Droga nawijała się na zbocze góry niczym makaron na widelec. Pojedyncze domy, które mijaliśmy po drodze wyglądały na niezamieszkane, od paru minut nie minął nas żaden samochód. Na „naszym wzgórzu” nie paliło się żadne światło. Chcieliśmy domu w Kalabrii na odludziu, to dostaliśmy.

Wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko, ale jechaliśmy tędy już chyba trzeci raz i zaczęliśmy powątpiewać czy uda nam się dojechać. Nasz gospodarz z airbnb zadzwonił chwilę wcześniej zaniepokojony, w końcu było już dobrze po godz. 23, dwie godziny po wylądowaniu naszego samolotu, a nas jeszcze nie było. Wprawdzie nie mówimy po włosku a on nie mówił po angielsku, ale podobieństwo do hiszpańskiego wystarczyło, żeby wymienić uprzejmości i uspokoić obie strony.

Nie wystarczało natomiast, żeby wytłumaczyć gdzie jesteśmy i zrozumieć wskazówki dojazdu. Wpatrywaliśmy się więc bezradnie w mapkę, którą dostaliśmy mailem, a która pokazywała jakiś mostek i tunel, ale po ciemku ciężko było się zorientować, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Nasza nawigacja uparcie nam mówiła, że dojechaliśmy, ale przed sobą mieliśmy tylko dom straszący wyrwanymi drzwiami i brakiem okien. Nagle zobaczyliśmy światło migoczące między krzakami winorośli. To musiała być nasza miejscówka. Tylko jak się tam dostać? Psim swędem trafiliśmy na ostrym zakręcie na polną drogę odbijającą od asfaltowej pod kątem prawie 180 stopni. Kilkadziesiąt metrów w dół po wertepach, jeszcze jeden ostry zakręt i dojechaliśmy. Napoleone czekał na nas w progu. Tak trafiliśmy do Piscopie.

Kalabria, Piscopie

Piscopie. Widok z okna.

Noc przespaliśmy jak dzieci, otuleni ciszą i grubymi pierzynami. Śniadanie zjedliśmy na zewnątrz, korzystając obficie z darów ogrodu. Pomidorki, bazylia, mięta, winogrona, prawie dojrzałe mandarynki – nawet nie mieliśmy wyrzutów sumienia, że objadamy gospodarzy: po ilości owoców i warzyw leżących na ziemi widać było, że w kolejce do nich ustawiają się co najwyżej mrówki, ślimaki i pozostali mieszkańcy ogrodu. Kawę wypiliśmy na tarasie wygrzewając się jak koty i wpatrując się w intensywną zieleń otaczających nas wzgórz. Ledwo miesiąc minął od końca lata a zdążyliśmy zatęsknić za słońcem i ciepłem tak bardzo, że ktoś obserwujący nas z boku mógłby podejrzewać, że ostatnich kilka lat spędziliśmy w ciemnej piwnicy.

Kalabria: po sezonie i bez planu

Nie mieliśmy planu na Kalabrię. Zresztą nie oszukujmy się, rzadko kiedy miewamy plany. Zdążyliśmy jedynie przeklikać hasło „Calabria” w Pintereście i zaznaczyć sobie na mapie co ładniejsze miejsca. Dokładniejsze plany robiliśmy zwykle z jednodniowym wyprzedzeniem. Albo i nie, jak akurat nie udało nam się znaleźć internetu.

Pobytu w Kalabrii nie trzeba jednak planować zbyt intensywnie, wystarczy uważnie się rozglądać a plaż, zamków i malowniczych miasteczek zobaczymy tyle, że trudniej nam będzie wybrać co ominąć niż co zobaczyć. Warto tylko pamiętać, że jesteśmy we Włoszech, zatem na zwiedzanie dobrze wybrać się przed południem, żeby zdążyć wypić espresso zanim kawiarnie zamkną się na siestę, i wziąć kanapki na drogę, bo restauracje otworzą się dopiero późnym wieczorem. Dobrze, że chociaż supermarkety działają przez cały dzień, można więc kupić kawał parmezanu albo pecorino, kilka plasterków prosciutto, bagietkę i słoik oliwek, i pojechać na kompletnie pustą (po sezonie) plażę. Tak pustą, że nawet mewom nie chce się przylatywać, więc nie ma ryzyka, że będziemy musieli odpierać ataki z powietrza.

Kalabria. Amantea, Obiad na plaży.

Lancz nad morzem

Poniedziałek – trzeci dzień weekendu

Pierwszego dnia postanowiliśmy zwiedzić najbliższą okolicę. No ale ogród, wzgórza, słońce… więc wyjechaliśmy z naszej górskiej pustelni zdecydowanie za późno. Zresztą był poniedziałek, a przecież w poniedziałek kalabryjczycy odpoczywają po niedzieli. W Amantei zamknięte było wszystko z informacją turystyczną włącznie. No cóż, z tego co zobaczyliśmy przez okno i tak niewiele miała ona do zaoferowania. A że pogoda była piękna a słońce przygrzewało to wybraliśmy się na spacer po okolicy.

Wdrapaliśmy się wąskimi uliczkami na wzgórze górujące nad miastem. Zatrzymaliśmy się na chwilę w ruinach kościoła św. Franciszka z Asyżu, a gdy skończyła się droga, która tylko udawała że prowadzi do zamku, ruszyliśmy na przełaj w górę. Minęliśmy okrągłą wieżę, z której kiedyś ktoś zapewne z niepokojem, a może z nadzieją wyglądał nadpływających statków, i doszliśmy do fosy broniącej dostępu do budowli. Nie udało nam się jej sforsować, jednak widok skomponowany z czerwieni dachów miasteczka i błękitu morza w zupełności wynagrodził nam trudy wspinaczki. Zatrzymaliśmy się tam na dobrą chwilę zachwyceni wyjątkowością scenerii nie zdając sobie jeszcze sprawy z tego, że takie widoki będą nam towarzyszyć przez kolejny tydzień.

Zameczki na wzgórzu i wąskie uliczki zdecydowanie sponsorowały nasz wyjazd. Widzieliśmy ich po drodze tyle, że w pamięci ciężko odróżnić jedne od drugich. Co nie znaczy, że wystarczy zobaczyć jedne. O nie, każde kolejne wzgórze, każdy zamek, każda wąska uliczka, tylko zaostrzały nasz apetyt. Niektóre odwiedzaliśmy, bo gdzieś ktoś o nich napisał. Inne zobaczyliśmy jadąc nadmorską autostradą i nie mogliśmy się powstrzymać przed szybkim skokiem w bok. Niektóre zamki były w lepszym stanie, inne w gorszym, jedne elegancko wyremontowane, inne – w teorii przynajmniej – zamknięte dla zwiedzających, choć nikt się raczej zbłąkanymi turystami nie przejmował; były takie, o których dość szybko zapominaliśmy i takie, do których chętnie byśmy wrócili.

Miasteczka Riviery dei Cedri – skok w bok z plaży

Na przykład takie Fiumefreddo Bruzio mijaliśmy kilka razy zanim zdecydowaliśmy się wjechać na górę, choć ruiny na wzgórzu z widocznym z autostrady łukiem kusiły od pierwszego wejrzenia. Zamek okazał się być odnowiony i otwarty dla zwiedzających (ba, nawet nie byliśmy jedynymi turystami!), niby niewielki, ale zakamarków, w których można się schować, okien przez które można wyjrzeć i widoków, którymi można się zachwycić starczyło nam na dobre pół godziny. Przy okazji wypatrzyliśmy placyk z widokiem na morze, gdzie poszliśmy podziwiać zachód słońca w towarzystwie garstki miejscowych.

Z kolei w Belvedere Marittimo zamek był zamknięty na cztery spusty a solidne mury nie zachęcały do prób zwiedzania na własną rękę. W ogóle Belevedere sprawiało wrażenie kompletnie wymarłego. Ani mieszkańców, ani turystów, tylko bacznie nas obserwujące koty – strażnicy jesiennej Kalabrii.

Jedynym miejscem gdzie spotkaliśmy ludzi w ilości większej niż kilka zagubionych sztuk było Diamante, ale może dlatego, że była niedziela i wszyscy wyszli na nadmorski deptak na obowiązkowy rodzinny spacer. I my się przeszliśmy, nie tylko deptakiem, ale też – a jakże – wąskimi uliczkami. Te jednak w Diamante są o tyle szczególne, że miasteczko słynie z murali. Od początku lat osiemdziesiątych powstało już ich ponad 150. Diamante słynie też z ostrych papryczek peperoncino i pysznego likieru z cedru a.k.a. cytronu – takie tłumaczenia na włoskie cedri, od którego nazwę bierze ta część wybrzeża, podsunął nam internet. Piliśmy już cydr w Anglii i Iralndii, chodziliśmy po śniegu pod libańskimi cedrami, teraz odhaczyliśmy i kalabryjskie cedry.

A zamek, zapytacie? Jest. Nie w samym miasteczku, ale za to z imponującym widokiem na Diamante i na resztę Rivery del Cedri. 10 minut samochodem pod górę i dojeżdżamy do ruin Cirelli, które na pierwszy rzut oka nie wyglądają jakoś super zachęcająco. Wysiadamy z samochodu i pierwsze co widzimy to sterty śmieci walające się tu i ówdzie. Przymykamy oko i ruszamy w stronę zamku. Niby nie ma przejścia, niby są jakieś barierki, ale wejść się jednak da. Na rozległym terenie, zniszczonym na tyle, że tylko osoby o naprawdę dużej dozie wyobraźni mogą zwizualizować sobie stan sprzed kilku setek lat, gdzieniegdzie stoją tabliczki: że to kapliczka, a to kościół; widać że jakieś prace są, a może były prowadzone, że cement, że rusztowania, ale wydaje się, że ktoś ten remont zaczął i porzucił. A szkoda, bo ruiny fenomenalne a widoki chyba najlepsze ze wszystkich zamkowych wzgórz, które odwiedziliśmy.

Cirella to pomnik wojennej pożogi. Kiedy spacerowaliśmy w ruinach, byliśmy przekonani, że domy ugięły się pod potęgą Matki Natury i zniszczyło je trzęsienie ziemi. Tymczasem Cirella została obrócona w ruinę ponad 200 lat temu przez armię Napoleona. W 1806 roku zbombardował on osadę a jej mieszkańcy zamiast odbudowy wybrali wygodniejsze życie poniżej wzgórz nad samym morzem.

Jest jeszcze Lago, które widzimy z naszego tarasu. Miasteczko pośrodku wzgórz, gdzie zaglądają bardzo nieliczni, zbłąkani jak my, turyści. Trafiliśmy tam któregoś wieczoru i zanim znaleźliśmy jedyne miejsce serwujące jedzenie (pub w bardzo brytyjskim stylu) zdążyliśmy zrobić sobie spacer po miasteczku, dużo dłuższy zresztą niż wydawało nam się – sądząc z naszej tarasowej perspektywy – jest to w ogóle możliwe. Tak jakby labirynt uliczek wewnątrz miasteczka był dalece bardziej rozległy, niż samo miasteczko oglądane z zewnątrz. Na ścianach malowidła przedstawiające profesje – lekarza, piekarza, szewca. Te miasteczka po zmroku mają jeszcze więcej uroku niż w zachodzącym słońcu. Sprawiają wrażenie jakby były porzuconą scenografią filmową. Cisza, w oknach ciemno, pusto wszędzie. Tak jakby wszyscy stamtąd wyjechali. Porzucili swoje letnie domy, zapakowali peperoncino w słoiki i wrócili do pracowitego życia w Consenzie, Neapolu, czy Rzymie.

Kalabria po sezonie

Kalabria po sezonie

To tylko kilka z zamków i miasteczek, które widzieliśmy. Jest ich więcej. Stoją dumnie na szczytach gór przeglądając się w tafli morza, otoczone labiryntami uliczek, prowadzą do nich serpentyny o potencjale do wywoływania mdłości albo przynajmniej skoków adrenaliny. Może kiedyś staną się sławne, będą zabytkami, do których każdy turysta chciałby przyjechać. A póki co, to tylko te mniej znane, te, do których skręca się z autostrady jadąc do Tropei czy na północ. A chcecie wiedzieć jak wyglądają te bardziej znane? O nich jeszcze napiszemy.

(Visited 551 times, 2 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *