejsce, gdzie przeprowadzono pierwszą próbę nuklearną. Trinity Site jest i tak zamknięte dla zwykłych śmiertelników. Tylko dwa razy w roku można tam pojechać w konwoju z Alamogordo. Nawet gdyby akurat trafił nam się jeden z tych dni, to i tak trzeba by to poważnie rozważyć, bo miejsce ciągle lekko promieniuje. A po co się pchać tam z dziećmi, skoro to taka sama pustynia jak wszędzie naokoło?
Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę przy drodze zobaczyć lawę – w nocy każda lawa jest czarna, więc wiele nie zobaczyliśmy, ale za to natknęliśmy się na gościa z rozpiętym prześcieradłem i zapalonymi lampami. Zapytaliśmy co robi, okazało się, że zbiera ćmy dla (nie zapamiętaliśmy którego) muzeum. Lubi swoją pracę.
Łapacz ciem

Łapacz ciem

Do kempingu The Box położonego niedaleko Socorro trafiliśmy z trudem. Było ciemno, nie było żadnych znaków, ale w końcu z pomocą nowoczesnej techniki zajechaliśmy na miejsce. Jak już pisaliśmy wyżej, największy problem z kempingami BLM jest taki, że nie prowadzą do nich wielkie neony na poboczu autostrady. Czasem jest to po prostu boczna, piaszczysta droga, z boku której po 1-2 mili stoją stoliki i kosze na śmieci. Właśnie tak prawie wygląda The Box, nie licząc faktu, że na miejscu jest tylko toaleta i kontener na śmieci. Jak dojechaliśmy, było zupełnie ciemno. Wokół tylko gwiazdy – tak rozgwieżdżonego nieba nie widzieliśmy już dawno. Kiedy zaczęliśmy się rozbijać na końcu kempingu, a w praktyce utwardzonego parkingu o wielkości boiska do halowej piłki nożnej, zobaczyliśmy namiot, a za nim ognisko. Wkrótce mieliśmy poznać jego gospodarza.
Położyliśmy dzieciarnię spać i zawarliśmy znajomość z Tomem, podstarzałym hippisem, którego cały majątek mieści się w namiocie, a z miejsca na miejsce wożą go znajomi. Do późnej nocy siedzieliśmy przy ognisku słuchając jego opowieści o życiu w komunie i o radosnym losie wolnego ptaka. Ooooh – tak zaczynał swoje opowieści Tom. „Parę dni temu przyjechała tutaj 24-letnia Kyla z Wisconsin. Jest w podróży, by odkryć siebie. Kyla – mówię – jak masz 24 lata i podróżujesz, to już odkryłaś siebie! Oooh, gdybym miał 25 lat, to tak bym ją oczarował w pięć sekund, że spodnie same by z niej spadły”.
 DSC06025

Kyle powiedziała Tomowi, że przypomina jej ulubionego „creepy uncle”. My mieliśmy nieco inne wrażenia. Jeśli ktoś czytał „W drodze” Jacka Kerouca i pamięta wszystkie mniej lub bardziej dziwne persony z tamtych wypraw, to Tom był ich ucieleśnieniem. „Dwie rzeczy nie działały w komunach w latach 70-tych. Pierwsza to otwarte związki. Za dużo emocji. Druga, to kto ma pozmywać naczynia. Zawsze ja zmywałem, bo mnie wkurzały”. Było też trochę o wychowaniu dzieci: „Siedzimy kiedyś kompletnie ujarani, a nasz syn zmajstrował jaką linkę, przyczepił z jednej strony wyżej, z drugiej niżej i puścił nam przed oczami jakąś zabawkę. Patrzyliśmy jak sunęła i nie mogliśmy w to uwierzyć…”. I tak całą noc. Tom nierozważnie próbował też zacząć dyskusję o polskiej historii i poruszył kwestię Powstania w Getcie i Powstania Warszawskiego, ale Paweł ją uciął stwierdzając, że to wzniecanie takich dyskusji to polska rzecz po pierwszej butelce.

Było trochę opowieści o Indianach, którzy bardzo dobrze rozumieli ducha komun w Nowym Meksyku i byli niezwykle przyjaźni, trochę mniej za to przyjaźni byli strażnicy w różnych parkach. Ale z drugiej strony dzieci komun, jak łyknęły trochę życia w dziczy, nierzadko zostawały strażnikami. Ognisko płonęło, gwiazdy świeciły, whiskey płynęła…

  DSC06020
Koło północy na kemping dojechał jeszcze jeden samochód. Przyjechało dwóch wielbicieli wspinaczki, których zaprosiliśmy do ogniska. Przysiedli się tylko na chwilę, bo noc planowali spędzić w jednej z jaskiń kilkadziesiąt metrów nad nami i potem iść jeszcze dalej. Siedząc dalej przy ognisku widzieliśmy tylko dwa samotne światełka, które miarowo posuwały się w górę po ciemnej ścianie.
Rano naszym oczom ukazał się niesamowity widok. Okazało się, że spaliśmy w wąwozie między dwiema skałami – bardzo popularnymi wśród miejscowych wielbicieli wspinaczki. Nad ranem było już pięć samochodów i kilka wpinających się grup. Ludzie płacą grube pieniądze, żeby nocować w takim miejscu, a tu, taki nocleg, zupełnie za darmo. Nawet rozważaliśmy zostanie jeszcze na jedną noc, choćby po to, żeby popatrzeć w te niesamowite gwiazdy (i pogadać z Tomem), ale w końcu ruszyliśmy dalej.
The Box w całej okazałości

The Box w całej okazałości

Zanim wyjechaliśmy poznaliśmy jeszcze kumpla Toma – Mike’a. Właściwie to poznała go Ola z Maćkiem, bo Paweł próbował dojść do siebie po długich-Polaków-rozmowach. Mike to człowiek z naszej byłej branży. Był w Polsce kilka lat temu, pracował z pewną geofizyczną firmą z Torunia. Podobało mu się, aczkolwiek wspominał, że miał przewodnik po miasteczku, w którym pracował, czyli Żyszyczyszy Górnej, i było nam napisane, że na rynku jest katedra. W końcu spytał się kumpla o co chodzi z tą katedrą. Na to on, że przecież w przewodniku wyraźnie jest napisane, że katedra jest w Żyszyczyszy, a on chodził po Żyszyczyszy Górnej. Niezrażony Mike spakował plecak i znalazł sobie inną Żyszyczyszę Górną, w górach. W sumie wywiózł miłe wspomnienia.
Tom z Maćkiem i Mike

Tom z Maćkiem i Mike

Mike zostawił Tomowi trochę jedzenia i pewnie uzupełnił mu też zapas procentów. A potem ruszył z powrotem do siebie. My też wsiedliśmy w samochód i uderzyliśmy, jak to mamy w zwyczaju, na zachód.

Powiązane wpisy

1 komentarzSkomentuj

  • Tak sobie myślę że to co najpiękniejsze jest w USA (poza przyrodą) to bezpieczeństwo. Można sobie tak spokojnie biwakować na końcu świata bez obawy że nas zabiją czy okradną.

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *