DSC

To był dzień, który omal nie wprawił nas w skuterową dumę! Dojechaliśmy mniej więcej tam, gdzie planowaliśmy. Zrobiliśmy całkiem sporo kilometrów, a po drodze nie ominęliśmy praktycznie niczego. Były i widoki, i skuterowe wyzwania. Było też chłodno, co dało nam do myślenia, że chyba jednak nie do końca dobrze się spakowaliśmy…

Z karaokowego guest house’u uciekliśmy jak na nas niesamowicie wcześnie, czyli mniej więcej około godz. 9. Darowaliśmy sobie śniadanie w miejscowej restauracji, która pozostawiła w nas traumę jeszcze na długie tygodnie i żegnani przez ladyboy’a wyjechaliśmy szybko na główną drogę. Śniadanie chcieliśmy zjeść w pierwszej przydrożnej restauracji, ale okazało się dość dużym wyzwaniem. Kilka kolejnych przydrożnych jadłodajni albo było jeszcze zamkniętych, albo nie serwowało jeszcze jedzenia. Czytaliśmy o tym wcześniej na kilku blogach, aż w końcu sami doświadczyliśmy sytuacji, kiedy wchodzi się do przydrożnego lokalu, wszystko wygląda na czynne i gotowe, po czym nie sposób dostać niczego do jedzenia. Być może chodzi o to, że jedynym daniem jest zupa, a ta potrzebuje rano trochę czasu, by właściwie się ugotować…

Udało się jednak w końcu znaleźć miejsce, gdzie uratowano nam życie i zamknięto makaronem na chwilę dwie małe paszcze domagające się pokarmu. W tych samych okolicach, czyli po przejechaniu mniej więcej 15 km zrobiło się na drodze znacznie puściej i spokojniej. Ruchliwa i pełna tirów „12” odbiła w stronę Wietnamu, a my kontynuowaliśmy naszą podróż drogą „1E”. To „E” mogło sugerować, że droga jest taką nie do końca jeszcze drogą, ale początkowo nie jechało się źle. Zmienił się też krajobraz. Samotne skały ustąpiły pola polom i lekkim wzniesieniom, a na tych stopniowo zaczęły się pojawiać różne industrialne wstawki. Jakieś kanały, słupy wysokiego napięcia. Znaczy się, dotarliśmy do krawędzi wielkiego projektu hydroelektrycznego Nam Theun 2.

By wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi najlepiej zawitać do przygotowanego w iście amerykańskim stylu visitors center (jest tak cool, że nawet nie będziemy go spolszczać). Znajdziecie je kilka kilometrów za Nhommarath/Gnommalath u podnóża płaskowyżu Nakai. Warto tam zawitać nie tylko dlatego, że ma klimatyzację, ładne toalety i jest darmowe. Brakowało tylko filmu i sklepu z pamiątkami. I zwiedzających. A pracownik jak nas zobaczył to wprawdzie z radością nas wpuścił do sali z wystawą, ale zaraz potem oznajmił, że teraz to on ma godzinną przerwę na lancz i uciekł zanim zdołaliśmy zadać mu jakiekolwiek pytania. Czasem tęsknimy za amerykańskimi strażnikami w parkach narodowych, którzy nigdy by nas samych z pytaniami nie zostawili. Ale centrum i tak trzeba zobaczyć, by zrozumieć ogrom tego projektu i jego totalny wpływ na życie ludzi i naturę w całym regionie.

Hydroelektrownia Nam Theun 2 to projekt francuskiego EDF, który jest głównym udziałowcem – 40 proc., tajskiego (państwowego) koncernu EGCO – 35 proc. oraz rządu Laosu – 25 proc. Moc elektrowni to 1070 MW, z czego do Tajlandii przesyłane jest potem ok. 1000 MW a reszta zostaje w Laosie. Trochę pokazuje to różnice cywilizacyjne…  Nam Theun 2 obejmuje zaporę na rzece Nam Theun, sztuczny zbiornik na płaskowyżu Nakai oraz sztuczny tunel do rzeki Xe Bang Fai. W całym projekcie kluczowa jest różnica poziomów między płaskowyżem a terenem poniżej, która wynosi ok. 300-350 metrów.

Widać to wszystko na wielkiej makiecie ustawionej w centrum. Zaznaczono na niej wszystkie kluczowe elementy projektu, a także drogi. Dzieciom dużo radości sprawią makiety domów, do których można zajrzeć, palcami wejść po schodach i zapukać. Takie domy będziemy mijać jeszcze tego samego dnia.

DSC08567

By utworzyć sztuczny zbiornik na płaskowyżu, trzeba było wysiedlić ponad 6 tysięcy ludzi. I to temu elementowi projektu poświęcono w dużej mierze wystawę w centrum dla gości. Z tablic można się dowiedzieć, że budowa zbiornika była prawdziwym darem niebios dla okolicznej ludności. Teraz każdy nowy dom ma toaletę, elektryczność oraz zbiornik na deszczówkę. Nowe szkoły i przedszkola podniosły wskaźniki scholaryzacji ze niecałych 40 proc. do ponad 90 proc. Zbiornik został zarybiony, zwiększyła się więc dostępność ryb. I choć to dość nachalny PR, to trudno z nim dyskutować. Przed hydroelektrownią nie było tu nic, a ludzi żyli w rozpadających się chatach, co widać poniżej płaskowyżu, w wioskach, które na projekcie zyskały niewiele. Teraz są szkoły, nowoczesne domy, a miarę odtworzone układy wiosek. Na wystawie i w internecie mówi się o „modelowym” przykładzie budowy projektu o tak dużym wpływie na środowisko i ludzi. I wydaje się, że jeśli chodzi o stosunek społecznych kosztów i zysków, to poszło chyba dość dobrze.

Dodatkowo musi paść jeszcze pytanie, jak w tym całym międzynarodowym układzie stoi Laos. Jak przystało na biedny, skorumpowany i komunistyczny kraj, pewnie nie najlepiej. Niemniej jednak jest przynajmniej jakiś pomysł – by zrobić z tego centralnego miejsca Azji Południowo-Wschodniej „baterię” regionu – producenta czystej, odnawialnej energii. Buduje się drogi, jest praca. Cierpi na tym natura i to bardzo mocno, ale nic to w porónaniu z tym, co swoim rzekom i lasom robią sąsiedzi Laosu. A pieniądze? W twardej walucie dla Laosu zostaje niewiele. Z podatków i innych wpływów wychodzi jakieś 80 mln USD rocznie. Trochę bardziej pocieszające jest to, że elektrownia działa na zasadzie koncesji i za 25 lat całkowicie i za darmo przejdzie w laotańskie ręce. Wtedy też będzie można lepiej ocenić, czy pomysł na Laos się sprawdził.

Bezpośrednio za elektrownią i centrum dla gości zaczyna się dość stromy podjazd pod górę. To właśnie z tego wyższego poziomu spływa kanałem woda, która z grawitacyjnego podajnika (jak kiedyś reklamowano w sklepie Mango pionową rurkę do wrzucania owoców i warzyw do siekacza) spada z ogromną siłą na turbiny. Stromy podjazd, a więc i punkty widokowe oraz rozciągające się fantastyczne panoramy środkowego Laosu.

Na mniej więcej 300 metrach, kiedy teren się wypłaszcza, okazuje się, że w Laosie bywa zimno. Na to nie byliśmy przygotowani. Plujemy sobie w brody, że nie zabraliśmy nic ciepłego do ubrania. Za to widoki są fenomenalne, otacza nas woda, z której gęsto wystają martwe kikuty drzew. Za kilka dni będziemy wracać tamtędy po zmierzchu, wtedy wrażenie będzie niczym z horroru. Szczególnie, że my wtedy będziemy już naprawdę umierać z zimna…

Pierwszą i chyba jedyną dużą wsią na płaskowyżu jest Nakai. Jest w niej szkoła, miejscami widać nowe, przesiedleńcze domy, jest nawet jakieś centrum informacji turystycznej, ale na bocznej drodze i już do niego nie zjeżdżaliśmy. W Nakai zjechaliśmy sobie nad rzekę w centrum wioski. Porobiliśmy zdjęcia niezwykle fotogenicznym kikutom drzew, a potem dzieciom, które zaczęły się schodzić z pobliskiej szkoły, a potem jeszcze większej liczbie dzieci, aż w końcu tłum nas trochę przerósł i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Obiad zjedliśmy na bogato – w Phosy Thalang Guesthouse w wiosce Thalang prawie 20 kilometrów dalej. Miejsce pod turystów, więc ceny odpowiednio wyższe, ale menu również po angielsku i jest coś więcej niż tylko zupa, dużo miejsca w środku, więc Kalina z Maćkiem mogli rozprostować nogi i zagrać w bule obok budynku. W Phosy rozważaliśmy też nocleg w drodze powrotnej, ale okazało się, że pokoje w domkach nad (60 000 kipów za dwie osoby) wodą mają zbyt wąskie łóżka dla rodziny 2+2, a przy dwóch pokojach cena urastała powyżej naszego budżetu.

W restauracji zasiedzieliśmy się zdecydowanie zbyt długo, szczególnie, że dzień chcieliśmy kończyć w Lak Sao 50 kilometrów dalej. Na nasze nieszczęście droga za Thalang zaczyna się psuć. Od czasu naszej wizyty (listopad 2014) mogło się tam jednak sporo zmienić, bo ostro nad nią pracowano. Przy naszym przejeździe asfalt stopniowo przeszedł w żwirowo-asfaltową nawierzchnię, która trochę przypomina czeskie i słowackie górskie drogi po roztopach (niby gdzieś tam jest jeszcze asfalt, ale górna warstwa to żwir). Na wąskich skuterowych oponach jeździ się po tym niezbyt przyjemnie, a jak jeszcze spadnie deszcz to skuter zaczyna wręcz tańczyć – koła chodzą wtedy mocno na boki nawet przy niewielkich prędkościach.

To był jednak zaledwie przedsmak dalszej części trasy. Jakieś 30 kilometrów przed Lak Sao asfalt się urywa i dość nagle. Droga, która na wielu blogach sprzed kilku lat oraz w ostatnich wydaniach Lonely Planet jest już prawie skończona nadal była w powijakach. Miejscami koparki wyrywały kolejne fragmenty glinianego zbocza, żeby poszerzyć przepust, gdzieniegdzie jest szeroko, twardo i w miarę równo – jedzie się głównie po glinie. Przed Lak Sao są już nawet krawężniki i podbudowa! Ale w okolicach zjazdu z płaskowyżu jest kilka kilometrów, gdzie droga jest prawie nieruszona i można zobaczyć jak wyglądała na całej długości dekadę czy dwie temu, czyli po laotańsku. To po prostu wąska dróżka przez dżunglę z szerszymi polankami używanymi na mijanki, z głębokimi, trudnymi dla skutera koleinami nawet już na początku pory suchej. I nagle wyjeżdzając zza zakrętu takie dróżki wpada się w minikorek złożony z kilku vanów, paru pick-upów, jednej albo dwóch ciężarówek i paru skuterów. Doświadczenie prawie jak z podwarszawskiej miejscowości przy budowie obwodnicy, gdzie lokalni mieszkańcy omijają korki polnymi drogami, stojąc w kolejce eleganckich limuzyn i SUVów.

Lak Sao to tranzytowe miasto na kolejne drodze do Wietnamu. Do granicy jest stąd tylko 35 km. To właściwie miasto graniczne – wielkie skrzyżowanie, duży bazar, dworzec autobusowy, trochę jadłodajni i miejsc z noclegami o różnym standardzie. Nocowaliśmy właściwie pod Lak Sao, ponieważ znów zaliczyliśmy kilkadziesiąt minut w kompletnych ciemnościach (po glinianej, ale równej jak stół i szerokiej „autostradzie”) i zdecydowaliśmy się na pierwszy guest house, który dojrzeliśmy. Był jakieś 2 kilometry przed właściwym miastem, na samym początku drogi z podbudową i krawężnikami. Miejsce zupełnie przeciętne, niezbyt czyste, zupełnie puste, z łóżkami, które nas pomieściły i za rozsądne 50 000 kipów, więc nie marudziliśmy.W samym mieście hoteli jest jeszcze kilka, dwa lub trzy hostele/hotele są nawet już za granicami miasteczka na trasie pętli, więc nie warto się zrażać, jeśli w samym „centrum” nic nam się nie spodoba.

DSC08707

Mieliśmy jeszcze na tyle siły, by się przejść do najbliższych sklepów i sprawdzić, czy nie ma jeszcze jakiejś restauracyjki z zupą. Nie było, znaleźliśmy tylko karaoke (a jakże!) i 3 czy 4 sklepiki z ofertą nad wyraz skromną (wietnamskie chipsy, jakieś herbatniki, wietnamskie napoje gazowane i piwo). Kupiliśmy więc trochę tego pierwszego i ostatniego a potem udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *