phra prang sam yot malpy

Przewodniki sławią Lopburi, opisując je jako urokliwe, spokojne, małe miasteczko, które w dodatku niesie ze sobą bagaż historii, na tyle ciężki, by go docenić, a jednocześnie na tyle lekki, by go ogarnąć pieszo i to w jeden dzień. Ten błogi spokój psują tylko pewni natarczywi mali goście. I to dla nich oraz dlatego, że znów nie wyszło nam planowanie, tam pojechaliśmy.

Jak już pisaliśmy wcześniej, chcieliśmy jechać bezpośrednio z Ayyuthay’i do Chiang Mai nocnym pociągiem. Nie doceniliśmy jednak popularności pociągów na północ, szczególnie w weekendy. Wolne miejsca były dopiero kolejnego dnia, dlatego postanowiliśmy się przenieść trochę dalej na północ i zatrzymać się na chwilę w małpim mieście.

Bo Lopburi słynie z małp. Oczekiwaliśmy ich na dworcu. Nie było. Rozglądaliśmy się szukając hotelu. Gdzieś tam mignęła jedna. Hotel znaleźliśmy idąc ścieżką wydeptaną przez tysiące lonelyplanetowców. Wzdłuż torów od stacji, po kilkuset metrach skręt w lewo w ulicę Ratchadamnoen, rzut oka na dwa najpopularniejsze hostele (jeden trochę drogi, drugi pełny) i skończyliśmy w Lopburi Asia Hotel – mało backpackerskim, a raczej pseudobiznesowym, a może bardziej pracowniczo-migracyjnym hotelu bez wyrazu. Tanio i spokojnie, mimo prześwitu z moskitierą pod sufitem na korytarz. Przedsenne zawodzenie Kaliny musiało się trochę nieść po piętrach.

Hotel nas trochę odwiódł od narzekania na brak małp. I nie mówimy tu o naszych super grzecznych i spokojnych dzieciach. Kiedy my ogarnialiśmy bagaże, Maciek z Kaliną wyszli sobie na korytarz, po czym wrócili krzycząc: małpy!!! I rzeczywiście były, wciągały się albo zrzucały z kabli, zaglądały przez kraty (na podpuszczające pytanie, czy można otwierać okna w pokoju, pracownik hotelu gorączkowo potrząsał głową, mówiąc: nigdy w życiu!).

Lopburi - miasto malp

Lopburi – miasto malp

Zanim jednak oddaliśmy się polowaniu na małpy zrobiliśmy jeszcze krótki spacer po mieście. Chcieliśmy poczuć ten wolny rytm i historię bijącą z murów. W końcu to jedno z najstarszych miast w Tajlandii, dawna rezydencja królewska (choć tylko przez chwilę), druga stolica, miasto zasłużone dla nauki i takie tam.

Ale pod tym względem to miasteczko nam w ogóle nie podeszło. Faktycznie czuło się w nim prowincjonalność i zagubienie pomieszane z powolnością (choć ruchliwe ronda i linia kolejowa przez prawie centrum nie pomagały). Jednak świątynie Lopburi po wizycie w Ayutthay’i nie robiły już na nas najmniejszego wrażenia. Starczył nam zapału na pobieżne zwiedzenie tylko dwóch z nich. Resztę sobie darowaliśmy, a na muzeum w pałacu królewskim, mówiąc szczerze, odebrała nam ochotę cena (150B, czyli 5USD) oraz deszcz.

Świątynia Phra si ratana mahathat w Lopburi

Świątynia Phra si ratana mahathat w Lopburi

Monkey Mayhem!

Za to jedno faktycznie robi wrażenie w tym mieście. To właśnie „monkey mayhem”, jak opisuje małpie rządy przewodnik. Już małpie zabawy na hotelu w zrzucanie się, uciekanie przed najmłodszą z grupy, a potem wracanie po nią, nie tyle oczywiście, żeby jej pomóc, co jeszcze bardziej ją wkurzyć, były urzekające. Ale ulice to tylko przedsmak tego, co czeka gości w świątyni Prang Sam Yot. To ona jest prawdziwym małpim królestwem, gdzie człowiek jest intruzem (aczkolwiek pożądanym, bo może ma coś do jedzenia).

phra prang sam yot malpy (1)

Na Oli świątynia nie zrobiła aż tak ogromnego wrażenia jak na reszcie, raczej przywołała przerażające skojarzenia z małpami w Indiach. Tam też były wszędzie, kombinowały, czego by tu nie ukraść, jak podejść do człowieka, wyczuć, czy cię boi (i można go sterroryzować), czy wręcz dąży do kontaktu (a wtedy można podejść i coś wyciągnąć, w ostateczności uciec się do terroru).

Do Prang Sam Yot łatwo trafić. Jest prawie w samym centrum miasteczka, nie chowa się za wysokim płotem czy wśród gęstego parku. Mieszkańcy wybrali inny sposób odcięcia jej od miasta. Z trzech stron otoczyli całkiem ruchliwymi ulicami, a z czwartej puścili linię kolejową. Na niewiele się to zdaje. Małpy mają pod swoją kontrolą całą okolicę. Ich hordy mijaliśmy już kilkadziesiąt metrów zanim zobaczyliśmy świątynię. W jakiejś bocznej uliczce wpadliśmy nawet na gang, który obrabiał nierozważnie zaparkowany samochód z uszczelek. Rozbójnicza działalność miała za to o tyle pozytywny efekt, że w końcu można było przejść bez problemu chodnikiem. Żaden sprzedawca nie był na tyle szalony, by towar wystawić przed sklep. Żadna szanująca się małpa nie płaci przecież za zakupy.

Lopburi - miasto małp

Małpi gang na ulicy Lopburi

Czym byliśmy bliżej, tym było ich więcej. A potem ukazała się nam świątynia. Właściwie jest to świątynka, ale i tak nikt na nią nie zwraca uwagi. Jest w końcu tylko tłem dla małpich rządów. I prawie jej nie widać. Wszystko zasłaniają bowiem one. Małe i duże, siedzące spokojnie jak loża szyderców, tłukące się między sobą bez zwracania uwagi na kilka małych grupek turystów krążących wokół nich. Inne za to za cel wzięły turystów próbując od nich coś wyciągnąć (od nas dostały pałeczkę, która zaplątała się dzieciom w rękach po obiedzie), albo po prostu na nich wskakując (jak na Pawła).

Lopburi - miasto małp

Małpa z pałeczką w Lopburi

Tu pojawił się problem co z taką małpą na głowie zrobić. Na siłę się jej pozbyć nie ma jak, bo albo zlecą się jej kumple z dzielni, albo wyjdziemy na furiatów z Zachodu, którzy krzywdzą formy życia (co z tego, że nieznośnie akurat dominujące), a to wbrew buddyjskiej naturze. W dodatku pozowaliśmy na twardzieli i kiedy kilka minut wcześniej jeden z ochroniarzy pilnujących gości zaczął za nami chodzić, to grzecznie mu podziękowaliśmy.

No więc długie sekundy upływały, a małpa siedziała sobie na głowie Pawła. Po dłuższej chwili dojrzała to jedna starsza pani ubrana w odblaskową kamizelkę i uzbrojona w służbową procę i przybiegła nam na ratunek. Potem już nas nie odstępowała na krok pilnując szczególnie Kaliny, niewiele większej od niektórych z małp.

Porządkowi to naprawdę miłe i przydatne osoby, do których na początku nie mieliśmy zaufania, sądząc że chodzi o wyciąganie kasy. Ale są w cenie biletu i wcale nie domagają się dodatkowej opłaty za „ochronę”. To nie Wołomin.

Co też uderzające, a może właśnie nie uderzające, to brak smrodu wokół świątyni. Nawet bardziej niż o pracę porządkowych chodzi chyba o to, że główny „karmnik” dla małp oraz główne miejsce załatwiania potrzeb fizjologicznych jest trochę z boku świątyni przy torach kolejowych. Doskonale je przy tym widać z pociągu, więc jeśli nawet nie zatrzymujecie się w Lopburi i jedziecie prosto do Chiang Mai czy Bangkoku, to dobrze wyglądajcie przez okna, jak tylko pociąg ruszy ze stacji. Będziecie mieli przynajmniej namiastkę lopburskiego „monkey mayhem”.

Kultury i historii więc w Lopburi nie łyknęliśmy, ale zaliczyliśmy przyszłość, czyli jak to jest żyć w mieście opanowanym przez małpy, które wchodzą ludziom na głowy. Na Lopburi przeznaczyliśmy tylko niecały dzień, a swoją dawkę dawnej świetności Tajlandii dostaliśmy w Ayutthay’i.

Do pociągu do Chiang Mai wsiedliśmy następnego dnia o godz. 15 (2. klasa, czyli sypialny z wentylatorem, dolne łóżka – 496B za dorosłego/228B za Maćka, ale bez oddzielnego łóżka, Kalina za darmo). To najgorszy z kilku nocnych pociągów, bo planowo dociera do celu przed godz. 5 rano. Jeśli już traficie do tego pociągu, to zarezerwujcie wcześniej hostel, bo (suprise, suprise) miasto rano śpi i jest wymarłe, a hostele są zamknięte na głucho. No ale jak się nie potrafi planować z odpowiednim wyprzedzeniem, to trzeba się liczyć z konsekwencjami. Tym, którzy nie lubią 5 rano, radzimy więc zainteresować się biletami kilka dni wcześniej.

Sam pociąg (poza godziną przyjazdu) okazał się bardzo przyjazny, choć układ łóżek ( równolegle do jazdy, góra złożona, dół rozłożony na dwa miejsca siedzące – dla dolnego i górnego pasażera) był dla nas zaskoczeniem. Zakupiony wcześniej prowiant okazał się niepotrzebny – dopóki nie zapadnie zmrok cały wagon zajmuje się głównie konsumpcją. Co chwila wchodzili sprzedawcy a to jajek, a to ryżu z dodatkami, a to czegoś na słodko, a to napojów, zestawów obiadowych (bardzo średnie Pad Thai). Wszyscy się częstują i starają zagadać. Szczególnie, jak w przedziale są dzieci. Nasi współpasażerowie bardzo się starali, żeby Maciek i Kalina ani przez chwilę nie byli głodni.

Lopburi - miasto małp

Samotność w Lopburi

Wieczorem konduktor rozłożył łóżka (z pościelą!) i poszliśmy spać. Uwaga dla dzieciatych: dolne łóżka są wprawdzie nieco droższe ale są też szersze. Z dwulatką jest całkiem wygodnie, z 5-latkiem już trochę mniej. Do tego łóżka są dość krótkie – mają jakieś 180 cm długości. To nie jest problem nawet dla wyższych osób, o ile śpi się samemu. Z małym współspaczem trzeba już się mocno nakombinować, żeby znaleźć optymalną pozycję.

Okna się oczywiście nie domykają, ale to akurat nie przeszkadza. Gdyby to był zimowy pociąg do Zakopanego, gdzie nigdy nie dawało się wyregulować ogrzewania (o ile było), okna podwiązywało się na sznurek, a w szpary wtykało firanki (o ile jeszcze były), to pewnie byśmy marudzili. A tak przez uchylone okna wpadał rześki powiew wiatru, słychać było przyjemne turkotanie pociągu, a czasem nawet odgłosy przyrody, jeśli przebiły się przez silnik spalinowej lokomotywy będącej bezpośrednio przed naszym składem. To wszystko tak nas ukołysało do snu, że do Chiang Mai dotarliśmy w zaskakująco dobrej formie.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • Paweł, do twarzy Ci w tej czapeczce, nie wiem skąd taka mina 😉

    Do Lopburi trafiłam tylk na chwilę. Autobusem pojechałyśmy do miasta, a tam kupiłyśmy bilet na wieczorny pociąg do Chiang Mai. To było moje pierwsze bliskie spotkanie z małpkami, więc byłam zachwycona. Małpa siedząca u drzwi banku, małpka siedząca na samochodzie, małpka wybierająca bukiet kwiatów i chipsy ze śmieci. Ale jak sobie przypomnę jak nam na safari pod liverpoolem małpka spryskiwacze w samochodze zeżarła to przestaje mnie to już bawić 😉 Pozdrawiam!

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *