DSC
Krótki kurs obsługi przyczepy część 2

Floryda. Nareszcie ciepło! Na drogach coraz więcej przyczep kamperów, a nawet wielkich mieszkalnych autobusów, które dodatkowo ciągną za sobą małe osobówki albo całkiem spore pick-upy. Nasz Eddie wygląda przy nich jak ubogi krewny z prowincji, albo jakiś obdartus z Europy Wschodniej. Jednym słowem, dobrze wpasował się w naszą rodzinę.

Zestaw za 150 tysięcy USD na wakacje

Zestaw za 150 tysięcy USD na wakacje

Na Florydę przyjechaliśmy bez planów noclegowych. Nie mieliśmy jeszcze na tyle śmiałości, by nocować na dziko za darmo. Ta umiejętność przyjdzie nam z czasem. Planowaliśmy więc znaleźć w miarę tani kemping. Naszym pierwszym przystankiem na Florydzie został Welcome Center. Wyglądał dość podejrzanie, ale skąd mieliśmy wiedzieć, jak wygląda oficjalny Welcome Center? Weszliśmy więc do kontenera z napisem „free orange juice”, porozglądaliśmy się chwilę i zawiedzeni wyszliśmy. Wsiedliśmy do samochodu, ruszyliśmy i po minucie ukazał nam się napis… „Welcome Center”. Ten pierwszy najwyraźniej był prywatnym przedsięwzięciem właściciela stacji benzynowej. Ten drugi był już „oficjalny”. Wyszliśmy z niego z naręczem broszurek i szybko znaleźliśmy niezłą ofertę noclegową (120 USD za 7 noclegów ze wszystkimi mediami) na najbliższy tydzień. Jak na Florydę, to naprawdę tanio. Tak trafiliśmy do Southern Palms RV Resort w Eustis, niedaleko Orlando.

Pierwszy raz z przyczepą na kempingu

Na kempingu Albert, starszy miły pan z obsługi, pomaga nam się rozstawić i cierpliwie odpowiada na wszystkie głupie pytania. Mieszkają z żoną w przyczepie, dorabiając sobie jako opiekunowie kempingu. Jak na kempingową złotą rączkę przystało, przyczepa to na oko prawie 30-stopowy, nowiutki Fifth Wheel, pewnie jakieś 50 tysięcy USD. Jednocześnie był to chyba pierwszy Amerykanin jakiego widzieliśmy w życiu, którego uzębienie było mocno niekompletne. Wiadomo, emerytura niewielka, więc starczyło tylko na super-przyczepę i życie na Florydzie, na dentystę już nie bardzo.

Krótki kurs obsługi przyczepy

Krótki kurs obsługi przyczepy

Kemping, według opisu w naszym przewodniku z Passport America, ma 900 miejsc. Rzeczywiście spory, przyczepa na przyczepie, ale ku naszemu zdziwieniu jest bardzo cicho, prawie nie widać ludzi. Po tej niewielkiej grupce, którą widzieliśmy wnioskujemy, że zdecydowanie zaniżamy średnią wieku. Widzimy jedną rodzinę z dwójką dzieci w wieku szkolnym.

Do wyboru dostajemy kilka miejsc, które raz dwa objeżdżamy wózkiem golfowym. Albert proponuje ładne i duże miejsce przy stawie. Ten ma mieszkańca – aligatora. Nie jest bardzo groźny – mówi Albert – rzadko wychodzi na brzeg. Mimo wszystko nie zostawiałbym dzieci samych – dodaje. Na wszelki wypadek decydujemy się na inne miejsce.

Miłe sąsiedztwo na kempingu na Florydzie

Miłe sąsiedztwo na kempingu na Florydzie

Kempingi w USA – Floryda oazą dla „śnieżnych ptaków”

Na kempingu mniej więcej 10 procent to mobile house’y, czyli całkiem spore małe domki. Naprzeciwko nas na przykład pomieszkiwała para z Detroit, pół roku tam, pół roku tu. To w sumie pocieszające, że ktoś jeszcze mieszka w Detroit, chociaż te pół roku.

Nasi sąsiedzi byli typowymi przedstawicielami tzw. „śnieżnych ptaków”. Liczba snowbirds, właściciel rv – kamperów, przyczep, autobusów mieszkalnych (recreational vehicle – co obejmuje wszystko do mieszkania, z silnikiem i bez), albo po prostu wykupionych domków na Florydzie idzie w USA i Kanadzie w miliony. Najbogatsi mają swoje domy na Florydzie, biedniejsi domki albo zaklepane miejsca na kempingach. Jeśli nie stać kogoś na Florydę, rusza do Teksasu, Nowego Meksyku, Nevady. W ostateczności jest jeszcze tani, choć nie zawsze bezpieczny dla rv na amerykańskich numerach, Meksyk.

Kemping w Eustis dał nam też do myślenia, jak wygląda kamperowanie pod względem rasowym. Nie widzieliśmy tam nikogo, kto nie byłby biały. Czarnoskórych mieszkańców kempingów zobaczymy podczas tego wyjazdu kilku. Meksykanina? Chyba żadnego. Azjaci zaczną się w Nevadzie i Kalifornii i nie będą to tylko turyści z drugiej strony Pacyfiku, ale też któreś pokolenie imigrantów.

Pierwszy raz na kempingu z przyczepą

Pierwsze parkowanie tyłem idzie zaskakująco sprawnie. Duża w tym zasługa Alberta, który kieruje Pawłem jak maszyną, koła w lewo, koła w prawo, itd. Niby zasada jest prosta. Przyczepa skręca w drugą stronę niż koła samochodu. Potem jednak ilość możliwych kombinacji i zmiany w przestrzeni wokół osi, którą jest hak są nie do ogarnięcia. Na przykład jak się za mocno zegnie zestaw, to i niezależnie od kręcenia kierownicą i tak przyczepa będzie prowadzić w stronę, w którą jest skierowana.

Po ustawieniu przyczepy konsternacja. Wszystkie kable i węże mamy za krótkie. Nawet przestawianie nie pomaga. Albert na szczęście obiecuje wspomóc nas swoim sprzętem i prąd, wodę, ścieki, tv, której obejrzymy może z godzinę – mamy załatwione w 10 minut. Do poziomowania nie przykładamy się za bardzo. Nasza przyczepa ma mniej więcej dwadzieścia lat, dwie zainstalowane poziomice, z czego jedna jest naderwana, ale i tak nie ma to znaczenia, bo szybka jest tak zamglona, że nic przez nią nie widać. Mamy cztery podstawki z regulowaną wysokością, ale podstawiamy je nie tyle, żeby mieć poziom, ile żeby nam dom za bardzo się nie gibał, rozciągamy roletę (z tym było trochę zabawy bo Albert za mocno rozciągnął jedno ramię) i gotowe. Ustawienie i podłączenie wszystkiego zajęło nam godzinę. Całkiem niezły czas jak na pierwszy raz!

Wreszcie wchodzimy do naszej przyczepy. Wcześniej byliśmy w niej tylko kilka razy – jak oglądaliśmy ją przed kupieniem i po drodze jak przerzucaliśmy walizki z bagażnika. Zazwyczaj bardzo krótko, bo na masakrycznym północnym mrozie. Jak zaczynamy się rozpakowywać, to okazuje się być wielkości pudełka od zapałek. Irytująca jest duża ilość malutkich szafeczek, nawet tam gdzie można by zrobić większą szafkę bez dzielenia jej ściankami czy półkami. No cóż, ciasne ale własne, to będzie nasz dom na najbliższe pół roku. Zaskakująco szybko przyzwyczajamy się do jej rozmiaru i oswajamy przestrzeń. Porządnie też sprzątamy bo Franek, od którego kupiliśmy Eddiego, nie za bardzo się tym przejmował.

View Larger Map

Dostaliśmy miejsce mniej więcej w połowie Florida St. (ładnie, prawda?). Na kempingu jest biuro, boisko do czegoś co przypomina grę w klasy (tylko pewnie bez skakania, a raczej z podjeżdżaniem wózkiem golfowym), pralnia i duża sala na różne okazje, takie jak sobotni dansing czy obiadek z następcami Boba Hope’a (Albert: kojarzycie oczywiście Boba Hope’a? Musicie wpaść dzisiaj, bo występują goście, którzy go potem zastąpili… Nie wpadliśmy).

Życie towarzyskie całkiem ożywione, ale tylko do zmroku. Potem robi się cicho i kemping zamiera. Rano co bardziej aktywni uskuteczniają spacery (często z psami) lub przejażdżki rowerem. Potem budzą się ci mniej aktywni i piechurów zastępują kierowcy wózków golfowych. Ci, co są na dłużej zazwyczaj mają cały zestaw: samochód, wózek golfowy, a czasem dodatkowo łódź motorowa. Ot, szary żywot amerykańskiego emeryta.

Większość przyczep i motorhome’ów wręcz razi nowością. Niektóre z wysuwanymi salonami i kuchniami wyglądają jak prawdziwe cyborgi. Kiedyś zrobimy z nich małą galerię. Dobrze, że w ogóle nas wpuścili. Nie jest to wcale takie oczywiste, bo niektóre kempingi zaznaczają, że wstęp zarezerwowany jest tylko dla przyczep młodszych niż 10 lat. Czyli my byśmy nie wjechali. Są też kempingi dla 55+ (chodzi o mieszkańców rv, a nie same pojazdy). Tam z małymi dziećmi pewnie pogoniono by nas z psami.

Przed właściwie każdym rv stolik na dywanie (Franek też jak zachwalał przyczepę mówił, żeby koniecznie kupić dywan), gdzieniegdzie lampka na stoliku, kwiatki. Czysto, schludnie, prawdziwe amerykańskie przedmieście. Tu i tam wystawione grille, ale wyłącznie gazowe. Nikomu się nie chce babrać z węglem. Na szczęście okazało się, że możemy używać naszego węglowego grilla za niecałe 20 USD. Wcale nie bylibyśmy zdziwieni, gdyby gdzieś małym drukiem w kempingowych zasadach znalazł się stosowny zakaz.

Oczywiście wszyscy są bardzo mili, ale niezbyt zainteresowani przybyszami z innej planety, takimi jak my. W sumie poznaliśmy tylko jednych mieszkańców – opisaną wyżej parę z Detroit, która pomogła nam uporać się z gazem w przyczepie. Pogadaliśmy kilka minut i tyle. Na kempingach nie nawiążemy chyba przyjaźni na całe życie. Pewnie jesteśmy jakimś zjawiskiem, ale pewnie i tak większość z nich zwiedziła Wietnam albo Koreę. A jeśli nie, to ich wnuczki opowiadają ciągle o kulturze i zwyczajach Afganistanu i Iraku pokazując zdjęcia, albo filmiki z iPada z Hindukuszem w kadrze. Cóż z nas za atrakcja…

Gdzie kupować wyposażenie do kampera

Pierwsze dni spędzamy na organizowaniu się, czyli na zakupach. Szczęśliwie udało nam się trafić na trzecioligową okolicę pełną charity shopów, thrift shopów i sklepów za dolara. Koleżanka z Miami potwierdza, że rejon Ocali i Eustis to taki trzeci florydzki świat. Udaje nam się kupić między innymi toster za 4 dolary (niemarkowy, niedziałający) który potem wymieniamy na działający (Black&Decker!) dopłacając jedynie dolara, kupujemy też za grosze rozkładane krzesła, trochę naczyń, kable, przedłużacze, i wszelkie inne drobiazgi przydatne w codziennym funkcjonowaniu. Po tygodniu czujemy się jak w domu.

Potem poznamy craiglist, na którym można kupić każdą część zamienną do przyczepa za kilka dolarów. Trzeba jeszcze oczywiście wiedzieć, co z nią zrobić…

Na zwiedzanie przyszła pora, jak już trochę odetchnęliśmy powietrzem Florydy. Na początek postanowiliśmy dać trochę radości Maćkowi i wyruszyliśmy w podróż do Magicznego Królestwa, czyli Walt Disney Magic Kingdom. Okazało się, że spotkanie z Myszką Miki nie zrobiło na nim szczególnego wrażenia, za to nas wymęczyło tak, że marzyliśmy tylko o kolejnych kilku dniach lenistwa na kempingu…

Powiązane wpisy

1 komentarzSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *