DSC

Z ciężkim sercem ruszaliśmy do Kaliforni. Mieliśmy poważne obawy, że przez kulejący samochód albo tam dojedziemy z ogromnymi problemami, albo w ogóle tam nie dojedziemy. I nasze obawy okazały się całkiem słuszne. Zdążyliśmy minąć tablicę „Pahrump żegna”, wjechać do Kaliforni (całe 4 mile za Pahrump), przejechać dokładnie 27 mil przez krajobrazy niczym nie różniące się od tych z Doliny Śmierci i kontrolka zapaliła się ponownie. Kawałek dalej zaczęło nam dymić spod maski. Stanęliśmy na poboczu, by skrzynia się schłodziła i zaczęliśmy rozważać nasze opcje. Wracać? Jechać dalej?

Argumenty za powrotem były dość silne: cisnąć „nasz” warsztat żeby doprowadzili samochód do stanu używalności, poza tym z powrotem mieliśmy jakieś 40 mil, przed nami kolejnych 120, które nie wiadomo czy uda nam się pokonać. Przeciw – jest piątek wieczór, do poniedziałku nikt nie ruszy palcem a jak już ruszą to pewnie znowu będą nam wmawiać, że wszystko jest ok, nasz nowy boondockowy gospodarz do którego właśnie zmierzaliśmy ponoć zna się na samochodach i może będzie mógł coś doradzić, a poza tym jeszcze jeden dzień w Pahrump poważnie zagraża naszemu zdrowiu psychicznemu… Z duszą na ramieniu ruszyliśmy dalej zatrzymując się co jakiś czas i studząc rozgrzane do czerwoności wnętrzności samochodu. W pewnym momencie udało nam się nawet ustalić przyczynę problemu – skrzynia biegów zacinała się na trójce, więc staraliśmy się nie jechać szybciej niż 40 mil na godzinę. Zadzwoniliśmy do naszych gospodarzy – Lois i Randy’ego, którzy jak usłyszeli co się dzieje, wsiedli w samochód, by wyjechać nam naprzeciw.
Eddie podczepiony pod samochód Randy'ego i Lois

Eddie podczepiony pod samochód Randy’ego i Lois

Droga na szczęście nie była bardzo wymagająca. Międzystanówka na zachód jest w miarę płaska, a teren generalnie trochę opada. Gorzej, że ograniczenie prędkości to 70 mil na godzinę, a my mogliśmy wyciągnąć niecałe 40. W Kaliforni kierowcy mają generalnie w poważaniu ograniczenia prędkości i nie są zbytnio wyrozumiali, więc mijali nas jadąc nawet 50 mil na godzinę szybciej od nas. Zdarzały się długie światła, trąbienie. Kiedy zjechaliśmy z autostrady było jeszcze gorzej, bo wtedy nikt nie miał oporów z otrąbianiem nas przy wyprzedzaniu… O godz. 22, po ponad sześciu godzinach jazdy ze średnią prędkością dwudziestu kilku mil na godzinę (przestoje w drodze były dosyć częste) spotkaliśmy się z Randym i Lois jakieś 40 mil przed Rosamond, gdzie mieszkają. Podczepiliśmy Eddiego do ich samochodu i resztę drogi pokonaliśmy bez obciążenia.

Rosamond powitało nas… świątecznymi dekoracjami. Przynajmniej tak nam się zdawało, kiedy przekroczyliśmy góry i zjechaliśmy do doliny. Okazało się, że to migającymi czerwonymi światełkami przystrojone są… góry. Miejsce, w którym przyszło nam się zatrzymać jest bowiem zwane „windy acres” i by wykorzystać wiejące tam prawie ciągle wiatry pobudowano tysiące mniejszych i większych wiatraków, które zasilają okolice w prąd. Wieczorem wyglądają naprawdę niesamowicie. Mniej szczęśliwi są ich najbliżsi sąsiedzi, bo hałas podobno jest całkiem spory…

DSC07124

Następny dzień spędziliśmy na praniu, chorowaniu (wirus w końcu dopadł Pawła), rozmowach z naszymi gospodarzami i zastanawianiu się co dalej zrobić. Randy umówił nas na wtorek do warsztatu dealera Jeepa. Do tego czasu zobaczyliśmy główne okoliczne atrakcje: „koci dom”, czyli mini-zoo opiekujące się zagrożonymi kotami, kolejową pętlę w Tehachapi i muzyczną ulicę w Lancaster.
Koci dom to zwyczajowa nazwa EFBC’s Feline Conservation Center, schronienia dla około siedemdziesięciu kotów z różnych zagrożonych gatunków.Mini-zoo można zwiedzić za 7 dolarów i jest ciekawe choć niewielkie. Przejście przez całość, nawet przy dłuższym wpatrywaniu się w klatki (czasem koty nie są chętne, by wystawić się na widok publiczny) zajmuje jakieś dwie godziny. W innych okolicznościach przyrody byśmy sobie darowali, ale w naszej sytuacji była to miła niedzielna wycieczka z naszymi gospodarzami i ich synem Andym.

 

Pętla

Pętla

Muzyczna ulica okazała się całkiem przyjemnym przerywnikiem od chorób i stresów. Na fragmencie ulicy G (okolice Lancaster mają kolejne litery alfabetu w nazwach, a przecinają je kolejne cyfry – zaoszczędzili pewnie trochę na historycznych i politycznych sporach oraz pensjach ludzi od nazewnictwa) nacięto asfalt w ten sposób, że koła samochodu grają fragment uwertury z opery „Wilhelm Tell” Rossiniego. Wystarczy ustawić się na lewym pasie jadąc na lokalne lotnisko i trzymać się 55 mil na godzinę. Całkiem śmieszne doświadczenie. Powtórzyliśmy je kilka razy. Według historii wyczytanej w internecie muzyczną ulicę zrobiono do reklamy Hondy. Była wtedy bardziej w centrum miasteczka, ale kiedy stała się lokalną atrakcją mieszkańcy zaczęli się skarżyć na hałas. Przeniesiono ją więc niedaleko lotniska, gdzie nikt nie mieszka.

DSC07099Kolejowa pętla w Tehachapi była trochę testem dla naszego jeepa, który, jak się okazało, bez przyczepy nawet w stromych górach radzi sobie całkiem nieźle. Cóż z tego, skoro potrzebujemy go głównie do ciągnięcia przyczepy. A sama pętla jest położona w bardzo malowniczym wąwozie, gdzie pod koniec XIX wieku stanięto przed sporym problemem inżynieryjnym polegającym na dużej różnicy wzniesień na małej przestrzeni. Przy poprowadzeniu torów w linii prostej pociągi nie dałyby sobie rady. W związku z tym wybudowano pętlę.

Jej niezwykłość polega na tym, że z daleka pociąg wyglądają na niej, jakby zjadał własny ogon. Nawet niezbyt długie składy robią kółko, po czym przejeżdżają ponad 20 metrów pod sobą w tunelu/nad sobą po nasypie. Żeby było ciekawiej, to dziadek Lois był jednym z pierwszych kolejarzy, którzy przejechali ukończoną (chińskimi rękami) pętlą.

We wtorek planowo do samochodu zajrzeli fachowcy. Jak to u dealera, okazało się że do wymiany jest cały układ chłodniczy a za samo otworzenie i zdiagnozowanie skrzyni biegów chcieli 1700 dolarów. W sumie rachunek miał wynieść 4100 USD!!! Uprzejmie acz stanowczo podziękowaliśmy i spróbowaliśmy ich podejść trochę od innej strony, tak żeby zdali sobie sprawę, że i tak im nie zapłacimy, ale jednocześnie żeby chcieli nam pomóc.Udało się. Po krótkiej dyskusji okazało się, że z chłodnicą nie jest tak źle a wszelkie zło pochodzi ze skrzyni biegów. Dealer delikatnie radził nam, żeby już nie powierzać samochodu „fachowcom”, tylko zdać się na jego fachowców, ale wizja wydanych kolejnych setek dolarów nas skutecznie od tego odwiodła. Została więc kolejna wizyta w Pahrumpie.
Kilka godzin, które mieliśmy z Randym w oczekiwaniu na diagnozę od dealera poświęciliśmy na wycieczkę po okolicy. Po tej wycieczce dojrzeliśmy do wpisu, który się rodził już od jakiegoś czasu, a mianowicie jak wygląda amerykański militaryzm i rola armii w amerykańskim społeczeństwie z punktu widzenia „małej Ameryki”, czyli teksańskich, newadzkich, czy kalifornijskich miasteczek i zwykłych ludzi. Pewnie przyjdzie na niego czas za kilka dni. Okolice Rosamond są bardzo wojskowe głównie za sprawą bazy lotniczej w Edwards. Dodatkowo obrosła ona różnymi mniej lub bardziej cywilnymi firmami lotniczymi. Wystarczy powiedzieć, że u fryzjera, do którego zaszliśmy leżały trzy gazety: lokalna, ponadlokalna oraz „Przegląd Lotniczy”. W okolice Rosamond/Lancaster/Edwards duże centrum badawczo-rozwojowe przeniósł Boeing, swój hangar ma Northop-Grumman (producent m.in. nuklearnych łodzi podwodnych i myśliwców B-2). Jest też centrum NASA. Randy miał też trochę opowieści związanych z wojskiem. Kilka razy napomknął, że najciekawszych nie opowie, bo dotyczą spraw, które są ciągle nie w pełni jawne, ale parę jego anegdotek jest wartych przytoczenia. Pokazują bowiem, jak w USA można myśleć „out of the box”.Randy opowiadał m.in. jak pracował u rzemieślnika, który robił różne fajne rzeczy z plexi. Kiedyś w latach 60-tych przyszło do niego kilku panów z Boeinga i powiedziało, że mają problem z owiewkami na kabinę pilota do nowego samolotu ponaddźwiękowego. Wszystko co wymyślają u siebie w laboratorium pęka. Za rozwiązanie zaoferowali milion dolarów. Powiedzieli mu, że wierzą w niego, bo widzieli parę jego produktów. Gość nie chciał miliona. Ale w końcu, po wielu namowach, zgodził się. Poszedł do Boeinga, popracował trochę z jego inżynierami, wymyślił rozwiązanie i zainkasował wynagrodzenie. Jakby to wyglądało w Polsce? Nigdy, ale to nigdy w życiu żaden departament rozwojowy nie zgodziłby się, żeby ściągać jakiegoś rzemieślnika. Jaki byłby wstyd, gdyby okazał się mądrzejszy od zatrudnionych specjalistów! Tu nie było takiego problemu. Cel został osiągnięty, wszyscy byli szczęśliwi. Randy pracował też w małych lokalnych firemkach, które miały kontrakty z NASA i oczywiście bezpośrednio z armią. Sam przez jakiś czas robił coś przy samolocie Black Bird. Paweł poczuł się całkiem dumny, kiedy zupełnie szczerze mógł coś powiedzieć o tym samolocie. Widzieliśmy go w końcu w Alabamie. To była niezła maszyna szpiegowska, ale nie za długo się nasłużyła, bo chwilę potem jej zadania przejęły satelity.
Maciek i wujek Randy

Maciek i wujek Randy

Po zwiedzaniu okolicy przyszedł czas na bitwę. Uzbrojeni w pisemny raport i bojowy nastrój następnego dnia wstaliśmy o 4 rano (!) i wyruszyliśmy, tym razem bez przyczepy, do naszego ulubionego miasteczka w Newadzie. O 8.30 byliśmy na miejscu. Bojowy nastrój okazał się niepotrzebny. „Nasz” warsztat skruszony przyjął samochód. Uprzedzeni o naszym przybyciu telefonicznie zdążyli nawet z wyprzedzeniem zamówić jakieś nowe części (między innymi nowe selenoidy sterujące zmianą biegów). Następnego dnia późnym popołudniem odebraliśmy jeepa. Według Russa właściciela Bulletproof Transmissions, coś nawaliło w elektronice, nie będziemy wchodzić w szczegóły, koniec końców samochód został naprawiony – mamy nadzieję, że tym razem skutecznie – bez dodatkowych opłat i jeszcze w gratisie zainstalowali nam chłodzenie skrzyni biegów. Mamy nadzieję, że  więcej o naszych problemach z samochodem szanowni czytelnicy nie usłyszą.

W oczekiwaniu na samochód przespaliśmy się w hotelu przy kasynie, przegraliśmy 20 dolarów (żeby nie było, że nie próbowaliśmy), dowiedzieliśmy się, że Power Ball w Nevadzie jest nielegalny (pewnie dlatego, że co to za hazard za dwa dolary), spotkaliśmy parę miłych osób (między innymi naszego starego znajomego Patricka i nowego znajomego Richarda) i spędziliśmy kilka godzin w kręgielni (przy okazji dziękujemy Lorie za specjalne stawki i darmowe wypożyczenie butów). Pod koniec naszego pobytu zamówienie śniadania czy dojście na tor na kręgielni stawało się coraz większym problemem, bo zewsząd nadchodzili znajomi, by podpytać się co nowego u nas i jeepa…

DSC06893
Podsumowując: Pahrump to świetna baza wypadowa do Doliny Śmierci i przyjemny przystanek na 2-3 dni. Mili ludzie, dobre i tanie jedzenie, kręgielnia, kasyno. Mamy nadzieję, że jeszcze tam wrócimy, ale dopiero za kilka lat, choćby po to, żeby porządnie zwiedzić Dolinę, do której tym razem mieliśmy pecha. Samochód odebraliśmy tuż po godz. 16, jeszcze przez chwilę zastanawialiśmy się czy nie zawitać ostatni raz na bufet, ale chcieliśmy wrócić jak najszybciej do Kalifornii. Zatankowaliśmy jeszcze do pełna newadzką benzynę, tańszą od kalifornijskiej, i ruszyliśmy w drogę.
W związku z naszym przedłużającym się pobytem w Pahrump postanowiliśmy nieco zrewidować nasze dalsze plany, ale o tym napiszemy więcej jak posiedzimy chwilę nad mapą.

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *