O Opolu wiedzieliśmy niewiele. Kojarzyło nam się tylko z festiwalem polskiej piosenki, a z poprzedniej wizyty, dokładnie 26 (sic!) lat temu, najstarsze dwie stopy zapamiętały jedynie, że w Opolu jest zoo. A że jechaliśmy tam na zaproszenie Urzędu Miasta, to i planować za bardzo nie musieliśmy, więc podeszliśmy do Opola z zupełnie otwartymi głowami. I nie zawiedliśmy się.

Współtowarzyszami naszego wyjazdu były dwie blogerskie rodziny – Aga i Łukasz z czteroletnią Nadią, oraz Paweł i Milena z 3-letnim Olkiem i rocznym Maksem. Na własnej skórze mieliśmy ocenić czy Opole to dobre miejsce do zwiedzania dla rodzin (zdecydowanie tak!), przetestować jego atrakcje na własnych dzieciach (dzieciom się spodobało!) i przy okazji sprawdzić, czy dorośli się przy tym nie wynudzą (absolutnie nie!). Na zwiedzanie miasta mieliśmy cały dzień, a że był to dzień niezwykle intensywny, tym którzy chcieliby iść w nasze ślady radzimy selekcję atrakcji, bądź przyjazd do Opola na przynajmniej dwa dni.

Opolska Wenecja

Opolska Wenecja

Miasto pozytywnie zaskoczyło nas kompaktowym rozmiarem. Przyjechaliśmy w piątek wieczorem i zameldowaliśmy się w hotelu Mercure, który w ofercie ma nawet pakiet dla rodzin! tuż koło dworca PKP. Miejsce idealne – tuż obok dworca PKP, pokój bardzo wygodny, a śniadanie wręcz wyborne. My byliśmy najedzeni przez pół dnia, a Maciek jakieś dwie godziny, co jest niezłym wynikiem zważywszy, że pierwsze pytanie o jedzenie pada zwykle mniej więcej kwadrans po śniadaniu.  Jeszcze wieczorem ruszyliśmy na miasto. Wystarczyło kilka kroków, by dojść pod ratusz, napić się piwa z widokiem na Odrę i zjeść hipsterskie zapiekanki na modnym Małym Rynku. Nie inaczej było następnego dnia – wbrew naszym obawom o przemieszczanie się między kolejnymi punktami programu okazało się, że wszędzie można bez problemu dojść na piechotę, nawet jak ma się króciutkie, czteroletnie nóżki.

Atrakcje Opola dla dzieci - zoo

Maciek i Kalina w opolskim zoo

Opolskie zoo, małe ale z charakterem!

Zwiedzanie zaczęliśmy od tego, co na co dzień mamy pod nosem w Warszawie, czyli od zoo. I bardzo dobrze, bo to warszawskie, mimo że mijamy przynajmniej 2 razy dziennie, ostatni raz w komplecie zwiedziliśmy ładnych kilka lat temu. I nie jesteśmy jego wielkimi fanami. Szerokie asfaltowe aleje, tłumy, atakujące na każdym rogu gofry, lody, ciuchcie, podskakujące pojazdy w kształcie słonia czy samolotu. Zwierzęta zdają się być tylko dodatkiem do jakiegoś przaśnego festynu czy odpustu

W Opolu jest inaczej. Na pewno bardziej kameralnie – zoo jest stosunkowo niewielkich rozmiarów. Ale urządzono je tak zręcznie, że skojarzyło nam się bardzo z największym i chyba najsławniejszym odwiedzonym przez nas ogrodem zoologicznym – w San Diego. Tak tu, jak i tam, jest dużo zieleni i między kolejnymi mieszkańcami parku przechodzi się raczej wąskimi, zacienionymi ścieżkami, niż szerokimi wyasfaltowanymi chodnikami. Tak tu, jak i tam, zwierzęta rozmieszczone są „geograficznie”, czyli te pochodzące z danego kontynentu są sąsiadami także w ogrodzie.

Nie zawsze tak było. Otwarte w latach 30-tych ubiegłego wieku już kilka razy było zagrożone likwidacją, za każdym razem powstawało niczym feniks z popiołów. Pierwszy raz zniknęło z mapy Opola w czasie II Wojny Światowej i wróciło na nią dopiero w 1953 roku. W 1997 roku teren zoo został całkowicie zniszczony przez powódź stulecia, której ślady widać zresztą w całym mieście, w postaci tabliczek przypominających poziom do jakiego dotarła niszczycielska woda. I tym razem szczęśliwie zoo przetrwało, odbudowując się już według nowej, „zoogeograficznej” koncepcji. Przy okazji, po raz pierwszy w historii ogrodu, do Opola trafiły żyrafy, nosorożce, pandy rude, mrówkojady oraz różne gatunki małp i małpiatek.

Obecnie największą dumą ogrodu jest basen z jedynymi w Polsce uchatkami kalifornijskimi oraz wybieg dla goryli, które naszą wizytę niestety przespały. Nam spodobały się również susły, które można obserwować niemalże twarzą w pyszczek, dzięki umieszczonym na wybiegu kopułom, do których wchodzi się z tunelu pod ziemią.

Opolskie zoo - goryle

Goryle w opolskim zoo naszą wizytę przespały

Jeśli będziecie wybierać się do zoo, zajrzyjcie koniecznie na ich stronę internetową, znajdziecie tam informacje o godzinach karmienia zwierząt. Wprawdzie nie ma opcji samodzielnego karmienia żyraf, ale i tak cieszymy się, że coraz więcej ogrodów zoologicznych w Polsce zawiera w swojej ofercie coś ponad oglądanie zwierząt w klatkach. Nawet taki drobiazg jak jedzenie dla rybek, w Stanach obecne na każdym kroku, nie tylko w zoo ale też na farmach rybnych, to spora atrakcja dla dzieciaków, i ku naszemu zadowoleniu opolskie zoo też o tym wie.

Zoo w Opolu

Jedzenie dla rybek. Mała rzecz, a cieszy

Statkiem po Odrze. Wodna atrakcja Opola

Zoo leży na Wyspie Bolko, która to wyspa, jeśli nawet nie jesteście fanami ogrodów zoologicznych, i tak jest warta spaceru. Jest tam wiele ścieżek pieszych i rowerowych i jest tam tak zielono, że na chwilę można zapomnieć, że nadal jest się w mieście! A gdy już zmęczy Was spacerowanie, można zejść na przystań i odpocząć podczas 40-minutowego rejsu statkiem Opolanin po Odrze.

Opole, jak wiele polskich miast, w ostatnich latach znów odkrywa swoją rzekę. Powstają, bądź rewitalizowane są bulwary i nadodrzańskie parki. Podświetla się mosty. Przydałoby się jeszcze Odrze przywrócenie wysokiej klasy żeglowności, by rzeka mogła w końcu w pełni odżyć, ale niestety na to się nie zanosi. Podczas naszego rejsu nie minęliśmy żadnej (!) innej jednostki pływającej. No ale przynajmniej mogliśmy się skupić na podziwianiu miasta z rzecznej perspektywy.

Opole widziane z Odry

Rejs statkiem Opolanin

Grabówka – pyszne naleśniki w historycznym miejscu

Ze statku wysiadamy na drugiej opolskiej wyspie – Pasiece. Na niej też jest co zwiedzać, ale najpierw warto coś zjeść. Do tego czasu pewnie już zdążycie zgłodnieć. A jak nie Wy, to przynajmniej Wasze dzieci. A głodne dzieci najlepiej zatkać naleśnikiem. I to nie byle jakim. Przetnijcie wyspę, przejdźcie na drugą stronę kanału Młynówka przepięknym zielonym Mostem Groszowym i traficie do kultowej naleśnikarni Grabówka.

Most Groszowy w Opolu

Most Groszowy

Grabówka powstała w 1983 roku. Pan Ryszard – właściciel – włożył w nią dużo serca, pracy i pieniędzy, co przyniosło efekt fenomenalny. Zabytkowy domek szwajcarski trzeba było właściwie podnieść z ruin, bo po długiej knajpianej historii niszczał niepilnowany przez wiele lat. Pan Ryszard wyremontował go z największą starannością, dostawił przeszkloną wiatę i zasadził pnącza, które teraz pięknie oplatają cały budynek i dach. Z rozrzewnieniem puściliśmy wodze fantazji, zastanawiając się jak mogłaby wyglądać nasza kawiarnia przy warszawskim zoo, gdyby właściciel budynku miał trochę więcej wyobraźni, odwagi i chęci do inwestowania…

A naleśniki? Zapomnijcie o tradycyjnych naleśnikach z serem czy z dżemem. Tu do wyboru są naleśniki z awokado, jajkiem i szczypiorkiem, z serem lazur, orzechami, gruszką i sosem z czarnej porzeczki, z rumem, serem, brzoskwiniami i czekoladą, i ponad 30 innych, zarówno słodkich jak i wytrawnych kombinacji. Wszystko jest robione na oczach klientów. Szybkie rozsmarowanie masy na naleśnikarce, parę sprawnych ruchów, rzut dodatkami i chwilę później można już odejść do okienka z pyszną zdobyczą w ręku!

Jedząc na tarasie od strony Młynówki można podziwiać zabytkowe rzeźby śląskiego rzeźbiarza Thomasa Myrtka zakupione przez pana Ryszarda, a także wspomniany już wcześniej most. Zielona, żelazna konstrukcja obwieszona kłódkami z podpisami zakochanych (w tym „Brajana i Dżesiki”) została otwarta w Wigilię 1902 roku. Jej obecna nazwa to spolszczenie niemieckiego Pfennig Brücke, czyli Mostu Fenigowego. Miejska legenda głosi, że przeprawę nazwano tak od wysokości opłaty pobieranej niegdyś za jego przekroczenie (w domku szwajcarskim miała znajdywać się budka inkasenta).

Dokumenty, w tym te zachowane we Berlinie, dowiodły jednak czego innego. Przed I wojną światową most zwany był Słoniowym, a domek służył ogrodnikowi, dbającemu o zielone tereny okalające nieistniejącą już siedzibę rejencji opolskiej. Nigdzie nie zachowały informacje o pobieraniu opłat za przejście mostem. Groszowość czy fenigowość mostu pozostaje do końca nie wyjaśniona…

A skąd wzięła się nazwa Grabówki? Domek zamieniono na knajpę jeszcze przed wojną. Wtedy Niemcy chodzili na piwo na Muhlgraben, czyli „na Młynówkę”. Zanim jednak wprowadzono oficjalną nazwę kanału, to w domku znów lało się piwo, a obecni już na miejscu Polacy sami spolszczyli i skrócili starą nazwę i mówili: „Idziemy się napić na Grabówkę!”. I tak znalazło się miejsce na dwie nazwy: Grabówki i Młynówki.

Thomas Myrtek w Opolu

Taras Grabówki. Rzeźby Thomasa Myrtka. W tle Most Groszowy

Wyspa Pasieka: Piastowie, Bauhaus i festiwal

Posileni możemy ruszać na dalszy podbój Opola. Kolejnym punktem na naszej trasie jest Wieża Piastowska. Jest pozostałością po nieistniejącym już Zamku Piastowskim z 1217 roku. Sama wieża powstała nieco później, około 1300 roku, i ze swoimi 35 metrami wysokości służyła do obserwacji, podczas gdy jej najniższa część używana była jako loch – wejście znajdowało się na ok. 9 metrach. Wejście z poziomu podwórza wykuto dopiero w XX wieku.

Po wyburzeniu Zamku Piastowskiego i pracach związanych z budową fundamentów i piwnic dzisiejszego Urzędu Marszałkowskiego, wieża się wyraźnie przechyliła. Została wprawdzie zabezpieczona, ale jej odchylenie od pionu jest dość wyraźne. Mamy więc dwie atrakcje w jednym. Nie dość, że wieża jest piastowska, to jeszcze krzywa!

Budynek Urzędu to też ciekawa rzecz. Zbudowano go w 1934 roku dla urzędników niemieckiej Prowincji Górnośląskiej i wtedy był sztandarowym  przykładem funkcjonalizmu, którego – przyznajemy szczerze – wielkimi fanami nie jesteśmy. Budynek, jak to w funkcjonalizmie, miał być nie tyle piękny co funkcjonalny i nowoczesny. Zastosowano w nim mnóstwo nowinek technicznych: windę paternoster, neonówki, żaluzje w oknach. Żaluzje dalej widać, choć chyba już żadna nie działa.

Za to winda ciągle jeździ, i to całkiem sprawnie. Dźwig paternoster ma otwarte kabiny krążace w dwóch szybach. Winda nie zatrzymuje się i działa na zasadzie dźwigu okrężnego. Jak pojedziemy za daleko, to nagle skręcimy w bok i zaczniemy wracać drugim szybem. W Polsce działa ich tylko sześć, więc jak będziecie mieli okazję, to wskoczcie do niej na chwilę. Jeśli nie w Opolu, to może w Katowicach albo Wrocławiu.

Opole. Wieża Piastowska

Funkcjonalizm piastowski w Opolu

Kilka lat temu wieża została wyremontowana i „uturystyczniona”. I tak zamiast monotonnej wspinaczki po schodach, odbywamy podróż w czasie po dziejach Opola. Wchodzimy prosto do lochu. Na chwilę gasną światła, w mroku słychać kapanie kropel, odgłosy kroków strażników kilka metrów nad nami. Nagle niewidoczny właz otwiera się i na łańcuchu, w drewnianej średniowiecznej windzie zjeżdża do nas kolejny nieszczęśnik. Ciekawe, ile tu posiedzi? Może wykupi go rodzina?

Światło się zapala a duchy więźniów zostają za nami, a raczej pod nami. Idziemy wyżej. Na kolejnym poziomie zobaczymy cienie dawnych żołnierzy broniących zamku w trakcie oblężenia. Na innym poziomie książę Bolko opowie nam co nieco o historii wieży i miasta. Na samej górze będziemy mogli porównać panoramę Opola z widokiem z wieży z XIX wieku.

020 małe2013

Panorama Opola widoczna z Wieży Piastowskiej

U stóp wieży stoi najbardziej chyba znany obiekt w Opolu, czyli Amfiteatr, w którym od 1963 roku odbywa się Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki. Amfiteatr po gruntownej przebudowie kilka lat temu wygląda teraz kosmicznie. Może to zasługa daszka nad widownią, która rodzi skojarzenia ze Spodkiem? Do tego całość tchnie teraz nowością, betonem i szkłem. Oczywiście tę surowość widać tylko w cichy i spokojny dzień. Jak tylko pojawią się na nim wykonawcy i gorąca opolska publiczność, atmosfera jest gorąca jak w Rio podczas karnawału!

Witam Was ciule!

Zarówno amfiteatr jak i sam festiwal powstały z inicjatywy Karola Musioła, którego pomnik, w biegu, z rozwianym włosem i krawatem stoi nieopodal. Do legendy przeszły jego słowa z otwarcia pierwszego festiwalu w 1963 roku. Musioł chciał czule powitać goście w amfiteatrze, ale ponieważ był rodowitym Ślązakiem i mówił silną gwarą, to wyszło, jak wyszło. Publiczność po chwili konsternacji zrozumiała jednak przesłanie i nagrodziła Musioła gromkimi brawami.

Musioł to chodząca legenda Opola. Chodząca, bo ten wieloletni gospodarz miasta był ciągle w ruchu. „Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy, to obraz Karola Musioła, którego spotykałem, wracając nocnym pociągiem z Warszawy. Wychodziłem koło czwartej, piątej rano z dworca PKP w Opolu i widziałem Musioła, jak podniesionym głosem strofował sprzątaczy zamiatających chodniki i ulice. To był równocześnie prostolinijny, skromny człowiek i dobry gospodarz” – wspominał Musioła prof. dr. hab. Franciszek Marek w rozmowie z Nową Trybuną Opolską.

Opolskie Stare Miasto

Na deser proponujemy poszwendać się po Starym Mieście. Jak całe Opole jest ono dość kompaktowe, bez problemu zatem traficie do Katedry Świętego Krzyża, z pięknymi spiżowymi drzwiami autorstwa śląskiego rzeźbiarza Adolfa Panitza. Drzwi trafiły do katedry w 1997 roku, w tysięczną rocznicę śmierci św. Wojciecha oraz 700-lecie parafii.

Katedra Opolska

Katedra Opolska

Po minięciu katedry znów dotrzecie na Rynek, a może nawet zawędrujecie na Wzgórze Uniwersyteckie – jedno z najbardziej urokliwych miejsc w Opolu. Tam na ławeczce siedzą sobie Starsi Panowie, a zza krzaka wyłania się Czesław Niemen. Spotkacie też Cztery Pory Roku – piękne rzeźby kobiet na różnych etapach życia. Nie omińcie też pomnika Damy z harfą, czyli Joanny Gryzik Schaffgotschowej, zwanej też śląskim Kopciuszkiem.

Jej biografia jest niezwykła. Joanna była córką służącej i jako mała, kilkuletnia dziewczynka zetknęła się z bogatym przemysłowcem – Karolem Godulą. Goduli, choć władał ogromnym majątkiem – unikano. Wzbudzał strach swoją szpetotą. Plotkowano też o jego eksperymentach chemicznych i posądzano o kontakty z diabłem. Nie bała się go tylko mała Joanna. Za to Godula nagrodził ją swym ogromnym majątkiem. Joanna nie tylko pomnożyła majątek darczyńcy, ale też zasłynęła jako wielka filantropka. Budowała kościoły, sierocińce i kaplice. Zmarła w swym bajkowym pałacu w Kopicach, który od wielu lat obraca się w ruinę…

"Cztery Pory Roku" Henryka Hartmanna: Lato

„Cztery Pory Roku” Henryka Hartmanna: Lato

Zajrzyjcie do studni św. Wojciecha ustawionej w miejscu, gdzie miał on nawracać pogan. Według legendy zabrakło mu wody, uderzył więc kijem w skałę, z której trysnęło źródło. Woda z tego źródła ma mieć cudowną moc. Obok studni znajdziecie też kamień z odciśniętymi stopami świętego.

Ze wzgórza zejdźcie do Stawku Barlickiego (Stawu Zamkowego). To miłe miejsce na chwilę odpoczynku. Grające fontanny przypomną Wam hity największych gwiazd polskiej piosenki, a Wasze dzieci wejdą do wody i klapną w niej na tyłek, uświadamiając Wam boleśnie, że nie wzięliście dla nich niczego na zmianę. A jeśli nie macie nic przeciwko tłumom, za to lubicie multimedialne widowiska, to wizytę przy fontannach zostawcie sobie na wieczór, kiedy odbywają się pokazy ze światłami (o godz. 21.30).

I choć może ciężko w to uwierzyć, przez ten cały dzień nie oddaliliśmy się na więcej niż kilometr od hotelu…

Opole – gdzie zjeść?

Gdzie zjeść po tak wyczerpującym dniu? Zwolenników opcji budżetowej namawiamy na wyżej wspomniane hipsterskie zapiekanki (podobnie jak naleśniki w Grabówce serwowane z mnóstwem niestandardowych dodatków) na Małym Rynku, gdzie skupia się opolskie życie nocne. Tych, co chcą zaszaleć i poczuć niebo w gębie namawiamy na kolację w restauracji Piano. Wysmakowane wnętrza nawiązują do lat 30., taras wychodzi na Odrę, muzyka na żywo koi zmysły, a jedzenie komponowane jest z najświeższych produktów od lokalnych dostawców.

Już sama lektura menu powoduje niekontrolowany ślinotok. A do tego polskie wina, które zaczęliśmy odkrywać dopiero kilka miesięcy temu, przy okazji Pawła wyjazdu na Podkarpacie, a które zdają się coraz odważniej wchodzić na rynek. Jeśli tutejsze jedzenie powali Was na kolana, nie przejmujcie się, Piano to także czterogwiazdkowy, butikowy hotel…

038 małe2013

Restauracja Piano

Czy jeden dzień w Opolu wystarczy, żeby wszystko zobaczyć? Da się, nawet z dziećmi (choć tym niedzieciatym równie gorąco polecamy naszą trasę). Warto jednak rozważyć dłuższy pobyt w tym pięknym mieście. Zdajemy sobie bowiem sprawę, że to co opisaliśmy, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Chętnie więc będziemy wracać do Opola, by dalej zgłębiać temat.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *