Nie chciało nam się wyjeżdżać z Kambodży. Zdawała się nam ideałem. Połączeniem Laosu i Tajlandii. Fantastycznymi zabytkami, odrobiną cywilizacji i w miarę opanowanym ruchem turystycznym. Jeśli takie wrażenia mieliśmy z tej najbardziej cepeliowskiej okolicy, to  dalej mogło być tylko lepiej. Jednak czas gonił i musieliśmy wracać do Tajlandii. Ale najpierw musieliśmy przekroczyć bramę piekieł, czyli Poipet.

Przez Poipet chcieliśmy dotrzeć do Koh Chang, by tam spędzić większość naszego ostatniego tygodnia w Azji. Skąd Koh Chang? Tu Was zaskoczymy. Jeśli nas czytacie od czasu do czasu, to wiecie, że planowanie to nie jest nasza mocna strona. Można by się więc spodziewać, że na tajskie wybrzeże trafiliśmy z przypadku. Tymczasem wcale tak nie było, wybór nastąpił po starannej lekturze mapy, dostępnych połączeń i blogów podróżniczych…

Dzieci europejskiej cywilizacji, czyli co to jest granica

Wyczerpani zwiedzaniem Angkor Wat i zauroczeni Siem Reap spędziliśmy tam jeszcze jeden dzień na powolnym snuciu się po mieście, zakupach, cieszeniu podniebienia rybnym amokiem, masażu i słodkim nicnierobieniu. Spodobało nam się w Kambodży i bardzo chcieliśmy sprawdzić, czy reszta kraju jest równie przyjemna, co jej najbardziej turystyczne rejony, niestety data powrotu do Polski zbliżała się nieuchronnie i nie chcąc spędzić 5 dni w psujących się busikach dla dwóch dni na plaży, postanowiliśmy opcję „kambodżańskie wybrzeże” zostawić na następny raz i wybrać tym razem plaże nieco bliższe i łatwiej dostępne. W dodatku na jednym bilecie!

Koh Chang

Zachód słońca, Koh Chang

Poipet – granica trzech światów

Podróż z Siem Reap do przejścia w Poipet nie nastręcza trudności. To ledwie 150 km. W większości agencji turystycznych za bilet można wytargować 5 USD. My pełni obaw poszliśmy na łatwiznę i za kilkanaście dolarów od osoby (Kalina teoretycznie na kolanach więc bez biletu, Maciek z pełnym biletem) wykupiliśmy bilet na Koh Chang. Dlaczego pełni obaw? Bo nasze wspomnienia z granicy laotańsko-kambodżańskiej były jeszcze żywe, i spodziewaliśmy się podobnych przygód. W końcu przekraczanie granic tak dziwnych jak ta między Tajlandią a Kambodżą na jednym bilecie to zawsze jazda trochę bez trzymanki. Może być cudownym przeżyciem, a może też skończyć się długą psychiczną i fizyczna rehabilitacją.

My mieliśmy ciekawie. Granicę w Poipet nie jest łatwo opisać. Nawet cofając się w czasie. Dla nas – warszawiaków – przejście przez tą granicę, było jak pokonanie wiosną 1939 skrzyżowania Bonifraterskiej ze Świętojerskiej pomnożone przez odpowiedni wskaźnik azjatyckości. Skąd to porównanie?

Życie uliczne, Siem Reap

Przedwojenna Warszawa była trudnym miastem. Ściśnięta do granic niemożliwości, bez przelotowych arterii. Ze wschodu na zachód dało radę się przedostać. Była to zasługa ukształtowania terenu. Skarpa warszawska opuszczała się w stronę rzeki, a kolejne stulecie zamieniały spływające potoki w ulice. Tamka, Książęca, Wąski Dunaj i wiele innych – to wszystko rzeki, nie tyle aut czy pieszych jak teraz, ale prawdziwej wody.

Inaczej było na linii północ-południe. Tu trzeba było naturze pomóc. I warszawiakom przez dziesiątki lat nie szło w tym zbyt dobrze. Ważne arterie w latach 30-tych zaczął przebijać prezydent Starzyński. Jednym z głównych jego projektów była ulica Bonifraterska z wiaduktem przez tory kolejowe przy Dw. Gdańskim oraz przebiciem kamienic przy pl. Krasińskich. A to wymagało wybicia bramy w ciągu kamienic oraz puszczenia dołem tramwajów. Rzecz w Warszawie dość widowiskowa. Tramwaje i ciżba ludzi (to było dość ważne skrzyżowanie) pod kamienicą. Ciekawe…

To była też granica światów. I to potrójna. Granica biednego Starego Miasta, żywego żydowskiego Nowego Miasta i Muranowa oraz inteligenckiego Żoliborza. Ale co my, urodzeni na przełomie lat 70-tych i 80-tych warszawiacy możemy o tym wiedzieć. Kupujemy bilety na drugi koniec świata, żeby mieć namiastkę tego, co mielibyśmy kilkaset metrów od domu (wynajmowaliśmy kiedyś mieszkanie kilkaset metrów od wspomnianego wyżej skrzyżowania).

Granica w Poipet to też wbrew pozorom granica trzech światów. Definicyjnie to tylko przejście graniczne między Kambodżą a Tajlandią. Ale tak naprawdę to zapora, jakiś dziwny firewall w podróżniczym matrixie. Po pierwsze przytłacza sam budynek. Wielka, ogromna ściana z betonu jest jak Wielki Mur ze snu szalonego architekta. Czuliście się kiedyś dziwnie patrząc na pasy ziemi niczyjej na przejściach granicznych? Na wieżyczki, druty kolczaste, płoty czy wykopane rowy? To nic w porównaniu z Poipet. Nawet mur w Betlejem nie zrobił na nas tak silnego wrażenia.

Żeby jeszcze pogłębić szaleństwo tego miejsca, to wielki budynek jest… kasynem. 7 pięter betonu między Tajlandią a Kambodżą jest smutnym podsumowaniem tego drugiego kraju. Jeśli Tajlandia walczy z opinią kraju alko-narko-seks-turystyki, to gdzie w tym światowym rankingu plasuje się Kambodża, która staje się dla bogatszego sąsiada jego własną Tajlandią?

Prom na Koh Chang

Poipet – piekielne przejście

Po turystycznej sielance w Angkor Wat i Siem Reap przejście graniczne Poi-Pet było męczącym przeżyciem. Wrażenia estetyczno-architektoniczne to jedno, ale sama kolejka i procesowanie turystów to drugie. Co ważne, to fakt, że po opuszczeniu naszego autobusu z Siem Reap dostaliśmy odpowiednie naklejki, które identyfikowały nasze miejsce docelowe, czyli Koh Chang. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, kto miałby je identyfikować, ale szliśmy za tłumem.

Trafiliśmy w sporą, kompletnie niezorganizowaną i przepychającą się w każdą stronę kolejkę. Tłum liczył może 50, może 100 osób. Niby w pewnym momencie barierki rozdzielały go na trzy różne kolejki, ale zanim do nich doszliśmy, to każdy już walczył o miejsce. A stare podróżnicze powiedzenie mówi, by nie wystawiać podróżników na zbyt ciężkie próby. Dwójka małych dzieci i dwa ciężkie plecaki zaczęły w nas wyzwalać w pewnym momencie dość niskie instynkty. W ruch poszły łokcie i niezbyt miłe uwagi w kilku językach. Po niecałej godzinie było na szczęście po wszystkim i w swe objęcia przyjęła nas tajska cywilizacja. Klimatyzowane sale, regulowane kolejki… Tajlandia!

To niesamowite jak w kilka chwil ludzie walczący o pierwszeństwo w dojściu do okienka, przepychający się na siłę, porzucający wszelkie odruchy miłosierdzia dla ich podróżniczych bliźnich potrafią się zmienić w kulturalnych, grzecznych i spokojnych petentów. Wystarczy wyznaczona trasa z barierek, urzędnicy siedzący za biurkiem a nie chowający się w zakratowanych schowkach i przestronny budynek a nie pobocze bramnego przejazdu. Podobno to nie byt i otoczenie określają świadomość, ale w sytuacjach takich jak ta, łatwo dać się przekonać,  że jest jednak inaczej.

Tajlandia!

Przeszliśmy! Nieco skołowani wyszliśmy na cichą, w porównaniu z kambodżańską stroną, ulicę. Tajska przejścia granicznego sprawia bardziej wrażenie logistycznego zaplecza niż miasta. Same magazyny i parkingi. No i zewsząd wyczuwalne transportowe odium granicy, naganiacze, naciągacze, wszystko lekko szemrane. Mówiąc wprost, nie mieliśmy większych nadziei, że nasz łączony transport aż do Koh Chang wypali. Szliśmy więc przed siebie, a kiedy zaczęli podbiegać do nas tajscy transportowcy byliśmy raczej niechętnie nastawieni do kontaktu. Tymczasem usłyszeliśmy tylko: Bangkok? Bangkok? Pokazaliśmy więc naklejki na paszportach, które miały oznaczać Koh Chang i od razu wpadliśmy w sprawną transportową maszynę. Usadzono nas na trawniku, odprawiono najpierw większość, która odjechała do Bangkoku, ale niedługo potem znalazł się i nasz busik do Koh Chang! Ciągle jesteśmy pod wrażeniem, że ten system naprawdę działa i międzynarodowe bilety z Siem Reap na Koh Chang i do Bangkoku to żadna ściema!

W drodze na Koh Chang

Na wyspę dopłynęliśmy już po zmroku. Na szczęście bilet kupiony w Siem Reap pokrywa również ceny promu. Być może organizując wszystko samemu da się  zbić koszty o kilka dolarów, ale wcale nie jesteśmy co do tego przekonani. Szczególnie, że kupując bilet bez promu trafia się nie na samą przystań w Laem Ngop, ale do odległego o kilkanaście kilometrów Trat. I ci spryciarze, którzy sami planowali zapłacić za prom muszą jeszcze organizować sobie dodatkowo transport.

My się już i tak za dużo nakombinowaliśmy w czasie tej podróży. Uznaliśmy, że przekraczanie granicy, kilka przesiadek, ważące swoje plecaki i rozbiegane dzieciaki skutecznie osłabią nasze zdolności kombinatorskie i negocjacyjne. Zdaliśmy się więc na tajsko-kambodżański system transportowy i jak widać przyzwoicie na tym wyszliśmy.

Za to na Koh Chang wróciły nam siły. Ostentacyjnie zignorowaliśmy taksówki i mimo zapewnień, że wieczorem po wyspie pojedziemy tylko taksówką, z pewną miną (oraz duszą na ramieniu – a nuż taksiarze wcale nie blefowali) przeszliśmy do głównej drogi wzdłuż wybrzeża. Tam zamarliśmy w oczekiwaniu na transport w bardziej zurbanizowane okolice. Szczęśliwie jednak blefowali. Mimo późnej godziny, udało nam się załapać na songthaew, którym dojechaliśmy do plaży Kai Bae.

Dlaczego tam? O Kai Bae wyczytaliśmy na blogu Łukasza Kędzierskiego. Nie udało nam się niestety znaleźć tej samej miejscówki (chyba akurat byli w remoncie) więc zmęczeni całodzienną podróżą wytargowaliśmy podobną cenę za kilka nocy (500 bahtów) za dwójkę z dużym łóżkiem w innym miejscu.

Okazało się jednak, że nasze wrażenia z Koh Chang są zupełnie inne niż Łukasza. Dla nas ta rajska wyspa okazała się dość męczącym epizodem podróży, o czym opowiemy w następnym poście. Postawiła nas też w dość kłopotliwym położeniu. Bo jeśli nie potrafimy z dzieciakami wypocząć na tajskiej plaży, to czym właściwie jest dla nas azjatycki relaks?

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *