Lubimy aktywny wypoczynek, codzienne nowe widoki. Ale po miesiącu czy dwóch w drodze marzy nam się spacer po rajskiej plaży, chatka z widokiem na ocean, kilka spokojnych dni, zachód słońca nad wodą. Najlepiej, żeby do tego było spokojnie, niezbyt drogo i ciekawie. Brzmi nierealnie? Dlatego trudno się dziwić, że Koh Chang nie dorosło do tych oczekiwań.

W podróży poprzeczkę mamy zwykle dość nisko zawieszoną (i zwykle droga mile nas zaskakuje), ale jak już sobie zaplanujemy, że ma być rajsko, to musi być z przytupem. Żadnych półśrodków, parawanów i kamyków zamiast złocistego piasku. Ma być pięknie jak z obrazka, żadne disco nie może zagłuszać szumu fal, a piñacolada i margarita mają być idealnie zmrożone. Żadnych pijackich krzyków, żadnych śpiewów o 4 ranem, żadnego palenia gumy skuterami za kilka bahtów za dzień na drodze obok kempingu. Żadnych tłumów, naciągaczy. I do tego jeszcze na plaży powinny stać stoliki, na których podaje się złowioną lokalnie rybę w cenie kilka razy niższej niż nad Bałtykiem. A, i jeszcze dzieci. Mają grzeczne i jak z obrazka.

Rajskie plaże? To chyba tylko z Di Caprio

No więc liczymy. Na ilu takich plażach w życiu byliśmy… Hmm… Ha! Byliśmy w takim miejscu! To było lata temu na Dominikanie. Ciepłe morze, biały piasek, rozśpiewani ludzie, pyszne jedzenie a do tego, jako że byliśmy poza sezonem, zero turystów. Chociaż… jak się dłużej nad tym zastanowić, to chyba jednak wcale nie było tam tak idealnie.

Po pierwsze na tą plaże dotarliśmy po kilku godzinach jazdy wypożyczonym samochodem, co a) wykluczało jedną osobę z drinków z palemką (druga była wykluczona z okazji bycia krową żywicielką matką karmiącą), b) wcale nie było tanie. Po drugie, sprzedawcy pierdułek wszelkich byli baaaardzo natarczywi, bo byliśmy ich jedyną szansą. Na szczęście wiek naszych dzieci (Maciek miał wtedy 3 lata, Kalina – 3 miesiące) działał na naszą korzyść. Zamiast zachwycać się błyskotkami, nasze dzieci wolały spać, albo głośno domagać się uwagi i zapewniania rozrywek, które wtedy jeszcze nie polegały (wyłącznie) na kupowaniu. Po trzecie ceny na Dominikanie jak się okazało do najniższych nie należą. Zwłaszcza noclegów. To znaczy jasne, da się znaleźć coś za grosze, ale był to nasz pierwszy wyjazd z dwójką dzieci przy czym jedno miało 3 miesiące, więc mieliśmy nieco wyżej zawieszoną poprzeczkę niż zazwyczaj. No i po czwarte ze względu na świeżość Kaliny byliśmy wtedy notorycznie niedospani i nasze relacje z Dominikany trzeba filtrować przez ogólną nieprzytomność. Nie czujemy się życiowymi mędrcami, ale dobrze wiemy, że słuchając opowieści młodych rodziców zawsze trzeba sobie zadawać pytanie: „A może to się tylko im przyśniło?”.

Do Azji Południowo-Wschodniej dotarliśmy już z trochę dłuższym stażem rodzicielskim, choć było to już całkiem dawno, bo pod koniec 2014 roku. Od samego początku dwumiesięcznej podróży po Tajlandii, Laosie i Kambodży wiedzieliśmy, że gdzieś w jej trakcie chcielibyśmy odpocząć kilka dni na wybrzeżu, może nawet na wyspie, żeby jeszcze bardziej odciąć się od cywilizowanego i pędzącego nie-wiadomo-gdzie interioru.

W pewnym momencie byliśmy już prawie zdecydowani na kambodżańskie plaże, ale okazało się, że przez brak czasu mija się to z celem. Przejazd z Siem Reap na południowy-wschód zająłby nam co najmniej cały dzień (a doświadczenia z transportem w Kambodży mieliśmy nie najlepsze). To oczywiście założenie optymistyczne. Z dziećmi trzeba by to rozbić na dwa dni, powrót podobnie i cała wycieczka skończyłaby się na zamoczeniu nóg w morzu i wysuszeniu ich już w drodze powrotnej do Tajlandii. Oczywiście moglibyśmy tam polecieć, ale latanie samolotem na lokalnych trasach nadal wydaje nam się burżuazyjną zachcianką. A może to tylko dobre wytłumaczenie dla skąpstwa. W końcu nawet najtańsza podróż samolotem przestaje być taka tania, jak się podróżuje czteroosobową rodziną.

Koh Chang – w poszukiwaniu ideału

Rozważając wszystkie nasze opcje trafiliśmy na blog Łukasza i spółki, którzy podobną trasę przemierzali ledwie pół roku wcześniej i po drodze odwiedzili tajską wyspę Koh Chang, skąd przywieźli dużo dobrych wspomnień i równie dobrych zdjęć. Postanowiliśmy nie wyważać szeroko otwartych drzwi i podążać za znajomymi blogerami. Zdecydowaliśmy się więc dać Koh Chang  szansę. Niestety, okazało się, że nie nadajemy na tych samych falach.

Nie zrozumcie nas źle, Koh Chang to piękne miejsce. Błękit miesza się z zielenią, piasek jest ciepły i miękki, a fale miarowo uderzają o brzeg. Może mieliśmy zbyt duże oczekiwania, może dołożyło się do tego zmęczenie prawie dwumiesięczną podróżą i paskudna infekcja, którą złapała Ola wpędzając ją w chwilowe przerażenie, że to na pewno malaria (koh-changski lekarz rozwiał nasz strach jednym szybkim badaniem krwi)… Na pewno też po prostu nie mieliśmy szczęścia. W okolice tak mocno polecanej przez Kędzierskich plażę Kai Bae dotarliśmy grubo po zmroku i nie daliśmy rady znaleźć polecanej przez nich miejscówki, czyli Siam Cottage. Następnego dnia okazało się, że jest tuż za rogiem, ale z powodu remontu była zamknięta. Wszędzie indziej ceny były trochę powyżej naszego budżetu i oscylowały w granicach 800-1000 bahtów za domek, podczas gdy my staraliśmy się nie przekraczać pół tysiaka.

W końcu wyczerpani znaleźliśmy mały ośrodek z domkami prowadzony przez expatkę z Holandii z ceną nadal mocno powyżej pół-tysiaka i bez widoku na morze, ale za to z hamakami i miłym miejscem do chill-outu. Na miejscu można się było polenić, zjeść i wypić i w ogóle było całkiem spoko, ale skoro byliśmy przecież na rajskiej wyspie to i w głowach mieliśmy już odpowiednio przewrócone i zachciało nam się więcej.

Kai Bae, czyli plaża prawie idealna

Poszliśmy nad morze. Na plaży wytrzymaliśmy kilka godzin. Tak, Kai Bae jest cicha i spokojna, ma idealną szerokość, czyli cień zaczyna się ledwie kilka metrów od wody, da się na niej znaleźć i huśtawkę, i hamak. Można nawet zrobić krótki spacer bez nieznośnego uczucia bycia natrętem na prywatnej plaży. Jeśli zawędrujecie na Koh Chang to rodzinnie patrząc na leniwy wypoczynek, to chyba najlepsza plaża na wyspie.

Tylko niestety okazało się, że my po prostu jesteśmy mało plażowi. Nie nurkujemy, nie przepadamy za pływaniem wzdłuż brzegu, budowanie z zamków z piasku jest fajne tak przez pół godziny. Wieczorem ruszyliśmy więc na spacer po okolicy. Miasteczko też nie przypadło nam do gustu. Nastawione na rosyjskojęzyczny target pełne było klubów z głośną muzyką, w których dominowali starsi Rosjanie z młodziutkimi Tajkami. To ostatecznie przekonało nas, że nie tego „raju” szukaliśmy. Kolejnego dnia nie mogliśmy sobie już odmówić wypożyczenia skuterów i ruszyliśmy wokół wyspy w poszukiwaniu widoków i nowego miejsca na nocleg.

Nocleg znaleźliśmy w Green Cottage Resort na południowo-zachodnim krańcu wyspy. Jak się niestety okazało, zamienił stryjek sierkierkę na kijek. Chatka, w której zatrzymaliśmy się na kolejne trzy noce miała ledwie kilka metrów kwadratowych, dziurawą moskitierę w oknach i stała na tak blisko sąsiadów, że można by tam wysyłać polskich deweloperów na szkolenia z zagęszczania przestrzeni. Był za to basen z widokiem na morze. Wszędzie gdzie indziej byłaby to naprawdę fajna miejscówka, ale daliśmy się zarazić bakcylem „rajskiej wyspy” i nijak nie dawało rady się z niego wyleczyć. Zaleczyliśmy go trochę basenem, przyzwoitą plażą tuż obok (bardziej do spacerów niż pływania), spacerami po okolicy i dobrym (choć dość drogim) jedzeniem. No i oczywiście tą odrobiną słodkiego nicnierobienia, o którym (jak nam się wtedy wydawało) tak marzyliśmy.

I tak zrezygnowaliśmy z dalszych poszukiwań idealnego wyspiarskiego noclegu. Choć pewnie da się go znaleźć. Przygotujcie się tylko na to, że będzie Was to kosztowało odpowiednio więcej niż w kontynentalnej części Tajlandii. Ale nie od dziś wiadomo, że wyspy rządzą się swoimi prawami. Dlatego nie będziemy jakoś strasznie narzekać – taki standard w jakim spaliśmy to dla nas to raczej reguła niż wyjątek, a przy wyższym budżecie spokojnie da się znaleźć coś i z basenem, i z widokiem, i z czym jeszcze chcecie.

Koh Chang – wyspa nie dla nas

Naszym głównym problemem z Koh Chang byliśmy chyba… my sami. Tak się nakręciliśmy na rajską wyspę z równie rajską plażą, że zapomnieliśmy, że my tak naprawdę nie przepadamy za plażami a cichego i pięknego zakątka nad morzem raczej nie znajdziemy w promieniu kilku godzin jazdy z Bangkoku. Za to gdybyśmy znowu mieli lat dwadzieścia kilka, to pewnie utknęlibyśmy na Koh Chang na dłużej. Na przykład na Bailan Beach, gdzie dominowały ekipy w wieku wczesnostudenckim, a piwo lało się strumieniami. No ale byliśmy z dziećmi i jesteśmy za drętwi na imprezy, więc wpadliśmy tam tylko na obiad (znalezienie dobrego, tajskiego jedzenia, najchętniej w cenie zbliżonej choćby do tej z Bangkoku było większym wyzwaniem niż wybór noclegu). Tym, którzy na Koh Chang dotarli już na oparach swojego ograniczonego budżetu, polecamy duże Tesco w centrum wyspy

Skutery – sprawdzony sposób na poprawę humoru

Koh Chang ratują widoki. Wystarczyło, że wynajęliśmy skutery i pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża, żeby przestać marudzić. Niestety nie da się objechać wyspy dokoła – na jej południowym krańcu droga się kończy. Niemniej jednak udało nam się trochę pojeździć, gratulując sobie w duchu, że Koh Chang nie było naszym pierwszym skuterowym doświadczeniem. Strome zjazdy i zakręty pod kątem ostrym przyspieszały bicie serca – kilka tygodni wcześniej skończyłoby się w najlepszym razie pewnie na odprowadzeniu skutera do wypożyczalni, w najgorszym – w pobliskich krzakach. Na szczęście długie kilometry w okolicach Thakek i Pakse okazały się być całkiem niezłą szkołą jazdy na jednośladach.

Zachodnia część wyspy to turystyczne wioski – ulicówki ze straganami obwieszonymi kiczem prawie jak nad Bałtykiem w lipcu, wschodnia z kolei okazała się być oazą spokoju. Ma to pewnie związek z tym, że plaże są kamieniste, czasem wręcz nie sposób dojść do wody. Ale o dziwo da się tam znaleźć kilka restauracyjek i kawiarni, i to dużo przyjemniejszych niż te, położone po popularniejszej stronie. Chociażby dla nich i dla odetchnięcia od tłoku i hałasu zachodniej części, warto zrobić sobie całodniową wycieczkę (prawie) dookoła wyspy.

Ruszając przed siebie na skuterze warto tylko pamiętać, że Koh Chang ma bardziej deszczowy klimat niż kontynentalna część Tajlandii. Każdego dnia w pewnym momencie na niebie pojawiały się ciężkie chmury. Czasem ulewa przechodziła bokiem, a czasem nie, jak wtedy gdy popijaliśmy kawę, dokładnie po drugiej stronie wyspy od miejsca naszego noclegu. Czekaliśmy i czekaliśmy, przestawało padać na chwilę, tylko po to, żeby zachwycić tęczą, i znowu padało. Wybierając między opcją „powrót na skuterach w deszczu” a „powrót na skuterach po ciemku i w dodatku być może też w deszczu”, uznaliśmy, że z cukru nie jesteśmy i się nie roztopimy.

Koh Chang zostawiło w nas sporo niedosytu, ale zdajemy sobie sprawę, że nasze oczekiwania były nierealne. A przecież znaleźliśmy i miłą plażę, i przyjemne noclegi, i ładne widoki, i choć było drożej, to nadal byliśmy w Tajlandii, a nie na Islandii. Zamiast więc zniechęcać Was do Koh Chang, zachęcimy do uczciwego odpowiedzenia sobie na pytanie: co właściwie na tej wyspie chcecie znaleźć.

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *