DSC

Tuk-tuk wyrzucił nas na skraju instalującego się właśnie wieczornego bazaru pełnego najróżniejszych lao-pamiątek. Ściemniało się, ale na głównej ulicy było jasno jak w dzień. Z trudem przebijając się przez tłumy ruszyliśmy na poszukiwania noclegu. A bazar okazał się miastem w pigułce: kolorowy, przyjazny, zorganizowany i oczywiście w 100 procentach ukierunkowany na turystów. Welcome to Luang Prabang!

Brnąc przez tłum, lawirując między rozkładającymi się straganami, uciekając spod kół obładowanych skuterów, gdzieniegdzie dostrzegaliśmy znajome z promu do Luang Prabang twarze. Przez następnych kilkanaście dni miało się okazać, że dotrzymujemy tempa współpodróżnikom i tak jak oni zmierzamy na południe utartymi ścieżkami. Dopiero po dłuższym postoju w Wientian wypadliśmy z rytmu, choć nawet kilka tygodni później w Angkor Wat spotkaliśmy parę z promu i zamieniliśmy kilka słów. Cóż, turystyczne korytarze w Azji Południowo-Wschodniej nie są zbyt szerokie…

Bazar w Luang Prabang

Nocny bazar w Luang Prabang

Nocleg w Luang Prabang

Jeśli chodzi o nocleg w Luang Prabang, założyliśmy sobie niezbyt realne limity cenowe i poszukiwania zajęły nam sporo czasu. Trzeba pamiętać, że to miasto jest nastawione raczej na bogatszego turystę. Liczyliśmy na dwójkę z dwoma dużymi łóżkami lub trojkę z jednym większym łóżkiem do 80 000 kipów, czyli 10 USD.  I o ile dało się znaleźć kilka miejsc w tym przedziale cenowym, to jednak nie było tam pokoi, w których byśmy się fizycznie zmieścili.

W samym sercu Starego Miasta znaleźliśmy bardzo ładny hostel z pokojem z wyjściową ceną 80 000 kipów za dwójkę (stargowaną przy nas bez problemu do 70 000), ale niestety z jednym dużym łóżkiem i bez możliwości dorzucenia materaca. Trochę dalej w głąb Starego Miasta zajrzeliśmy też do miejsca, które miało dwa przyzwoite łóżka, ale wyjściowa cena wynosiła „ledwie” 120 000 kipów.

Postanowiliśmy szukać dalej i w końcu trafiliśmy w prawie samym rogu Mekongu i Nam Khan na hostel Thida, w którym co prawda cena wyjściowa za czysty i przestronny pokój z dwoma naprawdę dużymi łóżkami i bez klimatyzacji wynosiła 160 000 kipów, ale po ostrym targowaniu skończyło się na 100 000 kipów. Czyli i tak powyżej maksimum, które sobie założyliśmy. Było już jednak naprawdę późno i zeszliśmy już chyba wszystkie rozsądne cenowo miejsca w okolicy. Tańsze hostele są oczywiście poza Starym Miastem, w pobliżu głównej trasy, czyli „13”. No ale mają ten podstawowy minus, że są daleko, więc albo trzeba się nastawić na długi spacer, albo podjeżdżanie tuk-tukiem lub wynajętym skuterem.

Luang Prabang

Zabawy na ulicach Luang Prabang

Luang Prabang – cepelia, którą można pokochać

Ktoś z naszych znajomych określił Luang Prabang mianem laotańskiego Krakowa – i rzeczywiście, była stolica (do 1975 roku), bardzo turystyczna, dopieszczona w każdym calu i odpicowana przez UNESCO zdaje się istnieć wyłącznie dla turystów. Wszędzie napisy po angielsku i chińsku, wszędzie hotele – od backpackerskich guesthouse’ów po miejsca, gdzie boy hotelowy otwiera gościom drzwi limuzyny, restauracje w których można zjeść wszystko, od ryżu przez bagietki po hamburgery i co krok sklepy z pamiątkami.

Ceny dla nas były zdecydowanie za wysokie, dostosowane wyraźnie do kieszeni zachodniego lub chińskiego turysty… Znowu jakoś nie to, czego się spodziewaliśmy po Laosie – w końcu miało być spokojnie, sielsko, cicho i tanio. Jednak przez kilka dni szwendania się po mieście polubiliśmy je bardzo, jakbyśmy mieli gdzieś w okolicy osiąść na stałe to Chiang Mai właśnie zyskało silną konkurencję. U Oli nawet przegrało, bo w Luang Prabang jest zdecydowanie bardziej zielono. No i knajpki, duuużo knajpek z widokiem na rzekę!

Luang Prabang

Zieleń na podwórkach Luang Prabang

Bazary i jedzeniownie Luang Prabang

Samo miasto to taka przyjazna, kolorowa cepelia, trochę jak warszawska Starówka. Czyste uliczki toną w bieli, czerwieni, złocie i błękicie. Wzdłuż głównej ulicy długi rządek stoisk oferujących w zasadzie to samo – naleśniki, kanapki, kiepską kawę i koktajle ze świeżych owoców. To dobre miejsce na śniadanie. Z kolei na późniejsze posiłki polecamy bazar odchodzący od głównej ulicy w stronę rzeki. Jest tam kilka stoisk – bufetów, gdzie można wziąć talerz albo dwa i nabierać wszystkiego, co wygląda apetycznie. Wychodzi taniej niż w restauracjach, różnorodność na talerzu większa i zawsze jest argument do rozmów z dziećmi („Przecież sam wybrałeś!”). Warto jednak pamiętać, że to bazar „poranny”, który zamiera tuż przed zmrokiem.

Wieczorem na głównej ulicy rozkłada się nocny bazar, ten, na który trafiliśmy pierwszego wieczoru. Kupić można wszystko to, co widzieliśmy wcześniej w Bangkoku na Rambuttri i potem w jeszcze niejednym miejscu. Czy jest tam taniej czy drożej niż na innych bazarach z pamiątkami – nie wiemy, nie sprawdzaliśmy. Kupowanie pamiątek zostawiliśmy sobie na później. Niemniej jednak przyjemnie było przespacerować się przez ten kolorowy, zgiełkliwy tunel, pełen węży w butelkach, barwnych tkanin i kolorowych lampionów.

Spacerując po Luang Prabang

Po Luang Prabang spacerowaliśmy dużo, aż zamęczyliśmy tymi spacerami i siebie, i dzieci. Trudno jednak było sobie odmówić bezcelowego wędrowania po zielonych zaułkach, zza których wyłaniały się piękne przykład kolonialnej architektury… Kto czytał nasze blogowanie z podróży po USA, wie też, że mamy ogromną słabość do mostów, szczególnie żelaznych, nitowanych, industrialnych przepraw przypominających Most Gdański w Warszawie. A takie mosty i mostki zostawili po sobie w Luang Prabang Francuzi.

Szczególnie urzekł nas stary most na Nam Khan, wyłożony deskami, tworzącymi wąskie ścieżki dla skuterów i tuk-tuków. Nie mogliśmy sobie odmówić ani spaceru, ani przejażdżki skuterami. To drugie wymagało trochę sprawności i opanowania, bo nie dość że ścieżka na skuter była wąską, to łatwo się było z niej ześlizgnąć – deski były codziennie heblowane przez tysiące skuterowych kół.

Luang Prabang. Żelazny most na Nam Khan

Luang Prabang. Żelazny most na Nam Khan

Poza kolonialną architekturą główną atrakcją turystyczną Luang Prabang są oczywiście świątynie. Jest ich dużo, wszystkie są piękne. Najważniejszą jest Wat Xien Thong, zbudowana w połowie XVII wieku, bogato zdobiona, pełna złota i czerwieni.

Świątynie Luang Prabang może nie wywierają takiego ogromnego wrażenia jak te w Bangkoku, ale wydają się być dużo bardziej naturalne i prawdziwe. Z jednej strony miasto trąci cepelią, na jego ulicach dominują turyści, których sporo spaceruje również po świątyniach. Z drugiej strony na świątynnych dziedzińcach ludzie grają w piłkę lub badmintona, sporo jest zieleni, która przelewa się przez niskie murki i otwarte bramy (lub po prostu przez przerwy w murze), mnisi robią pranie, myją się, tu i ówdzie suszy się pomarańczowa tkanina… Gdyby nie stolik z biletami i panie pilnujące, żeby zakupić bilet przed przekroczeniem niewidzialnej linii kończącej bezpłatne oglądanie, można by zapomnieć, że to atrakcje turystyczne.

Warto też wdrapać się wzgórze Phousi (150 metrów wysokości, 355 schodków), na którym stoi stupa That Chomsi. Stupa jest zupełnie nieciekawa, ale to najlepszy punkt widokowy w Luang Prabang. Ze szczytu rozciągają się przepiękne widoki na miasto, w tym na stary francuski most. Oznacza to oczywiście, że choć na zdjęciu będziemy stać samotnie na tle luangprabanskiej fototapety, to spoza kadru będzie wpatrywał się w nas wyczekująco tłum żądnych takiego samego zdjęcia turystów. Przygotujcie na duże tłumy.

Widok z góry na Luang Prabang

Widok z góry na Luang Prabang

Z Phousi warto zejść inną drogą niż się weszło. My weszliśmy i zeszliśmy od strony Starego Miasta (głównie dlatego, że doczekaliśmy na szczycie zmroku i dodatkowy godzinny spacer z lekko marudzącą młodzieżą naokoło nie napawał nas radosnym turystycznym podnieceniem), ale schodząc w drugą stronę można dodatkowo obejrzeć w połowie drogi Wat Tham Phousi z posągami leżącego i siedzącego Buddy (ten drugi znany jest ze swojego sporego brzucha).

Skuterem z Luang Prabang

Poza spacerowaniem do późnego wieczora, wdrapywaniem się na wzgórza i kontemplowaniem Mekongu oraz mostów nie mogliśmy sobie oczywiście darować jednego dnia na skuterach. Oczywiście w naszym przypadku oznaczało to, że w czasie niby beztroskich i bezcelowych spacerów, co chwila zaglądaliśmy do biur podróży, hosteli i innych miejsc z wywieszką „wypożyczę skuter”, by podpytać się o cenę i rzucić okiem na stan sprzętu i kasków. Z tym oglądaniem sprzętu nie było jednak tak łatwo…

W Luang Prabang co drugi hostel ma wystawiony baner informujący o wypożyczaniu skuterów. Po tym, że wyglądają dokładnie tak samo, łatwo się domyślić, że wypożycza je jedna firma, a hostele i restauracje to tak naprawdę tylko słupy reklamowe. To w sumie prawda, z jednym zastrzeżeniem: jeśli zdecydujemy się zostawić paszport, to zostawiamy go w hostelu/restauracji a nie jakiemuś człowiekowi, który pojawił się na skuterze i zaraz zniknie. Może marne to pocieszenie, ale zawsze.

Wiążą się z tym jeszcze dwie sprawy. Po pierwsze nie widzimy sprzętu, który chcemy wypożyczyć, bo ten przyjedzie, jak już go zarezerwujemy. A po drugie, takie miejsca nie są skłonne do większych ustępstw cenowych. Zaszliśmy do więcej niż pięciu i w żadnym miejscu nie udało nam się zejść więcej niż o 10 000 kipów, czyli ze 160 do 150 tysięcy (niewiele poniżej 20 USD, przy kilku dolarach, które płaciliśmy w Tajlandii).

Gdzie więc tanio wypożyczyć skuter w Luang Prabang? Trzy odrobinę tańsze wypożyczalnie znaleźliśmy na ulicy odchodzącej od ronda na głównej ulicy z informacją turystyczną przy Nocnym Targu w obie strony (Mekongu i drugą). Dwie to chyba niezależne wypożyczalnie, jedna połączona ze sklepem, druga z agencją turystyczną, a trzecia to hostel Oudomphone, który tak naprawdę okazał się słupem firmy Naluang o bardzo nieprzychylnych opiniach w internecie (łącznie z tym, że sami kradną swoje skutery wypożyczającym). Skutery wzięliśmy w końcu z hostelu, bo tak nam było najwygodniej. Dwa kosztowały nas 280 000 kipów, czyli 35 USD. W Tajlandii tyle dalibyśmy za całkiem niezły samochód.

W Luang Prabang są dwie polecane skuterowe trasy, choć oczywiście można też wypożyczyć skuter, wyjechać za miasto, skręcić w pierwszą lepszą drogę i podziwiać widoki… Pierwsza z opracowanych tras to pętla po drugiej stronie Mekongu, poczynając od wioski, do której się dociera promem ze Starego Miasta. Po drodze są jaskinie (na przykład Pak Ou, którą widzieliśmy z promu płynąc Mekongiem), etniczne wioski (Ban Nagnan) i pewnie sporo laotańskiego karaoke w najdzikszych częściach gór. Ta trasa w dużej mierze prowadzi po wiejskich polnych drogach i po deszczu może być na niej ciężko. Z tego co widzieliśmy w internecie, to nawet rowerzyści po opadach miewają tam problemy. Woleliśmy nie ryzykować.

Druga trasa to pętelka wokół Luang Prabang, na której są trzy grupy wodospadów oraz kilka świątyń – można na przykład dojechać do wioski Pak Ou (30 km na północ) i wykupić wycieczkę na drugą stronę rzeki do świątyni. Taki mieliśmy plan wypożyczając skutery (no może poza Pak Ou, tam wiedzieliśmy, że nie damy rady dojechać). Ale jak to z nami bywa, mieliśmy je wypożyczyć przed godz. 10, a spod hostelu wyjechaliśmy po godz. 12.

Luang Prabang

Luang Prabang. Świątynie i kwiaty

Do najsłynniejszych i najbardziej popularnych wodospadów (Kouang Si) jest niewiele ponad 20 km. Droga jest przyzwoicie oznakowana, tzn. należy skręcać tylko kiedy widzi się odpowiedni drogowskaz. Jak go nie widzicie, nie skręcajcie. A jak skręcicie, to wbrew naszym wcześniejszym radom, by nie pytać miejscowych, jednak zapytajcie. I jeśli jedziecie tylko tam, to nie warto inwestować w mapę okolicy, która jest mało dokładna i w dodatku droga (30 000 kipów), tymczasem pod same wodospady prowadzi asfalt. Wystarczy jechać tam, gdzie wszystkie tuk-tuki, minivany i wypożyczone skutery.

Pozostałe dwa wodospady są w promieniu kilkunastu kilometrów od miasta, ale niestety nie udało nam się tam dotrzeć. Po górach jeździmy dość wolno, a wspinaczka i kąpiel w wodospadach zajmują nam zwykle duuużo więcej czasu niż planujemy (takie uroki podróżowania z dziećmi). Zobaczyliśmy więc cały jeden wodospad w okolicach Luang Prabang. Tuk-tuk wyszedłby nas taniej (jakieś 200 tysięcy), minivan znacznie taniej (pewnie ze 150 tysięcy), ale po prostu nie mogliśmy sobie odmówić pojeżdżenia skuterami. A w ramach dodatkowej atrakcji przejechaliśmy się jeszcze w tą i z powrotem starym francuskim mostem.

Wodospady Kouang Si

A wodospady? Mocno skomercjalizowane (2 000 kip na skuterowy parking oraz 20 000 kip za wejście), z bazarem przed wejściem, pełne ludzi, ale jednocześnie zadbane i bardzo malownicze. W niższej części to raczej kaskadowe baseny, a w wyższej dominuje około 60-metrowy główny wodospad. Miejscami jest ślisko, ale sytuację ratują mostki, drewniane chodniki, a pod głównym wodospadem nawet taras widokowy idealny do zrobienia sobie pocztówkowego selfie. Woda nie rozpieszcza temperaturą, ale nie mogliśmy odmówić dzieciom popływania w błękitnej wodzie (oraz zrobienia sobie zdjęcia na syrenkę).

Dodatkową atrakcją jest ośrodek dla niedźwiedzi himalajskich u podnóża wodospadów, w którym opieką otoczono 23 osobniki, w większości porwane przez kłusowników i odebrane przez laotańskie władze. Niedźwiedzie wylegują się na pomostach, bawią się oponami i przedstawiając tak sielankowy obraz sprawiają sporo frajdy dzieciom.

Kouang Si

Niedźwiedzie przy Kouang Si

Luang Prabang jest znane jeszcze z jednego wydarzenia, które wymaga sporo samozaparcia, gdyż odbywa się o przeokrutnej porannej porze, czyli o wschodzie słońca. To procesja mnichów, podczas której zbierają oni dary od mieszkańców miasta. Wiele osób krytykuje to, jak ten zwyczaj teraz wygląda, bo bardziej przypomina fotosafari z polującymi na mnichów turystami uzbrojonymi w aparaty i nie ma już nic wspólnego z duchowym i religijnym przeżyciem. Jakie były nasze wrażenia (a właściwie Pawła, bo tylko on dał radę wstać przed wschodem słońca, Ola żeby wstać tak wcześnie potrzebuje zdecydowanie większej motywacji), napiszemy Wam w następnym poście.

(Visited 210 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

    • Zależy co i w jaki sposób chcesz zwiedzać. Na Luang Prabang naszym zdaniem wystarczy 2-3 dni, choć jakbyśmy mieli więcej czasu to też z przyjemnością byśmy zostali, bardzo nam to miasto przypadło do gustu. W Laosie spędziliśmy równy miesiąc (jak poczytasz pozostałe wpisy to zorientujesz się co i ile czasu nam zajęło i na co czasu nie starczyło), ale znam ludzi, którzy potrafią zobaczyć „the best of” w dwa tygodnie a i tacy, którym i pół roku nie starczy:)

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *