DSC
Z Nowego Jorku wyruszyliśmy na południe. Wyjechaliśmy ze Staten Island przez kolejny upiornie drogi most i pomknęliśmy „95” w stronę Pensylwanii. Jechaliśmy do Delaware, ale po drodze chcieliśmy rzucić jeszcze okiem na kolebkę amerykańskiej państwowości – Filadelfię.

DSC03775
Po drodze znów wjechaliśmy do „garden state”, czyli New Jersey. To podobno bardzo piękny stan, ale, również podobno, niewiele osób o tym tak naprawdę wie. Wszyscy przemykają przez niego ciągnącą się wzdłuż zachodniej granicy autostradą 95 i nikt nie zjeżdża w stronę Atlantyku. Tam podobno jest pięknie. My jednak wyniesiemy z New Jersey typowo amerykańskie wspomnienia – rozgrzebanej i ciągnącej się przez trochę przemysłowe, trochę nijakie okolice autostrady 95…

Do Filadelfii dojechaliśmy, pomimo średnio udanej przerwy na tankowanie (New Jersey przebija okoliczne stany ceną benzyny i nawet jeśli trzeba trochę kluczyć po zjeździe z autostrady, nie wypada nie skorzystać), w miarę sprawnie. Google mówił niewiele ponad 1,5 godziny, nam to zajęło trochę ponad dwie. Zaparkowaliśmy kawałek od historycznego centrum zamiast ryzykować parkowanie na ulicy (znaleźliśmy tani piętrowy parking), dzięki temu zobaczyliśmy trochę więcej niż byśmy chcieli zobaczyć.

O ile samo turystowo jest eleganckie i wymuskane, o tyle nasza droga do niego pokazywała wyraźnie, że Filadelfia nie radzi sobie najlepiej. Na w miarę głównej ulicy zamiast drogich butików były głównie second-handy i K-mart. Trochę jak na warszawskiej Pradze. Na korzyść miasta przemawia tylko to, że szukając najtańszego parkingu siłą rzeczy musieliśmy trafić do taniej i kolorowej dzielnicy niedaleko centrum. No i trzeba pamiętać, że to jednak dalej duże amerykańskie miasto nie idące jeszcze w ślady Detroit, więc tanie sklepy były w parterach pięknych, klasycznych kamienic…

W końcu jednak dotarliśmy tam gdzie chcieliśmy. Visitors center w Narodowym Parku Niepodległości było jak zwykle świetne, pani rangerka doradzała i doradzała, ale z braku czasu zdecydowaliśmy się na opcję minimum. Może gdybyśmy wyruszyli z Nowego Jorku o w miarę rozsądnej porze, to na Filadelfię mielibyśmy znacznie więcej czasu.
Do Narodowego Parku Niepodległości dotarliśmy przez filadelfijski ratusz. Zbudowany na początku ubiegłego wieku 167-metrowy budynek przez kilka lat dzierżył tytuł najwyższego na świecie. Przez ponad 80 lat był najwyższym budynkiem w Filadelfii. A do dzisiaj jest najwyższą na świecie zamieszkałą budowlą murowaną.
Ratusz

Ratusz

Miejsce jego budowy wybrał sam William Penn. Zbudowano go w stylu Drugiego Imperium, którego to stylu, jak się przekonaliśmy w Filadelfii, nie jesteśmy szczególnymi fanami. Budynek ma przesadzone detale, nieproporcjonalnie wysoką wieżę ze statuą Penna, a dodatkowo w jego przejściowych bramach i na dziedzińcu czuć, że może Filadelfia najgorsze ma już za sobą (w latach 80-tych zaliczyła chyba zupełny dołek), ale do czasów świetności jeszcze trochę jej brakuje.
W Narodowym Parku Niepodległości spędziliśmy w sumie może z godzinę. Miasto szykowało się już na obchody Święta Niepodległości, które przypadało za kilka dni. Część budynków była już ogrodzona barierkami na skrzyżowaniach stało trochę mundurowych.
Independence Hall

Independence Hall

Independence Hall, czyli budynek, w którym podpisano Deklarację Niepodległości był zamknięty dla zwiedzających. Można było pochodzić dookoła niego, ale żal nam było czasu. Trzeba jednak mu oddać sprawiedliwość, że wokół czuje się ducha historii. O ile na przykład w San Antonio wszelkie próby wczucia się w klimat czasów Alamo psuły wstrętne wieżowce, tak Park Niepodległości dalej pozwala się przenieść w XVIII wiek. To doznanie pewnie byłoby pełniejsze, gdybyśmy weszli do środka i mogli spojrzeć na historyczne wnętrza, ale nawet to zewnętrzne doświadczenie warte było przeżycia.

Z racji braku czasu nie podeszliśmy też do Dzwonu Wolności. Liberty Bell, który miał ogłosić publiczne czytanie Deklaracji 8 lipca. Teraz jest wystawiony w oddzielnym pawilonie, do którego kłębiła się kilkusetmetrowa kolejka. Uznaliśmy, że nie damy rady utrzymać dzieciaków w oczekiwaniu na możliwość podejścia do jakiegoś niedużego dzwonu. W dodatku da się go zobaczyć przez szybę z zewnątrz.
Tam w środku jest dzwon

Tam w środku jest dzwon

Pisaliśmy już o tym w reportażu dla dziennik.pl, że w obliczu 4 lipca, Mt. Rushmore a teraz też i Filadelfii jesteśmy coraz bardziej zdziwieni tym, że właściwie nie świętujemy 3 maja w Polsce. Choć nasza Konstytucja właściwie nie weszła w życie, to była jednak wydarzeniem a ulice Warszawy zapełniły się świętującymi. Za święto narodowe uznano 3 maja uznano już dwa dni później. Tymczasem na Deklaracji Niepodległości 4 lipca znalazł się jeden podpis, przeczytano ją publicznie 8 lipca, a większość delegatów podpisała się na początku sierpnia. Deklaracja doprowadziła do powstania najpotężniejszego obecnie kraju na świecie, a rok po uchwaleniu naszej konstytucji warszawiacy bardziej niż świętowaniem przejmowali się obroną stolicy przed rosyjskim oblężeniem. Niemniej jednak była aktem rewolucyjnym, państwotwórczym, jak najbardziej godnym świętowania…

A wracając do Filadelfii… Szybko ominęliśmy patrole i kolejki przy Dzwonie Wolności i postanowiliśmy jeszcze przed powrotem do samochodu wchłonąć trochę klimatów filadelfijskiego starego miasta przy okazji zahaczając o polskie akcenty. Przeszliśmy obok polsko-amerykańskiego centrum kulturalnego i szybkim krokiem dotarliśmy pod dom, w którym mieszkał Tadeusz Kościuszko.
Nasi tu byli

Nasi tu byli

To dom, w którym „polski bohater amerykańskiej rewolucji” zamieszkał w 1796 roku po wygnaniu z Polski. Znalazł go dla niego jego sekretarz Julian Ursyn Niemcewicz. Kościuszko leczył w nim rany i przyjmował gości. Do lat 70-tych budynek był w marnym stanie, potem wpisano go jednak na listę pomników narodowych i pięknie odnowiono. Jak przystało na Stany, także w czymś jest naj! To najmniejszy teren administrowany przez National Park Service. Ma całe 80 metrów kwadratowych! Niestety, jak to z nami bywa, dotarliśmy do niego kilkadziesiąt minut po zamknięciu i nie dane nam było wejść do środka…

Dom Tadeusza Kościuszki

Dom Tadeusza Kościuszki

Filadelfijskie stare miasto urzeka. XVIII-wieczna, spokojna architektura (Penn wymyślił Filadelfię jako spokojne, rolnicze miasto, zamysł jednak zmienił bieg historii), stare drzewa, uspokojony ruch samochodowy. Tak jest niestety tylko przez kilka ulic. Potem całkiem szybko architektura zaczyna przypominać niskie nowojorskie kamienice, a tuż za nimi wyłoniły się nagle bloki przypominające warszawskie osiedle Za Żelazną Bramą.

Plac za Żelazną Bramą w Filadelfii

Plac za Żelazną Bramą w Filadelfii

Nawet one nie zniechęciły nas przed dalszymi spacerami. W końcu w jednym z takich bloków mieszkaliśmy ładnych kilka lat. Z Filadelfii wygonił nas za to deszcz, który w pewnym momencie lunął z całą siłą i raczej nie zanosiło się na to, żeby szybko przestał padać, wróciliśmy więc biegiem do samochodu i pojechaliśmy dalej na południe.

Streets of Philadelphia

Streets of Philadelphia

Spędziliśmy w Filadelfii w sumie tylko kilka godzin, ale zrobiła na nas całkiem miłe wrażenie. Trochę szkoda, że nie weszliśmy do żadnego z historycznych wnętrz. Jednak nawet tylko dla spaceru po Parku Niepodległości i starym mieście warto było je odwiedzić.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *