DSC

Podróż z Thakhek do Pakse to była lekcja życia i pokory. O ile wcześniejsze podróże autokarem po Laosie sponsorowały nam trzy literki: VIP, tak tym razem uznaliśmy, że poradzimy sobie bez nich. Po co przepłacać? – zapytaliśmy. I rzeczywistość nam odpowiedziała.

Jeżeli coś może się nie udać – nie uda się na pewno

Te trzy literki po ponad tygodniu w Laosie zaczęły nas jakoś uwierać. Nie żebyśmy mieli jakiś problem z byciem turystami. Laos w końcu przemierzaliśmy utartymi ścieżkami, często w tłumie plecakowców w wieku wypadającym w połowie między nami a naszymi dziećmi. Bardziej chodziło chyba o to, że nieVIPowski transport wydał nam się w sumie prostą metodą, żeby przyoszczędzić parę dolarów. W końcu i tak wszystkie autobusy jeździły wolno, a podróż z Kaliną i Maćkiem czasem nie należy do najłatwiejszych. Może będzie ciaśniej, może chwilę dłużej, ale co ma się niby nie udać? Tymczasem, jak mówi pierwsze prawo Murphy’ego, jeżeli coś może się nie udać – nie uda się na pewno.

Jeżeli myślisz, że idzie dobrze – na pewno nie wiesz wszystkiego

Zdecydowaliśmy się na autobus, który miał odjeżdżać około godz. 11. Przyjechał prawie punktualnie i wyglądał zupełnie jakVIPowskie autobusy, którymi jeździliśmy wcześniej. Może nie miał numerowanych miejsc, ale laotańskie karaoke grało a klima działała. W dodatku nie był zapełniony nawet w połowie. Ha, ha! Śmialiśmy się szatańsko w duchu z tych wszystkich turystów, którzy przepłacili za transport do Pakse. Dojedziemy tylko chwilę po was, ale to my za zaoszczędzone pieniądze pójdziemy sobie na kanapkę, albo może nawet dwie!

Mieliśmy jechać 8-9 godzin. Pomysł z wyborem godziny był taki, żeby się wyspać, a jednocześnie dojechać wczesnym wieczorem i spokojnie znaleźć nocleg. Wiedzieliśmy, gdzie są zgrupowane najpopularniejsze hostele, więc czekał nas tylko spacer po 1-2 ulicach i wybór między kilkoma najtańszymi miejscami.

Autobus pomykał w miarę sprawnie, Maciek zapatrzył się w karaoke, Kalina wysłuchała kilku książeczek i nawet nie marudziła zbytnio. Po niecałych trzech godzinach dojechaliśmy do Savannakhet. Tam zostaliśmy wysadzeni z autobusu i polecono nam czekać. No dobra, czekaliśmy, i czekaliśmy, i czekaliśmy. Po godzinie, a może dwóch pojawił się inny autobus, tak mniej więcej o dwie dekady starszy. Okazało się, że to nasz. Daliśmy więc bagaże, które powędrowały na dach. To była taka przystawka. Na dach wciągano kolejne worki, pod niebiosa powędrował nawet jakiś skuter. Nic szczególnie nadzwyczajnego.

W końcu zorientowaliśmy się z rozkładu jazdy, że nasz nowy, a raczej stary autobus do Pakse odjeżdża o godz. 17. Mając przed sobą jeszcze kolejne godziny czekania, poszliśmy na zupę. Miejsca mieliśmy zajęte jakimiś swoimi rzeczami, poza tym ludzi nadal nie było aż tak dużo. A jadłodajnie były tuż obok, więc pozwalały obserwować, co się dzieje.

Wróciliśmy tuż po godz. 16, kiedy autobus był już tak dwa razy większy niż w momencie przyjazdu na dworzec. Worki nie mieściły się już na dachu, więc układano je z tyłu autobusu, gdzie po wymontowaniu jednego rzędu siedzeń było trochę więcej przestrzeni. Igrając trochę z dziecięcymi pęcherzami, postanowiliśmy profilaktycznie zająć miejsca, szczególnie, że tłum gęstniał. Worki szybko wypełniły tył autobusu i zaczęły rozlewać się między siedzeniami. Doszły od tyłu do kierowcy, a potem jak wzburzona fala zaczęły wracać do tyłu drugą warstwą.

Po workach do autobusu wlali się ludzie. Najpierw zajęli wszystkie miejsca, potem zaczęli się dosiadać na trzeciego na podwójnych siedzeniach, a potem szczelnie wypełnili przestrzeń na workach między siedzeniami.

W końcu nadszedł moment odjazdu: zapakowany po kokardki, rozpadający się autobus (nie tylko bez klimy, ale nawet – o zgrozo – bez karaoke!) ruszył w drogę. Co pół godziny zatrzymywał się, żeby dopakować więcej bagażu. Nawet Laotańczycy (których w autobusie było całkiem sporo) robili zdjęcia komórkami i sądząc po gestykulacji oraz szybkości nawiązywania relacji wyraźnie przeżywali sytuację, w jakiej się znaleźli. Mieli ze swojego losu więcej radości niż frustracji, więc staraliśmy wczuć się w klimat.

Nie było to łatwe. Naszym dzieciom transport nie przypadł do gustu. Przez pierwszą godzinę jęczały, darły się i marudziły. Ktokolwiek twierdzi, że dzieci w samolotach to problem (start-jedzenie-bajki-jedzenie-spanie-jedzenie-lądowanie) powinien kiedyś przejechać się z dziećmi takim autobusem. Autobusem, w którym nie sposób ruszyć nogą, bo nie ma miejsca. A podrapanie się w kostkę urasta do zadania równie kosmicznego, co lot w kosmos. Przypomniały nam się wyjazdy pociągiem do Zakopanego w pierwszy dzień ferii… Zaczęliśmy je wspominać z rozrzewnieniem.

Na szczęście dzieci zasnęły, co niestety wiązało się z kompletnym zblokowaniem ruchów Oli. Najmniejsza próba ruszenia ręką powodował niespokojne dźwięki wydawane przez Kalinę. Dodatkowy pasażer na podwójnym siedzeniu też nie pomagał, wykorzystując trochę fakt, że śpiący Maciek nie będzie protestował przeciwko rozpychającemu się ponadprogramowemu sąsiadowi.

20141123_172145

Jedyne zdjęcie, które udało nam się zrobić, zanim zostaliśmy kompletnie unieruchomieni.

Druga kolejka jest zawsze szybsza

Do Pakse dotarliśmy po mniej więcej 12 godzinach od wyruszenia z Thakhek, czyli chwilę przed północą (zamiast planowanej godz. 20). To, ile zaoszczędziliśmy na porzuceniu VIPowskiego autobusu było już zupełnie nieistotne.

Ostentacyjnie podziękowaliśmy tuktukowcom i innym zbiorkomom, które rzuciły się na autokar. Na jeden dzień wystarczyło nam usług transportowych. Ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Wiedzieliśmy, że na głównej ulicy przecinającej miasto miało być trochę hosteli. Chwilę nam zajęło wykoncypowanie, gdzie jesteśmy i jak mamy iść, bo autobus wysadził nas po prostu na poboczu ulicy. W dodatku tuktuki z turystami rozjechały się w rożne strony na pobliskim rondzie i tam, gdzie nam się wydawało że powinniśmy iść, nie pojechał ani nie poszedł nikt. Okazało się jednak, że wybraliśmy dobrze.

Mimo, że Pakse to drugie co do wielkości miasto Laosu, było zupełnie wymarłe. Było wygaszone i pozamykane, a jedynymi otwartymi noclegowniami były hotele wykraczające daleko ponad nasz budżet. Sprawdziliśmy kilka miejsc po drodze, ale chcąc nie chcąc, trafiliśmy i tak do polecanego przez Lonely Planet Lankham Hotel – najpopularniejszej backpackerskiej miejscówki w Pakse. Był to jedyny hotel przy głównej ulicy z wolnymi pokojami w cenie do 100 000 kipów, a przynajmniej jedyny w tej cenie, w którym udało nam się dobudzić nocnych stróżów.

Pakse

Do Pakse, dawnej stolicy Indochin, a obecnie drugiego miasta Laosu, czyli nie przymierzając takiej Łodzi, nie przyjechaliśmy na zwiedzanie. Miała to być nasza baza wypadowa na płaskowyż Bolaven, o którym napiszemy w kolejnym poście. Planowaliśmy zostać tylko jedną noc, do południa znaleźć skutery i od razu wyruszyć na pętlę Bolaven. Czyli do Pakse podeszliśmy bardzo utylitarnie, stąd zresztą zdjęciowa pustynia w tym poście. Ale bez obaw, w kolejnym wpisie wynagrodzimy Wam to z nawiązką:)

Nie licząc noclegów spędziliśmy tam w sumie kilka godzin. Kiedy już odespaliśmy w całkiem znośnych warunkach, jak na pokój zdobyty o północy, atrakcje poprzedniego dnia, udaliśmy się na poszukiwanie skuterów oraz wymianę kasy, bo zaczynało nam brakować na życie. Plan był taki, żeby wyruszyć przed południem, więc mieliśmy jakieś dwie godziny na śniadanie, kantor i wypożyczenie skuterów. I daliśmy radę, choć głównie dzięki podziałowi obowiązków. Ola z dzieciakami zjadła śniadanie, a Paweł znalazł tanią i tylko trochę szemraną wypożyczalnię i dogadał cenę za dwa skutery.

W Pakse widzieliśmy więc Lankham Hotel i dwie uliczki wokoło. Mieliśmy też okazję rzucić okiem na miasto wyjeżdżając z niego na skuterach. Zrobiło dość pozytywne wrażenie, miasta, gdzie niby nic nie ma i turyści traktują je przelotowo, ale z drugiej strony nie ma mu co zarzucić. Było dość zielono, w centrum przypominało to nawet miasto, z placykami, promenadą, miniparkami, ulicami z chodnikami, po których dało się chodzić (!). Przy moście nad Mekongiem był też ogromny bazar, więc fani zakupów i szybkiego, różnorodnego jedzenia pewnie znajdą tam coś dla siebie.

Największe jednak wrażenie zrobił na nas most przez Mekong. Szeroki, długi na ponad 1200 metrów z jednej strony z majestatycznym wzgórzem, a z drugiej z laotańską wersją Hotelu Gołębiewski. Kochamy mosty, ale w podczas półrocznej podróży po USA zawsze przekraczaliśmy je zamknięci w wielkiej stalowej puszce, jaką był nasz jeep. Tym razem, na skuterach, mogliśmy poczuć prawie na własnej skórze potęgę konstrukcji i siłę natury pod nami. Dla samej przejażdżki skuterem po tym moście warto wpaść do Pakse. No i zawsze można zacząć jakąś niezobowiązującą konwersację tekstem „jak jechałem sobie skuterem przez Mekong, to…”.

… to na przykład było gorąco jak w piekle, a parę godzin później byliśmy już prawie półtora kilometra wyżej w krainie kawy i deszczowców. Ale o tym jak wypożyczyliśmy skutery i co na nich zobaczyliśmy w okolicach Pakse, opowiemy wam już w następnym odcinku.

(Visited 97 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

    • Jak tylko się przydarzy okazja to baaardzo chętnie, spędziliśmy tam miesiąc i się zakochaliśmy. Zresztą to co robiliśmy może i było utartym szlakiem, ale w miarę wolnym krokiem, np Thakek loop ludzie robią w 2-3 dni albo w ogóle łapią busika do Konglore i na tym poprzestają, my na skuterach spędziliśmy prawie tydzień i zbyt wielu turystów po drodze nie mijaliśmy:)

  • dopiero do was trafiłam. Co to są te vipowskie autobusy? Czy w Azji/Laosie są jakieś autobusy VIp które różnią się tak bardzo standardem? i gdzie można przeczytać wasz absolutnie pierwszy wpis o tym jak się wszystko zaczęło po „rzuceniu wszystkiego w cholerę”? CO do zdjęcia z autobusu to przecież tam jest masa miejsca 🙂 toż to polskie są bardziej zatłoczone 😉

    • Tak, w Laosie są autobusy VIP które sa normalnymi autobusami z numerowanymi miejscami i karaoke w tle, i autobusy nie VIP, które, przynajmniej w tym jednym przypadku, który opisaliśmy, są niezłą masakrą. Co do zdjęcia, to było zrobione jak jeszcze mogliśmy się ruszać. Autobusu, w którym na każdych dwóch siedzeniach siedzą 3 osoby (albo 4 w tym dwoje dzieci jak w naszym przypadku), między siedzeniami i z tyłu na podłodze są rozłożone dwie warstwy worków na których też siedzą ludzie, a dach przyzwodzi na myśl klasyczne reklamy ikei, nie nazwałabym polskim standardem. Chociaż przyznaję, że ostatnio w Polsce pekaesami jeździłam w latach 90-tych, może coś się od tego czasu zmieniło (#dobrazmiana;). Ba, w wielu innych krajach zdarzyło mi się jeździć najtańszymi zbiorkomami, i to był zdecydowanie największy hardcore (może poza pewnym pickupem w Gwatemali, ale tam trasa była zdecydowanie krótsza, i pewną dłuuuugą trasą w Peru, gdzie może i było nieco luźniej ale za to przymarzało się do szyby;)
      Co do naszego rzucania w cholerę polecamy całą naszą opowieść o Stanach (http://osiemstop.pl/kamperem-po-usa-dziennik-podrozy/).
      Pozdrawiamy:)

  • Przyjemnie się Was czyta 🙂 Bardzo mocno oskubali Was na granicy Laos – Kambodża. Byłem w 2015 roku, od łebka brali tylko 5 USD łapóweczki + 1 USD za rzekome badanie temperatury. Nie było dyskusji, podobnie jak u Was, najpierw pękła w naszej grupie autokarowej jedna osoba, za nią pękali szybko inni, aż w końcu pękliśmy wszyscy. Poza jednym gościem, który stwierdził, że ma w dupie i nie płaci, będzie się kłócić, mówić, że „NIE” i zapłaci tylko tyle ile trzeba. W ostateczności zapłacił kilka dolarów łapówki więcej od nas bo nie chcieli go już w ogóle puścić dalej i w dupie mieli jego gadania…

    • Dzięki za miłe słowa. A co do granicy, to może po prostu trafiliśmy na bardziej „wygłodniałą” ekipę. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że może mieliśmy bardziej „zachodnią” ekipę w busiku, ale na tej granicy chyba każdy nieLaoKambodżańczyk jest skubany tak samo niezależnie od tego czy jest z Australii, Bułgarii czy Japonii…

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *