Keralskie plaże, hotele i … więcej hoteli.
Oficjalnie startujemy jutro, dziś jeszcze dojeżdżały ostatnie osoby, więc organizatorzy postanowili nas zabawić objazdówką po okolicznych resortach. Wybrzeże Kovala i Varkala to kilometry plaż. Przy Kovala Beach wyrosło wiele luksusowych hoteli, Varkala z kolei przyciąga raczej backpackersów. W Varkala będziemy za kilka dni, dziś skupiliśmy się na hotelach wzdłuż Kovala.

8
Hotele leżą dość blisko siebie. Do pierwszego z nich doszliśmy na piechotę wychodząc z naszego resortu jakąś boczną furtką. Żeby dostać się do kolejnych musieliśmy podjechać naszym autobusem do którego trzeba było dopłynąć łódką. Dzięki temu mieliśmy kolejną okazję nacieszyć oczy i uszy keralskimi backwaters.
2
Odwiedziliśmy kilka resortów – Somatheeram, Manaltheeram, Poovar, Leela – i wszystkie były przy plaży, wszystkie z nienagannymi basenami, kłaniającą się w pas obsługą i wszelkimi możliwymi wygodami, jogą, ba, w jednym z nich był nawet gabinet dentystyczny, gdyż jak się dowiedzieliśmy leczenie stomatologiczne jest tu dużo tańsze niż w innych krajach (wprawdzie podana cena – 100 USD za leczenie kanałowe – nie brzmiała jakoś super zachęcająco, ale na pewno przyjemniej się oddać leczeniu kanałowemu w słońcu Kerali niż dajmy na to w deszczowej Warszawie).
 3
To, czym przede wszystkim chlubią się tutejsze ośrodki wypoczynkowe, to ajurweda – każdy z hoteli ma swojego lekarza, gabinety, można wykupić pojedynczy masaż albo cały pakiet usług. Zainteresowanie podobno jest spore, większość hoteli ma obłożenie przez cały rok, z sezonem monsunowym włącznie.
Stół do masażu ajurwedyjskiego

Stół do masażu ajurwedyjskiego

Masaże ajurwedyjskie, jak udało nam się dowiedzieć, a kilka dni później przekonać na własnej skórze, różni się od tego co jesteśmy przyzwyczajeni. Zamiast bolesnego uciskania mięśni masażysta (lub masażystka – z zasady masujący i masowany powinni być tej samej płci) wmasowuje w ciało duże ilości ciepłego oleju sezamowego.

7

Zasadniczą zaletą tutejszych hoteli jest to, że nie są to wysokie, betonowe makabryły, raczej małe domki starające się wtopić w otaczającą je dżunglę. Stosunkowo mało tu betonu, w zamian za to jest dużo drewnianych elementów. Hamaki wiszą między drzewami, baseny kuszą błękitem, a restauracja jest zawsze z obowiązkowym widokiem na morze. Żyć nie umierać.
Poovar Island Resort

Poovar Island Resort

Gdybym kiedyś skusiła się na tego typu wypoczynek, wybrałabym zapewne Poovar Island Resort z chatkami stojącymi na platformach bezpośrednio na wodzie, z wielkimi oknami wychodzącymi na morze. Na zachód słońca z kolei pojechaliśmy do Leela – najstarszego i najsławniejszego hotelu na wybrzeżu, z oszałamiającymi basenami z widokiem na morze, gdzie ugoszczono nas iście po królewsku.

W zasadzie wszędzie goszczono nas po królewsku – w każdym z hoteli wita nas general manager, każdemu po kolei ściskając dłoń. Często na wejściu hostessy w tradycyjnych strojach malują nam kropki na czołach a na szyję zakładają naszyjniki z kwiatów, palmowych liści, ziarenek kardamonu albo muszelek.

Czasem wszystko to odbywa się z towarzyszeniem występów zespołu pieśni i tańca (okrojona wersja Kathakali z pierwszego wieczoru, aczkolwiek z pełniejszym makijażem i bardziej kolorowymi strojami) no i zawsze dostajemy ręczniczek do wytarcia rąk i szklankę lemoniady, soku ananasowego albo arbuzowego (ci, którzy znają moje zamiłowanie do arbuzów mogą sobie wyobrazić jaką mam z tego radość) albo świeżego kokosa. Ba, czasem jeszcze trafiają się jacyś paparazzi – albo z lokalnej prasy albo hotelowi.

Blogerzy z KBE w lokalnej prasie

Blogerzy z KBE w lokalnej prasie

W większości miejsc coś jemy – a to lunch, a to podwieczorek, a to „herbatka” (w końcu Indie to prawie jak Anglia). Do Leela trafiliśmy na „herbatkę” właśnie, więc poza napojami czekały na nas przepięknie podane przekąski, kanapeczki, owoce i ciasteczka typowe dla Kerali. Niestety nie pamiętam ich nazw ale szczególnie miło wspominam słodką przekąskę z orzechów nerkowca z których uprawy słynie okolica. No i muszę podziękować obsłudze Leela, za to, że nawet nie mrugnęli okiem jak udało mi się zrzucić dwa szklane półmiski misternie ustawione na cienkich nóżkach (wyżej wspomniane ciasteczko wpadło mi w szparę między nimi i chciałam je wyciągnąć:)

Zachód słońca w Leela

Zachód słońca w Leela

Jak wspomniałam wcześniej, nie jestem targetem wypasionych lokali, podobnie zresztą jak moi współtowarzysze podróży, więc mniej więcej w połowie oglądania resortów, mimo tego fantastycznego przyjęcia jakim nas wszędzie raczono, zaczęło się nerwowe rozglądanie, a w drodze do przedostatniego resortu kilka osób zniknęło w tajemniczych okolicznościach, prawdopodobnie każdy kolejny hotel, który nam pokażą, a w którym nie będziemy spać ani jeść, wywoła masowy bunt na pokładzie. Na szczęście jutro zaczynamy „prawdziwe” zwiedzanie, więc jest szansa, że do końca wycieczki wytrwamy w pełnym składzie.

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *