DSC

„Dobrze przyjrzyjcie się tej mapie. Tak właśnie miała wyglądać atomowa zagłada” – opowiadał nam przewodnik ubrany w mundur piechoty morskiej LWP. Byliśmy tuż pod ziemią, w bunkrze na Wyspie Wolin. Ale czuliśmy się, jakbyśmy przebyli znacznie dalszą podróż – w lata 80-te. Na mapie atomowe grzyby pokazywały gruzy zachodnich metropolii i polskich miast. W pokoju obok przemawiał gen. Jaruzelski. 

Z Krainą 44 Wysp jest tak, że, jak drzewiej śpiewano, „na lewo bunkier, na prawo bunkier, a środkiem Świna płynie”. A bunkry to nie wszystko. Przy wielu pagórkach, wyspach i nienaturalnie regularnych zbiornikach wodnych rękę maczała nie tyle matka natura, co pruski czy niemiecki inżynier. Jak mówił nam Zbyszek z Domku pod Lasem w Zatomiu, oprowadzając nas po Drawieńskim Parku Narodowym, „gdyby Niemcy nadal tu byli, to pewnie mielibyśmy tutaj drugie Zagłębie Ruhry”. To fakt, w tych rejonach dzisiejszej Polski niemiecka myśl techniczna i wojskowa odcisnęła duże piętno. Wielu z tych miejsc już nie ma. Armaty wyleciały w powietrze, maszyny skończyły żywot w Leningradzie, cegły trafiły do Warszawy. Ale w tym ostatnim wypadku historia zatoczyła koło i pewnie niejeden Kaufland mieści się w budynku ze szczecińskiej cegły.

Fort Gerharda w Świnoujściu

Fort Gerharda w Świnoujściu

W poprzednim wpisie skończyliśmy swoją opowieść na Wyspie Karsibór, która to nota bene nie jest wyspą naturalną. Karsibór, czyli „bór po lewej stronie” był wsią na wyspie Uznam. Jako wyspa zaistniał w XIX wieku, kiedy to pruscy inżynierowie wpadli na pomysł skrócenia drogi wodnej ze Szczecina na Bałtyk i wykopali kanał, nazwany później piastowskim dla upamiętnienia wszystkich kanałów wykopanych na Pomorzu za Piastów. Dzięki temu właśnie kanałowi powstała wyspa Karsibór. Nie ona jedna zresztą. W XIX wieku dzięki pruskim inżynierom w tej okolicy jedne wyspy znikały, inne się pojawiały. Planowanie rodem z PRL-u, gdzie „jeziorko damy tutaj”, to zabawy w piaskownicy w porównaniu do pruskiego rozmachu w tej części Europy.

Już w połowie XIX wieku obok inżyniera pojawia się wojskowy. Jak możecie przeczytać w tym doskonałym artykule o fortyfikacjach w rejonie Świnoujścia, do wybuchu I wojny światowej port świnoujski urósł do rangi jednej z największych baz marynarki wojennej na Bałtyku oraz sporego garnizonu lądowego. A za tym szły rozbudowane fortyfikacje, bazy szkoleniowe, magazyny broni. Potem było jeszcze lepiej, kiedy Kriegsmarine rozbudowała twierdzę do rozmiarów największego portu wojennego na Bałtyku oraz ogromnego arsenału i bazy technicznej marynarki.

Oczywiście komunistyczne państwo polskie i natura przez kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny zrobiły wiele, by przywrócić ład w przyrodzie. Wróciły bujne lasy, wody Starej Świny zalały baseny portowe, ptaki odbierały swe królestwo zagarnięte przez Luftwaffe. Niemniej jednak nie wszędzie korzenie przebiły beton, a miejscami Ludowe Wojsko Polskie stanęło bohatersko naprzeciw siłom natury, by odpierać jej ataki i szykować się do zadania śmiertelnego ciosu imperialistycznym siłom na Zachodzie. I teraz możemy Wam zaproponować wycieczkę taką trasą po militarnych atrakcjach wysp Wolin i Karsibór:

Militarne atrakcje Pomorza Zachodniego, cz.1, czyli Karsibór

Naszą lekcję historii zaczęliśmy w basenie portowym bazy Kriegsmarine na wyspie Karsibór. Jak już pisaliśmy, przejście z sielankowej natury do militaryzmu, ułatwił nam czynnik ludzki w postaci kierowcy na szczecińskich numerach. Taka lekcja życia nie mogła mieć lepszej oprawy, bo odbyła się w… bazie szkoleniowej. Zdecydowanie polecamy Wam to miejsce, szczególnie, że bardzo łatwo je ominąć, albo potraktować jako przystanek na ryby i ognisko. My zatrzymaliśmy się tylko dlatego, że Pawłowi dzień wcześniej mignęła informacja o bazach Kriegsmarine i skojarzył przed samym mostem, że to właśnie tu. Zatrzymajcie się tam koniecznie, bo wystarczy odrobinę uruchomić wyobraźnię, by poczuć klimat schyłku III Rzeszy.

Na północno-zachodnim krańcu wyspy Karsibór, w miejscu późniejszej bazy, od końca XIX wieku funkcjonowała przeprawa promowa na wyspę Uznam. Kriegsmarine przejęła ją w 1942 roku i przebudowała na bazę dla okrętów szkolnych i pomocniczych, a dwa lata później dodatkowo przeniesiono tam szkołę kadetów ze Świnoujścia. Szkolili się oni do służby na kutrach torpedowych i patrolowych, a z ich basenów korzystały dodatkowo u-booty. Dziwny musiał być nastrój w tych koszarach. Był 1944 rok, jednostki w Świnoujściu i okolicach były już coraz częściej bombardowane przez siły koalicji. Armia Czerwona posuwała się do przodu przez dawne ziemie II RP. Tymczasem tu trwało szkolenie ludzi, którzy mieli zginąć w dawno przegranej wojnie. Atmosfera pewnie była bojowa. Propaganda pracowała na całego. Łuny nad Świnoujściem dodawały tylko motywacji, namacalnego wroga do walki. W knajpach w Kaseburgu lało się piwo, dziewczyny piszczały. Beton jeszcze w pełni nie stężał przy budowie koszar, nabrzeży i warsztatów. Tymczasem rok później było po wszystkim. Okręty zatonęły, ludzie zniknęli, tylko beton się w pełni nie wykruszył.

Baza Kriegsmarine w Karsiborze

Baza Kriegsmarine w Karsiborze

Bazę w Karsiborze najlepiej zwiedzać z parkingu przy południowej części basenu. Można wtedy łatwo wejść na betonowe pomosty i przejść nimi w stronę wylotu basenu na Świnę. Po prawej stronie przy moście są też ruiny warsztatów, ale służą one teraz za „urinario” (jak zwiemy z latynoska takie miejsca) oraz śmietnik. Samo nabrzeże trzyma się jednak nieźle. Można sobie łatwo wyobrazić tych kilka u-bootów czekających na wyjście na Bałtyk i rekrutów, którzy chodząc wokół nie mogli się doczekać walki i śmierci ku chwale III Rzeszy. Basen ma prawie 300 metrów długości. Można więc sobie po nim całkiem długo pochodzić i zrobić kilka dobrych zdjęć, bo miejsce jest niezwykle fotogeniczne, tchnie historią i chyba często jest prawie puste. Beton, regularne linie, cienie u-bootów, tylko czekać niebo przykryją liberatory i spadnie deszcz bomb…

Jeśli lubicie być wpuszczani w kanał, to tuż obok parkingu jest też dobry widok na Kanał Piastowski. Droga wodna jest świeżo po modernizacji za kilkaset milionów złotych, a nowo usypane brzegi mienią się jeszcze nieskazitelną bielą kamieni, których na 13 kilometrach kanału wysypano pół miliona ton.

Militarne atrakcje Pomorza Zachodniego, cz.2, czyli Podziemne Miasto

Po udanym początku dnia wyruszyliśmy z powrotem w stronę Świnoujścia. Było to nasze drugie podejście do Podziemnego Miasta. Pierwsze mieliśmy niezbyt udane.  Padał deszcz, nawigacja głosem Hołowczyca uparcie próbowała nas zgubić, a gdy w końcu dojechaliśmy na miejsce, zamiast parkingu zastaliśmy klepisko między torami, pośród budynków PKP. Sytuacja była z gatunku tych polskich. Dużo torów, przejazdów, wszędzie znaki zakazu i ostrzeżenia co zrobią tobie, twojemu samochodowi, wnukom i dziadkom, jeśli tylko wjedziesz. Za szlabanem kolejne zakazy i ostrzeżenia. Droga leśna, zakaz wjazdu, paragrafy, nie podchodzić, nie fotografować, zawracać i więcej się nie pojawiać. A przecież my bardzo chcieliśmy się tam pojawić.

Podziemne Miasto w Świnoujściu

Podziemne Miasto w Świnoujściu. Nasz nr 1 w kategorii „militarne atrakcje Pomorza Zachodniego”

Poprzednim razem między licznymi torami i budynkami PKP (to prawdziwe kresy PKP – tuż zaraz jest ostatnia stacja w porcie w Świnoujściu i koniec linii kolejowej w Polsce) zobaczyliśmy stojące turystyczne autokary. Uznaliśmy więc, że skoro one mogą, to my w sumie też. Dla pewności postanowiliśmy jednak wejść do dyżurki ruchu i podpytać. Dyżurny wysłuchał pytania i odpowiedział w znajomym stylu:

Wie Pan… Ja to nic nie do tego nie mam, że wy tu parkujecie. Ale jak przyjdą sokiści, to różnie może być. To wszystko od nich zależy…

Kochamy te polskie „ja nic nie wiem”, „dogadamy się”, „różnie być może”, brak sztywnych reguł. Niektórzy czują się w tym, jak ryby w wodzie. Nas to męczy. Szczególnie, że niby co mamy zrobić zwiedzając Podziemne Miasto, jak akurat przyjdą sokiści? Powiedzieliśmy tylko jeszcze dyżurnemu, żeby dał znać służbom, że nie mieliśmy gdzie zaparkować, nowi jesteśmy z kamperami, boimy się takim bydlakiem dalej wjeżdżać, dobra z nas polska rodzina, dwójka dzieci jak z folderu, więc nie ma co się nad nami znęcać. Przyjął do wiadomości i obiecał, że zadziała w razie jakby co.

A my ruszyliśmy do Podziemnego Miasta. Pół kilometra przez las i… doszliśmy do zamkniętej na głucho bramy. Na kartce A4 przyczepionej chyłkiem na tablicy ogłoszeń wyczytaliśmy, że zwiedzanie odbywa się w godzinach 12.30 i 15. Było ciut przed godz. 14. Warto sprawdzić aktualne godziny na stronie internetowej gdyż zmieniają się one sezonowo – my byliśmy jeszcze w czerwcu, ale od 1 lipca wejścia do kompleksu odbywają się codziennie o godzinach 10:30, 12:30, 13:30, 15:00 oraz 16:30. Teoretycznie przynajmniej.

Podziemne Miasto w Świnoujściu

Podziemne Miasto w Świnoujściu

Podejście drugie mieliśmy bardziej udane. Autokarów na terenie PKP nie było, więc zaparkowaliśmy tam gdzie oni poprzednio – zdecydowanie bardziej na uboczu. Potem znów długi spacer do bramy w większym towarzystwie i znów nie w porę. Byliśmy ponad pół godziny za wcześnie – zdecydowanie przed godz. 12, po czym … zostaliśmy po żołniersku objechani za spóźnienie! Okazało się, że możemy się podłączyć do grupy młodzieży, która właśnie zaczynała swoją wycieczkę. A raczej szkolenie – bo tak właśnie odbywa się zwiedzanie Podziemnego Miasta. Z całą naszą miłością do tego miejsca, to trzeba jednak zwrócić uwagę, że do godzin wycieczek podchodzi się tam dość swobodnie. Warto więc zadzwonić wcześniej i podpytać się po żołniersku o plany dowództwa.

Przewodnikiem jest kapral, który przejmuje dowodzenie nad turystami i przeistacza ich na te prawie dwie godziny w pluton szkoleniowy, w pełen pasji i humoru sposób opowiadając o historii obiektu. Obawialiśmy się, czy Maciek z Kaliną nie są za mali na takie rozrywki, ale kapral okazał się mieć świetne podejście zarówno do licealistów jak i do przedszkolaków (i nawet do takich starych koni jak my:).

Podziemne Miasto w Świnoujściu

Podziemne Miasto w Świnoujściu. Ludowe Wojsko Polskie znów uczy i bawi

Czym jest Podziemne Miasto? To dawny kompleks obronno-szkoleniowy niemieckiej armii. Wybudowano go w latach 1936-1938. Postawiono kilka schronów, stanowisk bojowych, wytyczono drogi, zbudowano baraki i obiekty szkoleniowe dla rekrutów. W marcu 1945 roku bateria wspierała obronę przesmyku Dziwnów-Dziwnówek, ale miesiąc potem zdecydowano się nie bronić dalej umocnień. Wysadzono działa i wycofano się.

Polskie wojsko miało za to trochę inny pomysł na ten teren. W latach 1955-1965 przekształcono baterię najpierw w stanowisko dowodzenie obrony przeciwdesantowej zachodniego wybrzeża, a potem jeszcze w  Zapasowe Stanowisko Dowodzenia Dowódcy Frontu Polskiego (Nadmorskiego). To jednak wiązało się ze sporymi zmianami. Przede wszystkim zdecydowano się połączyć oddzielne bunkry ponad kilometrem podziemnych korytarzy. „Jak myślicie, ile im to zajęło” – zapyta Was przewodnik. A potem, jak nie zgadniecie (z szacunku dla starszego stopniem), odpowie: „Beton lali trzy tygodnie, 24 godziny na dobę! Całego placu budowy pilnowały dwie kompanie wojska”. Korytarze utworzono wyłącznie w celach maskujących. Były płytko pod ziemią, nie wytrzymałyby bombardowania, ale chodziło o to, by wróg nie domyślił się liczebności sił na tym terenie oraz znaczenia i rozmieszczenia bunkrów. Do niemieckich umocnień dodano jeszcze stanowiska artylerii przeciwlotniczej, baterię moździerzy i dwa stanowiska dla czołgów. O tajnym stanowisku wiedzieli nieliczni, głównie najwyżsi oficerowie. W 1980 roku był tu nawet sam gen. Jaruzelski i stąd kierował ćwiczeniami.

Podziemne Miasto w Świnoujściu

Podziemne Miasto w Świnoujściu. Pracując nad strategią ataku

Obiekt odtajniono dopiero w 2013 roku, a rok później przekazano go Muzeum Obrony Wybrzeża w Świnoujściu. Muzealnicy i pasjonaci historii musieli o niego zresztą walczyć jak lwy. Kiedy w końcu weszli na teren, zastali korytarze i bunkry w opłakanym stanie. Po wojnie, kiedy instalacje przejęło LWP, nie przejmowano się kosztami. Korytarze i bunkry wyposażono w elektryczne ogrzewanie. Grzano na potęgę, więc wnętrza były suche i przyjazne. W III RP koszty zaczęły już odgrywać pewną rolę. Ogrzewanie powyłączano, bunkry i korytarze opanowała wilgoć i porastały grzybem, a część wręcz zalała woda. Kiedy muzeum je przejęło, najpierw trzeba było wszystko odgrzybić i osuszyć, potem ściągnąć trochę oryginalnego wyposażenia i już po roku udało się część dawnej baterii Vineta udostępnić zwiedzającym.

Co w Podziemnym Mieście robi na zwiedzających największe wrażenie? Niewątpliwe pokój dowodzenia. To stąd polscy generałowie mieli dowodzić lądowaniem jednostek Ludowego Wojska Polskiego w Skandynawii! LWP miało w planach Układu Warszawskiego zająć się atakiem na Półwysep Jutlandzki i opanować kluczowe cieśniny duńskie, w ten sposób zabezpieczając Bałtyk. Cały plan miał tylko dwie dziury.

Po pierwsze zakładał ofensywę desantową Polaków. Potęgą desantową to my nigdy nie byliśmy. Kiedyś Paweł wyczytał gdzieś, że do celów ataku planowano rekwirować kutry rybackie i na nich zdobywać Danię. Niewykluczone, że tak by się skończyło, bo LWP mimo ambitnych planów dorobiło się zaledwie kilkunastu okrętów desantowych, które mogły przewieźć kilkadziesiąt czołgów i kilkuset żołnierzy. Drugi niezbyt miły dla Polaków element planu wiązał się z atakiem atomowym. Nasze wojska miały być w Danii już kilka godzin po uderzeniu taktycznych pocisków atomowych. Jeśli by im się udało przeżyć taką przygodę, to i tak prawdopodobnie nie mieliby za bardzo do czego wracać. Zakładano bowiem, że Polska w odwecie zostanie zamieniona w atomową pustynię przez imperialistycznych rewanżystów. Wyglądać to miało mniej więcej tak (taka sama mapa wisi w Podziemnym Mieście):

III wojna światowa

III wojna światowa. Mapa za: przegladmilitarny.blogspot.com

Zwiedzając Podziemne Miasto czuliśmy, że jest to projekt robiony przez ludzi z pasją, którym zależy na stworzeniu atrakcji turystycznej z prawdziwego zdarzenia, a nie kolejnego nudnego muzeum. Naprawdę mieliśmy wrażenie, że przenieśliśmy się na chwilę w czasie. A przy okazji przypomniały nam się „militarne” atrakcje, które widzieliśmy w Stanach –  National Museum of Naval Aviation w PensacoliUSS Alabama i USS Drum czy USS Midway. Tam idea była podobna. Była ustalona trasa po pokojach i kajutach, gdzie pokazywano codzienne życie żołnierza czy marynarza, ale Podziemne Miasto przebija Amerykanów na głowę postacią kaprala – przewodnika.

Podziemne Miasto w Świnoujściu

Podziemne Miasto w Świnoujściu

Jest jeszcze jedna rzecz, która mocno różni USA od Polski. Tam może nie tyle zaczyna się od parkingu, co jest on jedną z kluczowych pozycji. W przypadku Podziemnego Miasta starczyło środków na budzące podziw odnowienie i wyposażenie baterii, ale już na ucywilizowanie dojazdu, to nie bardzo. A po drodze są i tereny PKP, i nadleśnictwo. „Super tu macie, szkoda tylko, że z dojazdem taka kicha. PKP wszędzie straszy znakami, przed samym wjazdem do lasu taki piach, że łatwo się zakopać, a dalej nadleśnictwo postawiło swoje zakazy” – zauważyliśmy wychodząc. „Nie ma żadnego problemu. Z PKP jesteśmy dogadani na temat przejazdu przez ich teren, a drogę przez las dzierżawimy od nadleśnictwa” – odpowiedział nam kapral.  A że biegł już do następnej grupy, to nie zdążyliśmy wytłumaczyć, że chyba tylko oni, dyrektor z PKP i nadleśniczy o tym wiedzą, a groźne znaki zakazu, jak wisiały, tak wiszą. Dobra nowina jest w każdym razie taka, że możecie z czystym sumieniem podjechać samochodem pod samą bramę. Kamperem może być ciężko zawrócić, ale w miarę wprawny kierowca też da radę.

Militarne atrakcje Pomorza Zachodniego, cz.3, czyli Fort Gerharda (oraz latarnia po sąsiedzku)

Z Podziemnego Miasta pojechaliśmy do Fortu Gerharda. Dzięki dłuższemu spacerowi dnia poprzedniego wiedzieliśmy już, że z parkowaniem kampera nie ma tam większego problemu. Wystarczy minąć fort i podjechać pod samą latarnię morską. Tam jest spory parking, gdzie mieści się kilkanaście autokarów i kamperów. Oczywiście to parking zrobiony „po polsku”, czyli jest to częściowo klepisko, a częściowo niby-parking pełen dziur. Na szczęście byliśmy poza sezonem, więc było w miarę pusto. Latem może być ciężko o miejsce parkingowe, a i parkowanie w wielu miejscach przestaje być darmowe. Ustawiony w całkiem sporych krzakach na małej polanie znak „Teren prywatny. Parking płatny” sugeruje, że przyjezdni stają, gdzie się da, płacą i jeszcze dziękują, że się udało.

Skoro zaparkowaliśmy pod latanią, to właśnie tam skierowaliśmy nasze pierwsze kroki. Niezbyt pasuje ona do tego militarnego wpisu, ale w żadnym razie nie można jej ominąć. Zbudowana w połowie XIX wieku latarnia to najwyższa na polskim wybrzeżu Bałtyku, jedna z najwyższych w Europie oraz najwyższa na świecie latarnia morska wykonana z cegły. Ma prawie 65 metrów wysokości. Wieża początkowo była ośmiokątna, ale podczas jednego z remontów zorientowano się, że cegły na krawędziach bardzo mocno kruszeją przez trudne warunki atmosferyczne i zdecydowano się ją zaokrąglić. Wieża ma dwa tarasy widokowe, jeden tuż nad budynkiem, w którym kiedyś mieszkali latarnicy i ich rodziny, a drugi na szczycie. By dojść na ten drugi, trzeba pokonać 311 schodów. Maciek był twardy i wszedł, Kalina niestety dość szybko odmówiła współpracy. Prawie trzysta schodów z trzylatką na plecach – bolało.

Latarnia Morska w Świnoujściu

Latarnia Morska w Świnoujściu. Mało wojskowa atrakcja, ale nie należy jej przegapić

Ale jako to z latarniami bywa, widoki wynagradzają wszelki wysiłek. Ze szczytu wieży świnoujskiej latarni widać całkiem sporo – ciężką pracę w porcie, ujście Świny będące jednocześnie wyjściem z portu na pełne morze, Świnoujście i plaże już po niemieckiej stronie granicy oraz budowany terminal LNG, obok którego trzeba przejechać po drodze do latarni, ale dopiero z góry w pełni można ocenić rozmiar tego projektu. Pięknie prezentuje się cypel, na końcu którego stoi znak rozpoznawczy Świnoujścia, wybrany też  najbardziej romantycznym miejscem na Pomorzu Zachodnim – Stawa Młyny. Stawa, jak dowiedzieliśmy się nieco wcześniej w Parku Miniatur w Dziwnowie, to znak nawigacyjny wysyłający sygnały (świetlne, radiowe, dźwiękowe) umieszczony w morzu lub na brzegu w sposób stały (bez kotwicy). A więc każda latarnia morska to stawa, ale nie każda stawa to latarnia morska.

Stawa Młyny. Widok z latarni morskiej

Stawa Młyny. Widok z latarni morskiej

Stawę obejrzeliśmy sobie tylko z góry i z daleka, zrobiliśmy parę zdjęć, ogarnęliśmy dzieciarnię, z której tylko Maciek cieszył się z widoków, a Kalina narzekała, że wieje, zimno i w ogóle, a potem ruszyliśmy szybko na dół, bo spieszyliśmy się do Szczecina. W ten weekend odbywały się tam regaty Baltic Tall Ships i liczyliśmy na to, że zdążymy dojechać do portu zanim żaglowce wypłyną w rejs. Tymczasem, kiedy zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę na dolnym tarasie, zobaczyliśmy w porcie ogromny żaglowiec! Nie dojechaliśmy na regaty, to regaty dopłynęły do nas!

Siedow w Świnoujściu

Siedow w Świnoujściu

Staliśmy więc i oglądaliśmy sobie mniejsze i większe jednostki majestatycznie płynące na pełne morze. Kolejne statki pozdrawiały kapitanat w Świnoujściu i były głośno przez niego żegnane. Największe jednostki zostały też uhonorowane kurtyną wodną, co pewnie ma jakąś specjalną nazwę, ale jesteśmy takimi żeglarskimi i morskimi laikami, że aż głupio się przyznawać. Ale nawet tacy laicy jak my docenili statki, które na naszych oczach przepływały Świną. Było kilka mniejszych jednostek, przepłynął Dar Młodzieży i w końcu pojawił się on – Siedow, największy szkoleniowy żaglowiec świata, a do niedawna w ogóle największy tego typu statek. Oczywiście w życiu nie wiedzielibyśmy, że to właśnie on, ale na szczęście oprócz nas na wieży było kilku pasjonatów, którzy przyjechali na latarnię tylko po to, by oglądać statki.

Siedow budzi duży respekt i robi ogromne wrażenie. Zwodowany prawie 100 lat temu w Niemczech, przejęty przez ZSRR w ramach reparacji wojennych statek ma ponad 115 metrów długości. Maksymalna wysokość masztów to 55 metrów, czyli niewiele mniej od świnoujskiej latarni. Wszyscy oglądający po cichu liczyli, że od razu po wypłynięciu w morze Siedow zgasi silniki i rozwinie żagle, ale niestety tak się nie stało. Mimo wszystko i tak trafiło nam się z tymi żaglowcami, jak ślepej kurze ziarno.

Dar Młodzieży w Świnoujściu

Dar Młodzieży w Świnoujściu

Skoro czas już nas tak bardzo nie gonił, to wolnym krokiem skierowaliśmy się do Fortu Gerharda. O ile zwiedzanie Podziemnego Miasta jest możliwe tylko z przewodnikiem, o tyle Fort Gerharda można zwiedzić samemu. Jest wprawdzie opcja „Zwiedzanie Fortu w skórze pruskiego rekruta”, ale gdy przekroczyliśmy bramy fortu okazało się, że poprzednia grupa (czyli nasi licealiści, z którymi chodziliśmy po Podziemnym Mieście) wyruszyła już jakiś czas temu, a na kolejną musielibyśmy trochę poczekać. Uznaliśmy więc, że jak na jeden dzień wystarczy nam bycia rekrutem i ruszyliśmy zwiedzać sami.

Fort Gerharda zwany też Fortem Wschodnim lub Fortem nr II to część Twierdzy Świnoujście. Tworzyły ją w sumie cztery forty – po dwa na wschodnim i zachodnim brzegu Świny. Fort nr I położony trochę na południe od Fortu Gerharda został wysadzony w latach 70-tych ubiegłego wieku pod budowę portu w Świnoujściu. Dwa na zachodnim brzegu – Fort Anioła i Reduta są również otwarte dla zwiedzających i jeśli zawędrujecie na drugi brzeg Świny, to warto do nich zajrzeć.

Fort Gerharda

Militarne atrakcje Pomorza. Fort Gerharda

Fort Gerharda, jak wiele budzących podziw budowli w okolicy, powstał w połowie XIX wieku. Ciągle przekształcano go i przerabiano, by nadążyć za postępem w technice wojskowej. Po I wojnie światowej pełnił już jednak funkcje głównie pomocnicze. Przetrwał w dobrym stanie kolejną wojenną zawieruchę a nawet Armię Czerwoną, która zajmowała go do początku lat 60-tych. Potem były tu magazyny, aż w końcu teren opuszczono i zaczął zarastać. Dopiero w 2001 roku wydzierżawiła go grupa pasjonatów, a od 2010 roku gości on prywatne Muzeum Obrony Wybrzeża, które ciągle rozwija ekspozycję, dba o fort i zapewnia zwiedzanie w stylu pruskiego rekruta lub rękami pana w kasie wręcza ulotkę i wysyła na samotny spacer.

Muzeum chwali się liczbą odwiedzających, ale 45 000 osób w skali roku oznacza, że raczej nie doświadczymy tu tłumów, jak z metra w godzinach szczytu. Można więc chodzić swoim tempem, eksplorować, wspinać się na wały obronne i stanowiska ogniowe, a potem oglądać z nich żaglowce, które nadal nie postawiły żagli. Na szczęście dla nich nie mogliśmy swoich frustracji rozładować salwą w morze, bo muzeum dopiero sprowadza kolejne elementy wyposażenia tych stanowisk… Fort uznaje się za jeden z najlepiej zachowanych pruskich fortów nabrzeżnych, a wspomniana już ława artyleryjska wygląda szczególnie imponująco. To kolejne betonowe tarasy, na których stały działa wycelowane w morze, otoczone grubym i wysokim murem, za którym rozlewa się fosa.

Fort Gerharda

Fort Gerharda

Może nie wypada tak mówić o budowlach wojskowych, ale Fort Gerharda jest po prostu ładny. Ma zgrabny kształt, dobrze zachowane detale (mimo 17 lat stacjonowania Armii Czerwonej) i przyjemne dla oka zabudowania – jak dwukondygnacyjny budynek Redity, pierwotnie budowli obronnej, potem koszar. W środku można zobaczyć zgromadzoną przez muzeum kolekcję broni, a jak się porządniej rozejrzeć to widać też w filarach kominki służące do grzania zimą, dzięki którym chyba nie mieszkało się tam źle.

Jeśli nie forty, to co?

Z Fortu Gerharda szybko wyruszyliśmy do Szczecina nie zatrzymując się już po drodze. W stolicy regionu czekał na nas znajomy znajomego, który miał nam trochę opowiedzieć o okolicy, tym razem przez pryzmat Średniowiecza i Krzyżaków. A dodatkowo mieliśmy po prostu ochotę na dobrą kawę w dobrym towarzystwie. Nie znaczy to jednak, że baza Kriegsmarine w Karsiborze, podziemne Miasto i Fort Gerharda wyczerpują listę militarnych atrakcji na wyspach Świnoujścia i w okolicy.

Przede wszystkim jest jeszcze Szlak Fortyfikacji Twierdza Świnoujście, za stworzenie którego odpowiada Piotr Piwowarczyk, dzierżawca fortu Gerharda i wieloletni działacz Towarzystwa Naukowego im. Karola Estreichera, o którym już wspominaliśmy przy okazji cmentarza w Karsiborze. Szlak prowadzi od Fortu Gerharda do Podziemnego Miasta, a po drodze możemy zobaczyć jeszcze baterie artylerii budowane w różnych okresach państwa pruskiego i Niemiec, betonowe garaże oraz schrony.  Szczególnie ciekawie wygląda na zdjęciach Bateria Goeben zbudowana tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej. Jej głównym punktem była 18-metrowa wieża dowodzenia w kształcie dzwonu postawiona na 12-metrowym wzniesieniu. Dzwonowaty kształt miał znaczenie strategiczne i pozwalał lepiej rykoszetować uderzające w nią pociski. Ponad dekadę temu na szczycie wieży leśnicy dobudowali platformę ostrzegania przeciwpożarowego, co według niektórych mocno ją zeszpeciło, aczkolwiek my jesteśmy mniej drastyczni w ocenach. Bateria jest otwarta latem i dostępna dla zwiedzających. Szlak ma długość ok. 4 km i można go zwiedzać pieszo lub na rowerze.

Po wschodniej stronie Świny można sobie spokojnie wpisać na listę jeszcze kilka miejsc. Wyjeżdżając ze Świnoujścia w stronę Szczecina można skręcić do dzielnicy Przytór. Na jej skraju znajduje się Bateria Przeciwlotnicza Przytór. W jej skład wchodzą schron koszarowo-bojowego, schron maszynowni, stanowisko osłonowe a także zapasowe stanowisko kierowania ogniem. Co ciekawe bateria udawało… gospodarstwo. Stanowisko kierowania ogniem miało wygląd domu mieszkalnego, a stanowisko osłonowe – stodoły. Teren miał zostać udostępniony w tym roku, więc może być jeszcze nieco zapuszczony, ale i tak wart jest chyba krótkiej wizyty. Warto o niego podpytać w Forcie Gerharda albo Podziemnym Mieście, bo ten obiekt też jest pod opieką Muzeum Obrony Wybrzeża.

Trochę dalej można odbić z trasy na Szczecin w stronę Zalesia i Wzgórza Zielonka, które opisaliśmy w poprzednim wpisie. Zaledwie 700 metrów od głównej trasy znajdziemy tajny poligon doświadczalny V3, z którym wielkie nadzieje wiązał Hitler – tak wielkie, jak zbudowane tam największe na świecie działo o długości 130 metrów. W bunkrze, w którym składowano pociski, można obejrzeć ekspozycję poświęconą broni mającej odmienić los wojny. Nieopodal znajdują się jeszcze pozostałości stanowisk ogniowych tych pocisków i, last but not least, jest jeszcze kantyna z żelaznym wakacyjnym menu, czyli zapiekankami i piwem z beczki. Nie zajechaliśmy, bo nie mieliśmy czasu, ale następnym razem, kto wie…

Fort Gerharda

Patrząc tam, gdzie nie należy patrzeć. Fort Gerharda

Zobaczenie wszystkich wolińskich atrakcji militarnych w weekend to może być zadanie ponad siły przeciętnego podróżnika, a jeśli ciągnie Was jeszcze Wyspa Uznam, to na taką wycieczkę lepiej sobie rezerwować co najmniej trzy dni. A to przecież tylko jedno Świnoujście. Wystarczy zjechać trochę na południe i wpadniemy zaraz na Wał Pomorski, nie mówiąc już o na przykład krzyżackich grodach i warowniach Nowej Marchii. O tych ostatnich bardzo chcielibyśmy napisać, ale najpierw musimy tam jeszcze pojechać. Na razie pozostały przed nami Szczecin i Drawieński Park Narodowy, ale o nich napiszemy już w kolejnym poście.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *