Lwów… jak o nim zacząć, by nie wyszedł kolejny frazes? Że magiczny? Że taki polski? Że historia, kościoły, galicyjski tygiel narodów? Że polska blacha na dachach, że wojna wtedy, że wojna teraz? Że jak dawno Was tam nie było, to zagryźcie zęby, przejdźcie przez biedagranicę w Medyce i ruszajcie na wschód?

Ciężko się pisze warszawiakom o Lwowie. Z jednej strony łatwo nam znajdować w jego uliczkach nasze utracone miasto. O przykład nietrudno. Może niewielu mieszkańców Warszawy wie, ale najbardziej regularnym placem Warszawy był przed wojną pl. Muranowski. Istniał sobie tam, gdzie teraz ulica Stawki wpada w ul. Andersa przed wieżowcem Intraco.  Był niejako przedłużeniem ulicy Nalewki, serca żydowskiej Warszawy, ale istniał na jej skraju. Tuż zaraz były tory kolejowe, a potem inteligencki Żoliborz.

Zapomniany dziś pl. Muranowski miał też tę szczególną cechę, że przechodziły przez niego, a właściwie przez centrum rozstawionych na nim straganów, tory tramwajowe. Jak wiele zostało w Polsce żywych rynków lub placów z przecinającymi je torami tramwajowymi? I oto wjeżdżamy na lwowski Rynok „dziewiątką” toczącą się wolno po nierównych torach. Jedziemy prosto z dworca szukając naszego hotelu, przetaczamy się ul. Ruską, którą przytłacza Cerkiew Uspieńska. Niby nic, stary lwowski tramwaj marki tatra wjeżdża na rynek, przeciskając się ulicą wypełnioną historią i religią. Ale już to nam wystarczyło, by zakochać się w tym mieście.

Lwów. Wąskie tory tramwajowe prowadzące na Rynek

Lwów. Wąskie tory tramwajowe prowadzące na Rynek

I nie tylko my tak się poczuliśmy. „Nie da się ukryć, że Lwów przygarnia, i trudno poczuć się w nim obco, gdyż wszystko, choć widziane po raz pierwszy, wydaje się swojskie” – pisał o Lwowie Paweł Smoleński recenzując publikację „Lwów stary i wczorajszy. O szarym Lwowie”.

Warszawiak Lwowa nie zrozumie

Jak rzekliby niektórzy, to miłość irracjonalna, bo przecież Warszawiak nie zrozumie Lwowa. Tak było zawsze. I to w obie strony. „(…) Dać się poprowadzić Prusowi wśród ulic i domów Warszawy, tak niepojętej jakby nigdy nie leżała ze Lwowem w barwach tej samej mapy” – pisał Jan Parandowski, swoją nienaganną polszczyzną w „Niebie w płomieniach”, jednej z najlepszych książek, w której Lwów odgrywa pierwszoplanową rolę. Jakże więc warszawiak wychowany pośród prl-owskich blokowisk ma zrozumieć miasto, gdzie każdy kamień woła wielowiekową i niezwykle skomplikowaną historią?

Lwów.. Polska blacha na dachach

Lwów.. Polska blacha na dachach

Oczywiście pokoleniowe doświadczenie się przydaje. I to wcale nie przy odnajdowaniu „polskości” Lwowa, ale przy dostrzeganiu wspólnych, wschodnio-europejskich motywów. „Bardzo ciekawe są te galeryjki przy lwowskich kamienicach” – zagadnęliśmy Ihora, naszego przewodnika, który oprowadzał nas po lwowskich dachach i pokazywał podwórka skryte przed okiem większości ciekawskich turystów. „To taka lwowsko-włoska specyfika?” – zażartowaliśmy dopytując. „Taaaak” – odpowiedział Ihor. „Pewnie nie wiecie jak to jest, ale kiedy po wojnie kwaterowano ludzi w centrum Lwowa, to na każde dawne mieszkanie przypadało kilka rodzin. I te rodziny grodziły sobie mieszkania, a żeby dało się do nich wejść, to dostawiano w podwórkach schody i tarasy. Stąd te galeryjki”. Faktycznie, los oszczędził nam dzieciństwa w poniemieckich willach np. w Jeleniej Górze, ale wiemy jak jest. Mieliśmy przez chwilę mieszkanie na Ząbkowskiej w Warszawie, gdzie pożydowskie kamienice szatkowano mieszkaniami, w których potem łazienki trzeba było wykrajać z korytarzy.

Lwów – miasto żywe

Ale wróćmy do początku. Lwów zaczął się dla nas właściwie na rynku. Marszrutka z Szegini, duszna, z zamkniętymi przez mżawkę oknami, uśpiła nas tak, że ocknęliśmy się dopiero na dworcu. Dworzec piękny, ale dzieci marudziły, szarzało, więc trzeba było się szybko zebrać do hotelu na rynku. Po drodze – w tramwaju – skupialiśmy się bardziej na opanowaniu plecaków i dzieciarni niż na widokach. No i na przypomnieniu sobie, jak się obsługuje ręczne kasowniki. Szybko się zapomina takich umiejętności, podstawowych przecież w dzieciństwie i wczesnej młodości. Dopiero przy wjeździe na Rynok oświeciło nas, że dotarliśmy.

Lwowski Rynek - widok z dachu Hotelu 39

Lwowski Rynek – widok z dachu Hotelu 39

Była sobota, koniec marca. Wielka Sobota w Polsce, ale tu święta miały przyjść dopiero za miesiąc. Tak to się w 2016 roku rozjechało. Rok wcześniej moglibyśmy świętować razem.

Rynek żył. Knajpy były pełne, kapele grały, rodziny spacerowały, dzieciaki skakały po wielkim napisie Lviv. Kiedy miesiąc wcześniej dogadywaliśmy szczegóły z wyjazdu z Lviv Tourist Alliance – organizacją, która nas zaprosiła, długo wahaliśmy się między hotelem na Rynku – Hotel 39, a modernistycznym, kolorowym hostelem Z-One Hub na uboczu. Wybraliśmy rynek. Ciekawe jak bardzo inny byłby nasz odbiór miasta, gdybyśmy pierwsze kroki skierowali do jasnych i kolorowych przestrzeni w mniej centralnie położonej dzielnicy…

Ulice Lwowa

Ulice Lwowa

Tymczasem trafiliśmy do Hotelu 39. Wąskim korytarzem doszliśmy do drewnianych, stromych schodów. A wspinając się po nich zadarliśmy głowy do góry i zobaczyliśmy… jaskółki. Polichromie na suficie wydały nam się zupełnie naturalne w tym miejscu i kiedyś faktycznie były bardzo popularne. Potem ich historię dopowiedział nam Ihor. Okazało się bowiem, że Hotel 39 to jeden z przystanków na trasie wycieczki po dachach Lwowa. Niestety stare polichromie nie przypadły do gustu powojennym mieszkańcom kamienic w historycznej części Lwowa i zachowało się ich naprawdę niewiele. Jaskółki spod numeru 39 to więc coś, na co warto rzucić okiem.

Lwów i jego „nieszczęsne pamiątki historyczne”

Ciekawe też co by było, gdybyśmy do Lwowa wjechali własnym samochodem i zaparkowali przed hotelem, zamiast dotrzeć tam marszrutką, wysiąść na klepisku przed jednym z najpiękniejszych przykładów polskiej architektury użytkowej przełomu wieków i starym tramwajem przejechać najstarszą tramwajową trasą w Monarchii Austro-Węgierskiej na Rynek? Może następnego dnia rano wyjść na miasto, które zdążyliśmy już pokochać, wyszlibyśmy nieprzygotowani i stłamsiłyby nas „pamiątki historyczne”…?

Lwów. Ulica Ruska z dalekim profilem Wołoskiej cerkwi

Lwów. Ulica Ruska z dalekim profilem Wołoskiej cerkwi

Teofil (…) jakby uchylił drzwi do dużego, zimnego pokoju, w którym nikogo nie ma; ulica Ruska z dalekim profilem Wołoskiej cerkwi zamajaczyła w głębi jak ciemna sień; zawrócił w stronę katedry. Obszedł ją od kaplicy Boimów, która od razu go znużyła. Nie miał ucha dla kanonicznej ciszy zaułka, nie miał oka dla tej fasady opitej i obżartej rzeźbą. Spod stromej ściany katedry umknął, jakby się miała zawalić. Radosna droga, na którą wszedł z pierwszymi gwiazdkami śniegu, przepadła gdzieś wśród ulic miasta. Włóczył się jak zabłąkany. Od czasu do czasu potykał się o nieszczęsny „pamiątki historyczne”: kościół Bernardynów, kolumnę błogosławionego Jana z Dukli, kościół Jezuitów – i coraz nasiąkał nudą. Całe miasto zszarzało (…). Jan Parandowski, „Niebo w Płomieniach”

Czy Lwów jest szary i przytłacza „nieszczęsnymi pamiątkami historycznymi”? Szarość to nie jest kolor, który pasuje do tego miasta. I historia o tym wie. Nawet lwowskie blokowiska na przedmieściach, które obejrzeliśmy sobie przy wyjeździe z miasta starają się przed nią bronić. A nie jest to łatwe na wschód od Bugu. Pustakowa i tynkowa szarość lubi wschodnie blokowiska. W Polsce poradzono sobie z nią w sposób ekstremalny – w postaci pastelozy królującej na przedmieściach. We Lwowie i na całym wschodzie walczy się z nią na balkonach i loggiach, zabudowując je i malując na kolorowo.

Lwów

„Nieszczęsne pamiątki historyczne”

W walce z szarością pomaga też historia. Kiedy nowoczesny stadion miejski zbudowany na Euro 2012, zaczynał odchodzić w zapomnienie z trudem organizując tych kilka imprez na miesiąc, na wschodzie kraju wybuchła wojna. Karpaty Lwów, grając na poziomie dołów polskiej ligi nie miały szansy na zapełnienie stadionu. Ale Szachtiar Donieck, grający z powodzeniem w Lidze Mistrzów już tak. W ten sposób, dzięki kolejnej tragicznej karcie ukraińskiej historii we Lwowie znów zrobiło się odrobinę mniej szaro.

Wojna, której niby nie ma…

Od wojny we Lwowie nie da się uciec. Paradoksalnie głównie przez uciekanie od niej. „Stąd do Doniecka jest dalej niż do Berlina, a do Ługańska tyle, co do Londynu” – powtarzali nam, podkręcając trochę liczby kilometrów, przewodnicy Kumpel Group w lwowskich podziemiach i na lwowskich dachach. My o tym wiemy. Zagraniczni turyści niestety raczej nie. Boom turystyczny rozkręcony przez Euro 2012 szybko się więc skończył i teraz miasto zwiedzają głównie polscy i ukraińscy goście.

Ci pierwsi są łatwiejsi. Obyci w turystyce, z odrobinę zasobniejszym portfelem, skupieni na śladach przeszłości z pełnym szacunkiem do miasta. Ci drudzy, trochę trudniejsi. Portfel odchudzony przez kryzys, zachodnia Ukraina w sumie trochę obca, Lwów traktowany z rezerwą. Dwa światy, których odrębność zaznacza się całkiem często, a przecież fizycznie są bardzo blisko siebie. Chociażby jak w podziemiach kościoła klasztoru Jezuitów przy Teatralnej. Tak niewiele lwowskich podziemi jest do zobaczenia, a tak wielu chętnych ze wschodu i z zachodu. Trzeba się więc przepuszczać, chować w załomach ceglanych sklepień, przepraszać, witać, pozdrawiać, uśmiechać się do dzieci…

Lwów. Pomnik Tarasa Szewczenki

Taras Szewczenko nieco zaskoczony swą nową rolą

Trochę wojennego zapału widać było na Prospekcie Wolności, gdzie przy namiotach obwieszonych ukraińskimi flagami zbierano datki na ochotników i podpisy pod petycją o uwolnienie Nadii Sawczenko, gdzie też chyba można było się zapisać do jednego z ochotniczych garnizonów. Nie chcieliśmy udawać, że konfliktu na wschodzie nie ma. Ale też nie byliśmy szczególnie zainteresowani poszukiwaniem każdego jego śladu. Nawet nie protestowaliśmy więc, kiedy dzieci odciągnęły nas od wojennej gorączki, żeby powspinać się po pomniku Tarasa Szewczenki. Ciekawe czy autorowi tego pomnika przeszło przez myśl, że tak wielu turystów i miejscowych będzie w nim widziało ściankę wspinaczkową…

Wojna przypomniała o sobie również na łyczakowskiej nekropolii. I to nie tylko tak, jak się spodziewaliśmy, czyli przez świeżo urządzone groby w sekcji obrońców ojczyzny. Kilkadziesiąt grobów ludzi w naszym wieku, wielu młodszych, ale i całkiem sporo w okolicach czterdziestki, którzy pewnie zostawili we Lwowie rodziny, kilku i kilkunastoletnie dzieci i pojechali na wschód walczyć w tej dziwnej wojnie…

Lwów. Cmentarz Łyczakowski

Lwów. Cmentarz Łyczakowski

„A wy otkuda” – aromat jeszcze nieprzetrawionego alkoholu dotarł do nas nawet przed pytaniem. Był ochroniarzem na cmentarzu. Niezbyt trzeźwy, zmęczony życiem. Na oko trochę po pięćdziesiątce. Ciekawe, czy zagaduje do wszystkich, czy wybrał z jakiegoś powodu właśnie nas. Podróżujące rodziny nie są łatwym obiektem do rozmów. Małe dzieciaki wrzeszczą, większe wolą schować się za grobem gubernatora Galicji niż zrozumieć, że Łyczaków nie jest najlepszym miejscem do pokazywania, kto w rodzinie tak naprawdę rządzi i potrafi postawić na swoim. A rodzicom ciężko oderwać się od planu opanowania dzieciarni i przejść na tryb pogawędki z wyraźnie zawianym gawędziarzem.

„Przyjechałem na Ukrainę z drugą żoną” – kontynuował chyba po rosyjsku, aczkolwiek bardziej można było to wyczuć z kontekstu niż ze słownictwa i akcentu. Akurat znowu zaczęło padać. Marcowy deszcz nawet na Łyczakowie to nic przyjemnego. Zadaszony murek, nawet z zawianym ochroniarzem wyglądał na dużo lepszą alternatywę niż rodzicielska pogawędka w deszczu z rozwydrzonym sześciolatkiem. Pada, więc sam zaraz przybiegnie. „A w Rosji została pierwsza żona z synem. Mało mamy kontaktu” – dodał. „To tak jak ja ze swoim, przynajmniej jak pada” – zauważył odruchowo Paweł, niby dowcipnie, ale z oporami, bo już czuł, że ta rozmowa nie zmierza do szczęśliwego końca. Na szczęście on przyszedł mówić, a nie słuchać, więc puścił tę uwagę mimo uszu.

Lwów. Cmentarz Łyczakowski

Lwów. Cmentarz Łyczakowski

„Ostatnio zadzwonił, że jedzie na zachód, na urlop” – kontynuował. „W armii służy” – doprecyzował. „Żeby tak drug do druga strzelał. Jak tak można…” – zawiesił głos. Można? Nie można? Pewnie nie można, ale się strzela. Przecież rozmawiamy ledwie kilkaset metrów od miejsca, gdzie leżą ci co strzelali do siebie. Mauzoleum Orląt Lwowskich a obok groby ukraińskich obrońców ojczyzny. A kilkadziesiąt metrów od wejścia jest wystawione bogate mauzoleum austriackich namiestników. Kto tu drug? Kto wróg? Nie pogadaliśmy więcej. Maciek okazał się równie uparty co zwykle i mimo coraz silniejszego deszczu nie przychodził. Trzeba było ruszyć na poszukiwanie krnąbrnej rebiaty gdzieś między drugim a piątym rejonem łyczakowskiej nekropolii…

Łyczaków w marcowym deszczu

Paweł był w tym mauzoleum prawie 20 lat temu, w czasach kiedy trwał remont, ale jeszcze długo przed oficjalnym otwarciem przez prezydenta Kwaśniewskiego. Wtedy łatwo nie było. Większość establishmentu Ukrainy nie była pogodzona z historią, remont się ślimaczył, a częściowo był prowadzony po kryjomu. Działania budowlane bardziej przypominały kościelną partyzantkę z czasów PRL-u, niż efekt międzynarodowego porozumienia.

Lwów. Cmentarz Orląt Lwowskich

Lwów. Cmentarz Orląt Lwowskich

Trudno byłoby się jednak spodziewać, że działania w tak delikatnej sprawie na jednej z najstarszych w Europie nekropolii przyjdą łatwo i w kilka lat. Niby w obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi, ale cmentarze w miastach o skomplikowanej historii łatwo nie mają. Dla Polaków łyczakowska nekropolia to głównie cmentarz Orląt Lwowskich, do którego idąc mija się ponad 200 lat historii Lwowa znaczonej takimi nazwiskami jak Artur Grottger, Stefan Banach, Gabriela Zapolska, Juliusz Ordon. Ale obok nich leżą inni, równie mocno związani ze Lwowem – Iwan Franko, Jewhen Petruszewycz oraz austriaccy generałowie i namiestnicy. Dla wyrównania narodowych i historycznych proporcji do cmentarza Orląt Lwowskich dochodzi się przez groby Ukraińców poległych w tych samych walkach, a u podnóża wzniesienia tworzy się mauzoleum obrońców ojczyzny w wojnie, która nadal trwa.

Lwów. Groby poległych w wojnie, której nie ma

Groby poległych w wojnie, której nie ma

Nekropolia łyczakowska wywarła na nas ogromne wrażenie, i to pomimo że zwiedzaliśmy ją rodzinnie. Małe dzieci zazwyczaj łagodzą skrajne doświadczenia skupiając na sobie zbyt dużo energii. Ale na Łyczaków nawet humory Maćka i siąpiący deszcz nie wystarczyły. Inaczej było z dzielnicą, ale na nią mieliśmy tylko chwilę. W wielu przewodnikach przeczytacie, że to najbardziej lwowska, czy może polska, dzielnica Lwowa. Że jeśli chcecie poczuć klimat przedwojennego Lwowa, bardziej dostojnego niż wąskie i przytłoczone „nieszczęsnymi pamiątkami historycznymi” uliczki Starówki, to przejdźcie się po Łyczakowie. Nie zweryfikujemy dla was tej hipotezy, nie starczyło nam czasu.

Polskość we Lwowie

Polskie ślady… niektórzy specjalnie dla nich przyjeżdżają do Lwowa. Spijają każdy polski napis z murów, studzienek kanalizacyjnych, resztek fresków czy polichromii. A nie ma już tych śladów wiele. Mimo to jadą do Lwowa, by szukać w nim ich wizji polskości, a nie ducha miasta. A Lwów to miasto osobliwe – zjawisko swoiste, jak pisała Nina Taylor-Terlecka. Lwów jest żydowski, ormiański, ukraiński, podany był w polskim sosie, ale w dużej mierze na kajzerowskiej, czy może lepiej rzec – galicyjskiej tacy.

I tego swojego galicyjskiego ducha, po latach sowieckiego uśpienia, Lwów od jakiegoś czasu na nowo odkrywa. Fakt, że w dużej mierze wyrażał się on po polsku, nie wydaje się być już problemem. Tak jak we Wrocławiu stopniowo poradzono sobie z bagażem miasta Breslau, tak Lwów zaczyna być dumny z całej swojej historii. Dzięki temu staje się miastem, które nie tylko przygarnia – jak to napisał Smoleński, ale też łączy. Jak byliśmy we Lwowie, wpadł nam w ręce Kurier Galicyjski. A w nim wiele recenzji książek, opisów konferencji, „fermentu” naukowego, który się odbywa „na Kresach”. Na przykład recenzja książki „Lwów po polsku. Znak jakości” napisanej przez dwie Ukrainki, pań z tytułem doktora, opisującym Lwów przez pryzmat firm działających przed rokiem 1939 pod szyldami polskimi, hebrajskimi, niemieckimi czy rusińskimi. W tym samym numerze opisano też kilka wspólnych konferencji na temat wydarzeń wołyńskich, czy nie zawsze jasnej historii żołnierzy wyklętych.

Dobra zmiana we Lwowie

Paradoksalnie polscy turyści szukając we Lwowie polskości, mogą dostrzec ślady tego, co przez ostatnie dekady udało nam się w naszym narodowym charakterze ograniczyć: korupcji, niewydolnych władz, słabego społeczeństwa obywatelskiego, niskiego zaufania. Łatwo jest na to wszystko narzekać z polskiej perspektywy, ale jak ktoś ostatnio skomentował na Facebooku, „wycieczki na wschód powinny być obowiązkowe dla każdego, który twierdzi, że Polska jest w ruinie”. Lwów bowiem idzie w bardzo dobrym kierunku, ale niestety łatwo dostrzec w nim problemy, które wciąż trawią Ukrainę.

„Pieniądze na podziemia nawet były. Znalazły się przy okazji Euro. Ale szybko się rozeszły. Poza tym remont byłby bardzo kosztowny, a wiadomo, że u nas taka korupcja, że i tak koszty trzeba by pomnożyć razy kilka” – bez ogródek mówił nasz przewodnik po lwowskich podziemiach. Władze w rozmowach pojawiały się zazwyczaj w kontekście negatywnym, a jeśli nawet ktoś doceniał, że Lwów zmienia się na lepsze, to od razu dodawał, że dzieje się to „wbrew wszystkiemu i wszystkim”.

A przecież Lwów się zmienia. Nową lwowską perełką może być odbudowany Pasaż Mikolascha (Mikolasza).

Za chwilę stał w bramie pasażu Mikolascha. (…) Przez ten pasaż szła odrobina zapachu dalekich światów, które nawiedzały skromny Lwów rzadko i ubocznie. Wchodząc do pasażu doznawał zawsze podniecenia, jakby w oczekiwaniu niespodzianki. Tyle już rzeczy zdarzyło się pod tym oszklonym dachem, pod patronatem zagadkowych postaci, wymalowanych z wielka rozrzutnością szkarłatu i złota na dwóch olbrzymich obrazach, umieszczonych pod środkowym sklepieniem! „Niebo w Płomieniach”, Jan Parandowski

Pasaż był dla lwowiaków ważnym miejscem spotkań, jednym z najważniejszych salonów miasta. Przypominał dzisiejsze centra handlowe i był pierwszą taką budowlą w Europie Wschodniej. Kryty, ogrzewany zimą, ze sklepami, restauracjami, kinem. Bogato zdobiony, z rzeźbami, dziełami plastycznymi. A do tego prawdziwa perełka architektoniczna – jego współautorem był jeden z najlepszych lwowskich architektów – Alfred Zacharewicz.

DSC06949

Pasaż Mikolascha

Pasaż Mikolascha był jednym z nielicznych budynków zbombardowanych i zburzonych we Lwowie w czasie wojny. Tak to jest, że w Warszawie trzeba się naszukać miejsc, które wojenna pożoga oszczędziła, a we Lwowie wręcz przeciwnie – niełatwo znaleźć te zburzone. Warto pójść jednak do pasażu nie tylko dla tych kilku podpór, które się zachowały w podwórku. Przy wejściu do pasażu od strony ul. Kopernika (nr 7) była usytuowana Apteka Mikolascha. To właśnie w niej w marcu 1853 roku zapłonęła pierwsza na świecie lampa naftowa, którą wynaleźli Jan Zeh i Ignacy Łukasiewicz. W aptece trwa teraz remont, jej obecny właściciel podobno zachował część historycznego, przedwojennego wyposażenia i ma zamiar wkomponować je w nowy wystrój lokalu. Czy wspomni o Łukaszewiczu, tego niestety nie wiadomo, ale można o nim posłuchać kawałek dalej, w aptece „Pod Węgierską Koroną”, jednej z najstarszych we Lwowie.

Do Lwowa można pojechać nie wiedząc o nim nic. Można trochę poczytać i potem stać w bramie Pasażu Mikolascha wpatrując się w zarastające chaszczami podwórko (zupełnie jak ci dziwni turyści w Warszawie szukający Pasażu Italia na tyłach Nowego Światu). Z wiedzą czy bez, z turystycznym przygotowaniem, czy po prostu chłonąc miasto, kilka dni we Lwowie pozostawi was z tęsknotą i niedosytem. I to nie za utraconą przeszłością, która i tak w swojej wyidealizowanej postaci rzadko odpowiada prawdzie. Ale za miastem, które żyje, wciąga, przygarnia, karmi, i w trudnych dla Ukrainy czasach radzi sobie nad wyraz dobrze.

(Visited 1 261 times, 1 visits today)

KomentarzeSkomentuj

  • bardzo fajny tekst, pięknie oddaje klimat Lwowa! Uwielbiam tak bardzo! Natchnęliście mnie własnie na rychły powrót!

    • Dzięki! Ja byłam tam pierwszy raz (wiem, ciężko w to uwierzyć;), i bardzo mi się spodobało, mam nadzieję, że też wrócimy:)

  • Lwów trzeba zobaczyć na żywo, a nie na zdjęciach. Ma się wrażenie jakby się było w Polsce, ale po chwili się orientujesz, że coś tu jest nie tak 🙂 Trzeba zrobić kolejną wycieczkę do Lwowa, aby raz jeszcze poczuć to miasto 🙂 Pozdrawiam serdecznie.

  • Czesc. Fajne zdjecia. Planuje wybrac sie do Lwowa we Wrzesniu, ale nie bardzo wiem co mnie tam czeka. Mam nadzieje, ze jest bezpiecznie. Ale po Twoim wpisie wyglada na to ze warto to miasto zwiedzic. Mieszkancy we Lwowie mowia po Angielsku? A moze latwiej po Polsku z nimi rozmawiac?

    Narazie i Pozdrawiam

    • Dzięki:)
      Co do bezpieczeństwa to zupełnie nie czuć żadnego zagrożenia, my nie mieliśmy żadnych obaw. Językowo używaliśmy pół na pół polskiego i angielskiego. Nie mówimy po rosyjsku ani po ukraińsku ale na szczęście nie było to potrzebne.
      Pozdrawiamy!

    • Dzięki:)
      Co do bezpieczeństwa to zupełnie nie czuć żadnego zagrożenia, my nie mieliśmy żadnych obaw. Językowo używaliśmy pół na pół polskiego i angielskiego. Nie mówimy po rosyjsku ani po ukraińsku ale na szczęście nie było to potrzebne. Pracujemy nad jeszcze jednym wpisem, tym razem będzie trochę bardziej o atrakcjach, nie tylko o ogólnym klimacie miasta, zapraszamy do lektury za kilka dni:)
      Pozdrawiamy!

  • Lwów jest pięknym miastem ale jak widać na załączonych zdjęciach przydałaby się inwestycja aby niektóre zabytki odrestaurować. Polecam każdemu wyjazd chociaż na weekend bo jest co zwiedzać.

    • Zdecydowanie! Niestety wszelkie inwestycje zderzają się z korupcją więc powolutku idzie. Ale i tak warto!

  • Ten sam przypadek jak w naszym kraju ale u nas chyba nie jest tak źle z tą korupcją 🙂 Byłem w Lwowie kilka razy z kolegami i mogę wszystkim polecić, jest tanio i jest co zwiedzać.

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *