DSC

Jakim cudem ludzie robią tą trasę w 4 dni? My czwartego dnia jesteśmy na półmetku… Wstajemy bladym świtem (coś koło godz. 8) żeby nadgonić i niedługo potem jesteśmy u wejścia do jaskini Kong Lor (Kong Lo). Po czym pojawia się problem. Nie jest to atrakcja skrojona pod rodzinę 2+2, łódki zabierają maksymalnie trzy osoby. Chyba będziemy musieli kogoś zostawić…

Z Sala Konglor Lodge, gdzie spędziliśmy poprzednią noc do jaskini nie mamy daleko. To zaledwie kilka kilometrów, których pokonanie skuterem zajmuje chwilę. Zrywamy się wcześnie. Oczywiście chcielibyśmy napisać, że jesteśmy twardzi, wszytko jest zaplanowane i ciągnie nas do jaskini – celu, do którego dążymy od kilku dni. Prawda jest jednak bardziej prozaiczna. Łóżko, które nam się trafiło jest niezbyt duże i średnio wygodne. W dodatku nasz tani pokój jest tani, bo ma wejście przy samej restauracji i rano robi się w nim dość głośno.

Kong Lor: więcej cywilizacji niż się spodziewaliśmy

Czyli same plusy! Trochę zaoszczędziliśmy i cały dzień przed nami. Zbieramy się raz dwa, kluczymy polną drogą z powrotem do asfaltowej trasy, skręcamy w prawo i chwilę potem jesteśmy przy bramie. Zaczyna się festiwal płacenia. Na wejściu 10 000 kipów od osoby (oczywiście jak to w Laosie żadnych zniżek dla dzieci) plus po 3 000 kipów za każdy skuter. Parkujemy na całkiem już zaskuterowionym parkingu (widać wcale z nas nie takie ranne ptaszki, jak nam się wydawało) i kierujemy się, by załatwić łódkę.

Zwiedzanie jaskini jest w miarę porządnie ogarnięte. Cennik jest wywieszony, więc nie ma targowania. Łódka to koszt 100 000 kipów (12,5 USD), każda osoba – 10 000 kipów. Pojawia się jednak problem, bo na cenniku jest wyraźnie napisane, że łódka zabiera maksymalnie trzy osoby. Oczywiście najpierw płacimy za trzy osoby nie zważając na regulamin i dopiero potem widzimy jak pan z okienka patrząc na nas wymownie liczy na palcach do czterech. Po dłuższej chwili kręcenia głową i dawania nam do zrozumienia, że łódka absolutnie nie jest w stanie zabrać czterech osób (nawet jeśli dwie z nich są dość niewielkie) słyszymy kompletnie niezrozumiałą wypowiedź, na końcu której pada sakramentalne „ten thousand”. Dopłacamy i nagle nasza liczebność przestaje być problemem.

Ze sprzętem też nie jest łatwo. Każdy z nas dostaje czołówkę i kapok. Kapoków dziecięcych oczywiście nie ma. Z kaskami już się nauczyliśmy, że nie dostaniemy nigdzie wersji dla dzieci i kupiliśmy swoje w Wientianie. Przy jaskini Kong Lor (Konglor, Kong Lo) trochę na nich liczyliśmy, ale jak się okazało, przeliczyliśmy się. Opatuliliśmy więc Maćka i Kalinę w miarę porządnie, mocno zaciskając sznurki. W depozycie zostawiliśmy portfele i dokumenty, żeby się nie zamoczyły i ruszyliśmy przed siebie. Dłuższą chwilę wahaliśmy się czy brać bluzy, ale uznaliśmy, że lepiej ich nie narażać na zamoczenie. I słusznie, bo w jaskini wcale nie jest chłodno, za to zamoczyć się nie jest tak trudno.

Od budki z biletami i sprzętem do łódek jest do przejścia jakieś 300-400 metrów. Szkoda, że nikt nam o tym nie powiedział, zanim zainstalowaliśmy na dobre kapoki na dzieciach… Po kilku minutach niesienia na rękach niezbyt foremnych dzieci w kapokach, musieliśmy odinstalować ochronne wdzianka. Ale nawet z uwolnionymi dziećmi niezbyt wprawnie wyglądał ten nasz rodzinny spacer. Na twarzy naszego przewodnika zaczął gościć grymas  zniecierpliwienia z gatunku „rodzina z małymi dziećmi, w co ja się wpakowałem…”.

Siedem kilometrów ciemności

W końcu docieramy do małej, chybotliwej łódeczki. Jakoś nie wiedzieć czemu, Oli się wydawało, że jaskinia będzie oświetlona. Nie jest. W miejscu, gdzie stoją łodzie, jakieś 50 metrów od wejścia jest jeszcze jasno dzięki małemu świetlikowi. Dalej widać ciemność – spokojny nurt wody pochłanianej przez absolutną czerń. Zaczyna do nas wtedy docierać, że to nie byle jaka ciemność, ale ponad 7 kilometrów zimnej rzeki wijącej się miejscami pod setkami metrów litej skały. Zaczynamy się lekko niepokoić.

Kong Lor

Kong Lor: cisza i ogień

Czym jest jaskinia Kong Lor? To tunel wyrzeźbiony w wapiennej skale przez rzekę Hin Bun (Hinboun). Niektórzy porównują wizytę w niej do podroży w głąb Hadesu i przeprawy przez rzekę Styks. Innym, preferującym bardziej współczesną literaturę oraz kunszt reżyserski Petera Jacksona, Kong Lor jawi się jako podziemne jezioro Golluma w Górach Mglistych, a światła mijanych łódek są jak jego oczy wyglądające złodzieja Pierścienia.

Nam chyba bliżej do tych pierwszych skojarzeń. Kiedy tylko łódź wpływa w czerń, zdaje się zapadać coraz głębiej w podziemnej krainie. Poetyckie rozmyślania szybko ustępują tym praktycznym. Mając dwie małe osoby na pokładzie nie możemy skupić się na podziwianiu formacji skalnych na suficie. Bardziej zależy nam, by całą czwórką w jednym kawałku dotrzeć na drugą stronę. Dużą część czasu świecimy więc przed siebie, żeby nasz sternik miał choć trochę łatwiej. Wierzymy, że chłopaki znają na pamięć jaskinię, ale fakt, że siedzi on z tyłu łódki, mając równie słabą czołówkę co my, nie pomaga. Miejscami jest naprawdę wąsko i łódka wręcz ociera się o ściany jaskini lub wystające z wody skały.  Większość czasu płynie się naprawdę szybko, a przynajmniej ma się takie wrażenie. Czasem sternik ostro rzuca na zakrętach, by potem trochę uspokoić szybką jazdę w wielkich salach, gdzie czołówka swym światłem ledwo dosięga ścian i nie marząc nawet o złapaniu sklepienia górującego 100 metrów ponad nami.

Po kilkunastu minutach dostrzegamy przed sobą światło. Przez chwilę obawiamy się, że nasz sternik wybrał sobie jakiś skrót i zamiast 7 kilometrów zaserwował nam skróconą wersję jaskini. Na szczęście okazuje się, że to oświetlony chodnik – ścieżka edukacyjna – w jednej z większych sal, gdzie można z bliska obejrzeć trochę stalaktytów i stalagmitów.  Ruszamy więc na niespieszny spacerek, a łódka w tym czasie przepływa na drugą stronę sali i stamtąd zabiera nas na dalszą część rejsu.

Po kolejnych kilkunastu minutach zaczyna do nas docierać, że choć miejsce jest naprawdę niesamowite i wyjątkowe, to jednak 7 kilometrów ciemnym tunelem, to nie jest nasza ulubiona forma spędzania czasu. To uczucie się pogłębia, kiedy dopływamy w płytsze i bardziej bystre rejony rzeki i nie trafiamy w przewężenie. Nurt szybko zaczyna obracać łódkę i stawia ją w poprzek rzeki, a lekko zdenerwowany sternik wskakuje w wodę do pasa i z wielkimi problemami zaczyna walczyć z rzeką. Nie wiemy, czy wyskakiwać i mu pomagać, czy może się nie ruszać, a coraz większe bujanie i okazyjne przelanie się wody przez burtę wcale nie pomaga w podjęciu decyzji. Było już wcześniej kilka chwil, kiedy odgłosy przypominające małe wodospady i bardziej nerwowe ruchy naszego sternika, co dobrze widać po skaczącym świetle jego czołówki, przyprawiały nas o szybsze bicie serca. Teraz zaczynamy się lekko bać. Woda do pasa to niby nic, ale słabe światło, dość mocny nurt i dwójka dzieci to średnie połączenie. Szybko jednak orientujemy się, że Laotańczyk wie co robi, a sytuacja nie jest krytyczna. Udaje mu się odpowiednio ustawić łódź, cofnąć się w nurcie i pozostając w wodzie przeprowadzić przez płyciznę.

W czasie rejsu na drugą stronę spotykamy tylko jedną łódź. Tańczące światła czołówek na sklepieniu jaskini widzimy kilkadziesiąt sekund wcześniej. Sama łódź śmiga obok nas z dużą prędkością. Wyjście z jaskini z drugiej strony jest dużo bardziej dzikie niż otwarte i częściowo uregulowane wejście. Oślepiające światło przebija się przez morze zieleni, w której skąpane są skały i brzeg rzeki. Znów jest wąsko i Hinbun przypomina tu bardziej polską rzekę na prosty spływ kajakowy z rodziną niż żywioł, który przebił skałę.

Ta dzikość szybko przechodzi w bazar z cepelią i śmieciowym jedzeniem. Są stoiska z czipsami, zimnymi napojami i rękodziełem. Coca-cola, Pepsico, Frito Lay i trochę (jeszcze niemarkowych) tkanin. Oglądamy przez chwilę krótki pokaz tkactwa, ale czujemy się dziwnie. Jesteśmy jedynymi gośćmi, wszyscy zza lad patrzą na nas wyczekująco, a my wcinamy swoje przekąski i popijamy wodę wyciągniętą z plecaka. W końcu dajemy się namówić Kalinie i Maćkowi na coś słodkiego i zaspokajamy wyraźnie oczekiwaną przez wszystkich potrzebę ceremonialnego zakupu.

Kong Lor

Kong Lor: cepelia po drugiej stronie

Trochę czegoś innego się tu spodziewaliśmy. Zupełnego odcięcia od cywilizacji, może jakichś starożytnych zwierząt czy smoków chowanych tu przez tysiące lat bez możliwości przedarcia się przez góry i przepłynięcia podziemnej rzeki. Albo przynajmniej jakichś ładnych widoków. Tymczasem zastaliśmy bazar, do którego zresztą produkty nie docierają tą podziemną, romantyczną drogą, tylko są dowożone na dwóch i czterech kołach. Zaraz za główną polaną widać bowiem porządnie rozjeżdżoną drogę przez las.

Po kilku minutach pokazujemy więc sternikowi, że nie ma sensu dłużej tu siedzieć i czas wracać. Pakujemy się do łódki i bez większych przygód meldujemy się po z powrotem przy wejściu do jaskimi. Na Maćku i Kalinie przejażdżka nie robi większego wrażenia. Największą radość mieli oczywiście z czołówek, strachu żadnego. Jaskinia szybko zdaje się odległym wspomnieniem, bo po wyjściu dajemy sobie godzinę na kąpiel w rzece. Tym razem nawet dwie starsze stopy zdecydowały się na pełne zanurzenie, pozostałe dwie nadal czekają na lepsze, czyli cieplejsze czasy. Szybko dołączają do nas lokalne dzieciaki, potem dwie pary turystów i na naszym małym kąpielisku robi się całkiem tłoczno.

Ban Nahin: przyjemne miasteczko w cieniu elektrowni

I znów jakimś cudem w miejscu, gdzie mieliśmy spędzić dwie, może trzy godziny, spędzamy pół dnia. Zachód słońca łapie nas po przejechaniu zaledwie mniej więcej 40 kilometrów, znów na zupełnie nie pasującej do miejsca prostej drodze pod słupami wysokiego napięcia. Wiemy, że nie ma szans, żeby dojechać gdziekolwiek dalej niż Ban Nahin. Pewnie gdybyśmy robili pełną pętlę, to dalibyśmy radę znaleźć jeszcze jakiś nocleg przed nocą. Z Ban Nahin do „13” – autostrady wzdłuż Mekongu jest tylko 30 km, a przy niej jest wioska na wiosce. Tylko, że już jakiś czas wcześniej zdecydowaliśmy, że nie domykamy kółka, a wracamy tą samą drogą. Po pierwsze dalsza część trasy to ponad 100 kilometrów ruchliwą „13”. Jazda skuterem na tej trasie to żadna przyjemność. Jedzie się przez wsie pełne ludzi i zwierząt w dużym ruchu i pyle wzbijanym przez ciężarówki i autobusy. Po drugie mieliśmy jeszcze głód jaskiń w okolicach Thakhek, których nie daliśmy rady zobaczyć kilka dni temu.

Zatrzymaliśmy się więc w Ban Nahin, w miejscu którego nazwa ulotniła się gdzieś razem z tym jednym Beer Lao na dobranoc. Wybraliśmy pierwszy duży hotel po wjeździe do miasta od strony Kong Lor. Był czysty, przestronny, z imponującą drewnianą klatką schodową oraz pokojem z czterema łóżkami za niewiele ponad 100 000 kipów. Po poprzedniej, niełatwej nocy w Sala Konglor, uznaliśmy, że należy nam się odrobina luksusu. Ban Nahin ma jednak sporo różnych opcji noclegowych, do czego przyczyniła się nie tylko trasa do Kong Lor ale też pobliska elektrownia. Aczkolwiek gościnne noclegi jej pracowników z laotańskimi towarzyszkami w okolicznych hotelach podobno ukróciła policja. Wszystko więc jest wolne dla skuterowców!

Resztę wieczoru spędziliśmy na kluczeniu po cichych uliczkach Ban Nahin. Restauracja przy hotelu wydała nam się trochę za droga, więc wsiedliśmy na skutery i pojechaliśmy w stronę centrum. Od razu po prawej stronie mignęła nam jakaś knajpa, która nie wyglądała zachęcająco, ale jeszcze wtedy nie zapaliła nam się lampka ostrzegawcza. Sprawdziliśmy jedno czy dwa miejsca po drodze, wybraliśmy na śniadanie fajne miejsce robione wyraźnie pod ekspatów i po zupie w losowej knajpie wróciliśmy do hotelu. Tam powitał nas beat laotańskiego karaoke z pobliskiej knajpy. Będzie nam towarzyszył do momentu, kiedy w końcu zapadniemy w głęboki sen. Po całym dniu zwiedzania i pływania nie było to jednak trudne. A następnego dnia szykowaliśmy się na kolejną wczesną pobudkę, by tym razem narzucić sobie naprawdę porządne tempo i wyrobić się w dwa kolejne dni z powrotem do Thakhek.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *