atlanta

W drogę wyruszyliśmy w czwartek wczesnym popołudniem, na Florydę dotarliśmy w niedzielę koło południa, po drodze zaliczając trzy najtańsze sieciówki motelowe. Prognozy straszyły flash floodami i śnieżycami, na szczęście nas (tym razem) ominęło.

Pogoda

Prognozy pogody nas trochę wystraszyły. To w końcu był nas pierwszy raz z przyczepą. Dobrze w sumie, że to Franek ją podłączył. Jako były właściciel dokładnie widział co i jak ustawić. Pierwszy raz po samodzielnym podłączeniu przyczepy będzie pewnie stresujący, kiedy pociągniemy też za sobą stres, czy aby nam się przyczepa zaraz nie odczepi.

Z tym pierwszym razem mieliśmy jeszcze jeden stres. Mianowicie słyszeliśmy, że autostrady na południe od Chicago są bardzo wietrzne. A w końcu wiatr to dość istotny czynnik przy jeżdżeniu z przyczepą. Okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wiało nawet miejscami dość mocno, ale nasza przyczepa jest niska i krótka, więc żeby ją zwiać musiałby być huragan. Nie mieliśmy też po drodze śniegu, co uradowało nas szczególnie, bo stan opon naszej przyczepy pozostawiał sporo do życzenia. Śnieg za to nie ominął Atlanty, która pogrążyła się pod grubą na 1 cal biała pokrywą. Dzięki temu trafiła do wszystkich wiadomości na żółte i czerwone paski. A śnieg pojawił się pewnie jako temat numer jeden w wieczornych modlitwach dzieci, bo taki armageddon jak 3 centymetry śniegu zazwyczaj oznacza zamknięcie szkół. Niestety dla nich, a na szczęście dla nas, śnieg nocy nie przetrwał. Dzieci do szkoły poszły, a my mieliśmy choć trochę łatwiejszą drogę na południe.

Route 47 nie istnieje

Route 66 nie istnieje” – tak swą książkę o USA zatytułował Wojciech Orliński. Gdyby startował z Plano w Illinois na południe mógłby też napisać, że Route 47 nie istnieje. Zanim dotarliśmy na porządną międzystanówkę musieliśmy przejechać prawie 90 mil drogą, która prowadziła wyłącznie przez pola kukurydzy. Illinois chyba składa się wyłącznie z Chicago i pól kukurydzy. Nie żebyśmy mieli coś przeciwko. Było naprawdę ładnie, a krajobrazy idealnie pasowały do kreskówkowych teledysków do „Old McDonald had a farm”. Dalej nie było inaczej. Kentucky to takie jeszcze bardziej południowe Illinois.

Kentucky state line

Kentucky – nasz stan numer 2

Z cichej i spokojnej Route 47 wyjechaliśmy na autostradę. Na prawdziwych międzystanówkach co chwila wyprzedzają nas wielkie tiry, u jednego naliczyliśmy 11 podwójnych kół z jednej strony, czyli w sumie 44 koła… Wyprzedziła nas też ciężarówka, ciągnąca taką samą ciężarówkę, do której była doczepiona jeszcze jedna taka ciężarówka.

Ciekawe jest też to, że o ile całkiem sporo osobówek trzyma się limitu prędkości plus maksymalnie 5-10 mil, tak ciężarówki w tych okolicach ciągną ile się da. Dlatego widok tira wyprzedzającego wszystkich lewym pasem nie należy do rzadkości. Przy ograniczeniach 55-70 mil w zależności od drogi nie staraliśmy się przekraczać 50-55 mil. Nie jesteśmy jeszcze bardzo sprawni w kierowaniu przyczepą, a dodatkowo nie ufamy oponom Eddiego. musimy je zmienić, jak tylko zrobi się cieplej. Pod koniec drogi przyspieszyliśmy do 60 mil i planujemy utrzymać tą prędkość jako naszą górną granicę.

Mount Vernon, IL

Mount Vernon, IL. Pierwszy dzień i 256 mil na liczniku

Motele? Z przyczepą?

W Mount Vernon wybór padł na Motel 6 – jedną z najpopularniejszych tanich sieci w USA. Tu też skorzystaliśmy z rady Orlińskiego i potęgi internetu. Okazało się być niezbyt tanio (trochę ponad 40 USD bez podatku, co z podatkiem dało 63 USD), i niestety bez śniadania. Pokój w miarę czysty, motel prawie pusty. Żadna przygoda.

Dlaczego ciągnąc za sobą przyczepę nocowaliśmy w motelach? W Chicago było przeraźliwie zimno. Po kilku godzinach jazdy w nagrzanym samochodzie na południe nawet uwierzyliśmy, że może zrobiło się te kilka stopni na plusie, ale nie. Dalej było zimno. Postanowiliśmy nie ryzykować. Jeśli okazałoby się, że są problemy z ogrzewaniem, to byśmy zamarzli. W dodatku Franek trochę zabezpieczył przyczepę na zimę. Do zbiornika na ścieki wlał trochę niezamarzającego płynu, pospuszczał dokładnie wodę. Byliśmy więc dodatkowo bez łazienki i toalety. A wysikiwanie Maćka ubranego w piżamę na mrozie nie jest dobrym pomysłem, szczególnie na początku długiej podróży. Uznaliśmy więc, że wydamy te kilkadziesiąt dolarów na noclegi, dojedziemy jak najszybciej na Florydę, tam się ogarniemy i przygotujemy na zimniejsze dni. Czas pokazał, że dobrze zrobiliśmy.

Nie lubisz kłopotów? Nie nocuj u Szkotów!

Kolejnego dnia rano udało nam się wyruszyć w miarę wcześnie, ale z zakupami w Walmarcie i śniadaniem w Wendy’s prawdziwą jazdę zaczęliśmy tuż przed południem. Ten dzień skończyliśmy w Manchesterze, Tennessee. Na mapie wypatrzyliśmy, że kawałek przed nami jest kolejne Mount Vernon. Przez chwilę mieliśmy niecny plan, żeby zanocować właśnie tam i do końca wyprawy nocować tylko w Mount Vernonach, ale niestety było trochę za daleko.

W Manchesterze zanocowaliśmy (a jakże!) w Scottish Inn i było to, jak do tej pory najgorsze doświadczenie noclegowe. Było przeokrutnie zimno, w pokoju praktycznie nie działało (nawiewowe jak wszędzie) ogrzewanie, drzwi się nie domykały, prysznic był zepsuty, a continental breakfast okazało się być kilkoma muffinami i kawą. Aczkolwiek cena z kuponem zniżkowym (o kuponach więcej niżej oraz w naszym małym poradniku o podróżach kamperem po USA) była najniższa z trzech moteli zaliczonych przez nas w drodze na Florydę – niecałe 40 USD po podatku.

Manchester, TN

Dzień drugi. Manchester, TN, 568 mil na liczniku

Kolejny przystanek to już Georgia. Bardzo miły stan, zielone lasy, już w miarę ciepło. Krajobrazy całkiem jak w domu. Nie licząc oczywiście miast. Nie tak znowu daleko na północ, całkiem blisko na Florydę. Może kiedyś tu zamieszkamy? W trasie działo się niewiele. Dwupasmowa autostrada, wszyscy bardziej lub mniej grzecznie mijają nas lewym pasem. Żadnych wariatów prujących po sto mil na godzinę. Aż się chce jechać!

Jeśli ktoś zna Stany z zakorkowanych autostrad w okolicach Chicago, Nowego Jorku, czy w Indianie, to w te okolice jawiłyby mu się jako autostradowy raj. W korku staliśmy przez te trzy dni raz a i to stosunkowo krótko. Nawet przez tak wielkie miasta jak Atlanta przejeżdżaliśmy bez problemu.

Atlanta, GA

Atlanta, GA, widok z poziomu autostrady, czyli -1

Z jazdą przez duże miasta niestety niestety mieliśmy mały problem. Rozładowanie dużego ruchu załatwiono po amerykańsku, czyli dorzucając kolejne pasy. Zwyczajowo są dwa, przy mniejszych miastach często trzy. Tyle nas nie przeraża. Trzymamy się z prawej strony i raczej nie bawimy się w wyprzedzanie, chyba że musimy. A jak nawet musimy, to nic, że jedziemy z przyczepą, bo ciągniemy ją samochodem z silnikiem V8 4,7 litra. Daje radę nim kogoś wyprzedzić. A zwykle prawym jedziemy my, środkowym wyprzedzają nas tiry, a lewym wszystkich wyprzedzają jeszcze szybsze tiry.

Cztery, pięć pasów – jeszcze dajemy radę. Czasem się trzeba przebić dwa-trzy pasy w tą czy w tamtą stronę, ale szybko nabywamy wprawy. Eddie ma ten plus, że w pakiecie dostał całkiem niezły osprzęt do haka. To sway control – czyli regulowana szyna blokująca wychylenia przyczepy na boki oraz weight distribution bar, czyli dodatkowe mocowania na hak przenoszące nacisk przyczepy z tylnego krańca na bardziej centralne rejony samochodu.

Dzięki nim zestaw jeep+eddie prowadzi się stabilnie, nawet przy w miarę szybkich manewrach. Poziom komfortu zostaje przekroczony przy szóstym pasie. Siedem to już nie jest przyjemne, bo wszyscy śmigają po kilka pasów z prawej do lewej i samemu też trzeba czasem nagle kilka przeskoczyć. Osiem – do tej pory rekord – to już była masakra. Na szczęście nie potrwała długo i wystarczyło się trzymać mniej więcej trzeciego-czwartego pasa od lewej, żeby ją przetrwać. A to dlatego, że na przykład autostrada rozdzielała się na dwie trasy po cztery pasy, a których od razy dwa skrajne prowadziły w jednym kierunku a dwa pozostałe w innym. I z trzeciego pasa trzeba było w 2-3 mile, czyli 2-3 minuty znaleźć się na siódmym.

Ashburn, GA. Dzień trzeci – 913 mil

W Georgii nocowaliśmy w Super 8 w Ashburn. Drugiej z najtańszych sieci. Tym razem zapłaciliśmy ciut ponad 40 USD z podatkiem za noc. Pokój czysty, śniadanie nie powalało, ale było całkiem w porządku (pewnie byłoby bardziej powalające, gdyby nie to, że zaspaliśmy i zgarnęliśmy same resztki). W kategorii motele to był zdecydowany zwycięzca (z Baymont O’Hare oczywiście nie wygrał, ale to nie ta sama półka).

Floryda!

Kolejny przystanek zaplanowaliśmy już na Florydzie. Z naszych planów, żeby Ashburn opuścić bladym świtem i dojechać jak najdalej na południe oczywiście nic nie wyszło. Na śniadanie dotarliśmy tuż przed godz. 9, spod motelu wyjechaliśmy trochę po godz. 10. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze dwa Welcome Center, jedno udawane dwie mile przed granicą Florydy, drugie prawdziwe już za granicą. Po lekturze ulotek wybraliśmy kemping w Eustis (120 USD za tydzień ze wszystkimi podłączeniami – wodą, zrzutem ścieków, prądem i tv). Plan jest taki, żeby dużo drożej już nie było.

1185

Floryda. Dzień czwarty – 1185 mil

Dzieciarnia w drodze spisała się bez zarzutu, Kalina jak to Kalina, na przemian spała i uśmiechała się, Maciek cały czas gadał albo śpiewał (podróż sponsoruje słówko „dlaczego” oraz piosenka o bałwanku). Stopniowo też wychodził z niego kaowiec. Maciek dyrygował: teraz śpiewają chłopaki a mama bije brawo, albo: tata nie śpiewa, mama śpiewa, a ja biję brawo, i tak całymi godzinami.

Sprzęt też (odpukać) sprawuje się bez zarzutu. Spalanie GC tak bardzo nie boli (11-12 litrów na setkę), jeśli się pamięta, że litr najlepszej benzyny 93, którą tankujemy kosztuje ok. 3 PLN, a czasem i trochę mniej. Kosztowo wychodzi więc mniej więcej tak, jak wycieczka lanosem do Włoch, którą uskuteczniliśmy dwa lata wcześniej.

Eddie też dobrze znosi podróż. Baliśmy się trochę przed wyjazdem mocniejszych podmuchów wiatru, ale tylko z raz czy dwa razy lekko nami zachwiało. Jak już wspominaliśmy, mamy dodatkowy sprzęt do haka za kilkaset dolarów (sway control), który szedł w zestawie z przyczepą. W środku wszystko trzymało się dobrze, poza jedną szafką, która otwierała się mimo zabezpieczeń, ale w końcu otworzyliśmy ją na stałe i przerobiliśmy na półkę. Raz niestety przytarliśmy też Eddiem asfalt. Przy większych dołkach przyczepa mocno idzie w dół, kiedy samochód podjeżdża pod górę. Wtedy tył potrafi zaszorować po drodze. Tak nam się zdarzyło przy wjeździe pod supermarket, ale nic strasznego się nie stało. Potem będziemy już widzieć po śladach na asfalcie, czy wjazd na stacje będzie bolał. Dostrzeżemy też, że Eddie jest dużo niżej posadowiony niż inne przyczepy, a w dodatku ma absurdalnie nisko dospawane zabezpieczenia na tylnym zderzaku. Właściwie każdy wjazd na stację musieliśmy pokonywać z minimalną prędkością, a najlepiej jeszcze pod ostrym kątem, tak by przyczepa nie miała skoku.

W niedzielę po południu, czyli czwartej doby naszej podróży z domem na plecach, zameldowaliśmy się w Eustis na Florydzie. Nasz wyzerowany w Plano licznik zatrzymał się na razie na 1186 milach. Eustis jest co prawda trochę bardziej na północ niż planowaliśmy, ale jest tu wystarczająco ciepło i przyjemnie. Pierwsze dni na kempingu, to już jednak temat na kolejnego posta.

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *