miles

Lotnisko O’Hare. W kolejce dla Amerykanów wszystkie możliwe kolory skóry. Ich kolejka zaczyna się długo przed kolejką dla Alienów. Może jednak za chętnie rozdawali obywatelstwa. Połowa kolejki w krótkich spodenkach, mimo że na zewnątrz mróz – chyba przyleciał jakiś samolot z Karaibów. No i my – to nasz pierwszy dzień półrocznej podróży po USA.
W ciągu kilku dni w Chicago i tak zobaczymy kilku zawodników, którzy w temperaturze minus kilku stopni wyskoczyli do sklepu w szortach, więc ta słabość do krótkich spodenek to chyba nie tylko kwestia Karaibów. Pytanie czy tylko w Illinois mają taki brak szacunku dla pogody, czy w całych Stanach. No ale arogancja Amerykanów to temat tak długi i szeroki jak rzeka Ohio. Przynajmniej w rozmowach Europejczyków, którzy nic o Stanach nie wiedzą…

Immigration

Młody chłopak pyta nas, na ile przyjechaliśmy. Na pół roku. Jak to? Mówimy, że jesteśmy na urlopie rodzicielskim i chcemy pojeździć przyczepą po jego pięknym kraju. To całkiem drogie cacka – zauważa. Nie mamy dużych oczekiwań – odpowiadamy. Życzy nam powodzenia i wbija wymarzony stempelek (sześć miesięcy minus jeden dzień) do paszportów.

Rentujemy samochód (Budget)

Nauczeni doświadczeniem z kilku różnych krajów, mniej i bardziej cywilizowanych, spodziewamy się, że potrwa to z pół godziny. Wychodzimy z kluczykami po niecałych 10 minutach. Jedyny minus to fakt, że do wypożyczalni trzeba podjechać busem, a przerzucenie ponad 100 kilogramów bagażu, wózka, fotelika i dwójki dzieci nie jest takie proste. Na szczęście na lotnisku czeka na nas rodzinne wsparcie. W cztery osoby dajemy radę.

Dostajemy niezbyt dużą KIA Soul, więc przez chwilę stresujemy się, czy czegoś nie trzeba będzie porzucić (szczególnie, że rodzina już pojechała). Na szczęście łyknęła cały bagaż lekko postękując. Za pierwsze dwa dni wypożyczenia płaci Miles&More. Trochę nam się nazbierało mil, dzięki pracy na kontrakcie i stałym rotacjom. Niestety potem okaże się, że mile uśpiły naszą czujność i drogo za to zapłacimy…

Hotel (Baymont O’Hare)

W recepcji Baymont O’Hare podajemy nazwisko. O, z Polski – ucieszył się już po naszemu kierownik zmiany o swojsko brzmiącym nazwisku. Paul rodem z Tarnowa zaatakował nas optymizmem z prędkością karabinu maszynowego. Wymieniliśmy uprzejmości (Jestem fanem Legii, dobrze sobie radzą, chodziłem na nich, ale tylko w Krakowie – mówił Paul), a potem dał nam klucz do pokoju, wskazał drogę: Wasz pokój jest na trzeciej podłodze, zaraz koło windy. Nadal płaci Miles&More.

Motel dokładnie taki sam jak tysiące w tym kraju. Raczej z niższej półki jak na okolice lotniska, ale czysty i z całkiem przyzwoitymi śniadaniami. Oraz z tym typowym motelowo-amerykańskim zapachem, któremu motele w Europie nie są w stanie dorównać.

Jetleg

Na Dominikanie po 24 godzinach na nogach dojechaliśmy na miejsce i padliśmy na twarz. Była godz. 2 w nocy miejscowego czasu. Maciek obudził się dwie godziny później oznajmiając radośnie, że się wyspał. Udaliśmy, że go nie słyszymy i poszliśmy dalej spać, i – o dziwo – na tym skończyła się kwestia zmiany strefy czasowej. Kalina, wtedy trzymiesięczna, w ogóle jej nie zauważyła.

Tym razem tak łatwo nie było. Pierwszego dnia w Chicago Maciek obudził się o godz. 3. Drugiego i trzeciego o godz. 4. I za nic w świecie nie dał się zignorować. Zasypiał z kolei o 17, tak, i nijak nie dawało się go dobudzić. Dopiero gdy umówiliśmy się na odbiór przyczepy bladym świtem, Maćka trzeba było budzić. Kalina zmianę czasu zauważyła, ale na szczęście ją łatwiej zignorować. Drugie dziecko…

Chicago

Chicago – osiem stóp na zakupach

Szopping

Niewidoma babcia na wózku elektrycznym w centrum handlowym (nota bene prawie rodzinnym, bo brat/szwagier w poprzedniej epoce pracował tam dekadę wcześniej). Przy zakupie alkoholu obowiązek pokazania ID dla osób wyglądających na mniej niż 40 lat. Zaczęło nam się wydawać, że to wymóg federalny, ale potem 7Eleven chciał już ID tylko od under 30 (huhu, i tak poprosili).

Dział z akcesoriami do przyczep (włącznie ze specjalnym papierem toaletowym) w każdym Walmarcie. Pierwsze zakupy to, poza papierem, proszek do jego rozkładu, wąż do wody z filtrem, młotek i WD40 (podstawa) oraz dwa zamki do haka. Asortyment i rozmiar Walmarta trochę przytłacza. Wybór wszystkiego pomaga zrozumieć co Urlich Beck miał na myśli pisząc o społeczeństwie ryzyka.

Potem i tak okaże się, że Walmart to tylko jedna część zakupowej układanki. Jeśli się nie ma parcia na nowe rzeczy to lepiej odwiedzić craiglist albo wyprzedaże garażowe. Kupi się to samo za ułamek wartości, a jeszcze sprzedający doradzą, co naprawdę może się przydać (wąż do wody był za krótki, drugiego filtra już nie kupiliśmy, młotka użyliśmy raz, bardziej dla zasady niż z potrzeby, WD40 chyba gdzieś zgubiliśmy po drodze).

Podatki

Doliczane przy płaceniu. Cena na etykietce sobie, należność sobie. Najbardziej bolało przy wypożyczeniu samochodu, okazało się, że poza 20-procentowym podatkiem stanowym doliczyli jeszcze drugie 20 procent lotniskowego. Podatki atakują nas też wszędzie po przyjeździe. Przyjechaliśmy w styczniu, więc można się już rozliczać za zeszły rok. Radio, telewizja, przebrani goście na skrzyżowaniach – wszyscy mają receptę jak zapłacić ich najmniej. Roczne rozliczenie w USA to zresztą fantastyczny temat, ale tu odsyłamy do popkultury (np. jednego z odcinków 2 Broke Girls).

Polakowo i nie tylko

Wietrznie i zimno ale słonecznie. Nad głowami setki samolotów. Całe ulice z napisami wyłącznie po polsku. Całe ulice z napisami wyłącznie po hiszpańsku. W hotelu na recepcji Ewelina (poza nią i Paulem dyżury ma jeszcze tylko jedna osoba – tym razem już nie-Polak), w DMV na informacji Bożena. Na wejściu do restauracji Ania’s Polish Deli wisi kartka „Se busca ayuda para la cocina”.

Grand Cherokee

Samochód kupiliśmy od Stanleya. Od Staśka dokładniej mówiąc. Stanley po pierwszym zdaniu przez telefon załapał, kogo ma po drugiej stronie słuchawki i od razu przeszedł na polski. Umówiliśmy się na następny dzień, żeby obejrzeć jego Jeepa Grand Cherokee na Sałcie w Chicago.

Co do Stanley’a, to ulegliśmy polsko-amerykańskiemu stereotypowi. Uznaliśmy, że skoro Stanley chce interes ubić w szopie na Sałcie, to pewnie robi tam na dwie albo trzy zmiany i za bardzo nie ma gdzie indziej się umówić. A wręcz przeciwnie. Stanley okazał się być właścicielem całkiem sporego warsztatu, zatrudniającego kilkadziesiąt osób, a GC sprzedawał, bo po kupnie nowego Lexusa nie był mu już potrzebny. Kryzys w tej Ameryce…

Na jego propozycję 5500 USD powiedzieliśmy 4500 USD, zgodził się bez mrugnięcia okiem. Przy płaceniu wcisnął nam do ręki jeszcze setkę – „na szczęście”. Samochód Stanleya był chyba 10. oglądanym przez nas w ciągu trzech dni. Na szczęście mieliśmy eksperta do pomocy. Michał zna je bardzo dobrze, zajeździł co najmniej kilka, kilka też ściągnął do Polski na handel. GC Stanleya nie wzbudził ekscytacji bo na liczniku miał już 160 000 mil. Konkurencja miała mniej, ale żądali tyle, że trudno było zachować powagę. Nie skakaliśmy z radości, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że przy budżecie, który sobie założyliśmy, trafiliśmy całkiem nieźle.

Na miejscu podpisaliśmy papiery (tzn. informację o sprzedaży w tytule własności), Stanley zostawił nam puste miejsce na określenie ceny samochodu – od niej będziemy musieli zapłacić podatek przy rejestracji. Nie mogliśmy od razu odjechać samochodem, bo tablice nie zmieniają właściciela. Stanley odkręcił więc swoje i dał nam kluczyki, a my po samochód wróciliśmy następnego dnia, po odebraniu naszych tablic w DMV.

Ruszamy w drogę!

Ruszamy w drogę!

Franek i Eddie

Przyczepę kupiliśmy od Amerykanina o nazwisku Franek z małej mieściny 40 mil od Chicago. Też opuścił parę stówek. Z 4000 zszedł do 3600. W końcu sprzedawał prawie rodakom – jego rodzina pochodzi z czeskiej Karwiny. Powiedzieliśmy mu, że bardzo tam ładnie. Przez ponad godzinę cierpliwie pokazywał co i jak, podkreślając, że mamy dzwonić, jakbyśmy sobie z czymkolwiek nie radzili.

Z niczym sobie nie radziliśmy, ale wykorzystaliśmy obsługę pierwszego kempingu. Zresztą nasza przyczepa jest prosta. To była druga przyczepa, którą oglądaliśmy. W sumie na zakup przyczepy poświęciliśmy z dojazdem do obu miejsc jakieś cztery godziny.

How are you?

Na każdym kroku ludzie są mili. W hotelu, w sklepie, w restauracji, podchodzą, zagadują, dopytują o dzieciaki, życzą wszystkiego dobrego. Ot tak, po prostu. Da się i robi różnicę. Niektórzy nawet mówią, że jesteśmy perfect, jak jeden pan w Wendy’s, który zauważył, że synek, córeczka, tata i mama, a nie dwie mamusie, jak to teraz bywa. Zrobią nam odlew w Sevres. Heteronormatywny.

Rental extension

Z przedłużeniem pobytu w hotelu nie było większych problemów. Niestety skończyły nam się mile, więc trzeba było sięgnąć do portfela. Ewelina dała nam „specjalną stawkę”, która niestety przekroczyła 50 USD (co i tak nie jest złą stawką na okolice lotniska O’Hare), gorzej z samochodem, który przez telefon kosztował 46 USD, ale z podatkami i wciśniętym ubezpieczeniem wyniósł ponad 80 USD za dzień…

Grand Cherokee i Eddie – nasz dom na kolejne pół roku

DMV

Kupno samochodu i przyczepy zajęło nam cztery dni. Najbardziej stresująca była rejestracja, ale ta, znowu z rodzinną pomocą zajęła niecałą godzinę. Pomoc brata ciotecznego przydała się nie tylko nam, ale też pani w DMV. Była chyba nowa (choć miała na karku tak z 50 wiosen), a reszta pracowników była zbyt zajęta swoimi sprawami, żeby ją prowadzić za rękę. Poprowadziliśmy ją my, choć z ręką na sercu musimy przyznać, że bardziej tam, gdzie było nam wygodnie niż w 100 proc. zgodnie ze stanem faktycznym.

Z urzędu wyszliśmy biedniejsi o 325 USD za to bogatsi o dwa komplety tablic. Wystarczył paszport, koperta z adresem i tytuł (akt własności) do samochodu i przyczepy. Gdyby jeszcze Stanley miał samochód zarejestrowany na siebie a nie na firmę, to w ogóle wyszłyby grosze. Wbrew temu co usłyszeliśmy przez telefon jeszcze w Polsce, ubezpieczenie wcale nie było potrzebne. Na samochód kupiliśmy potem całkiem przyzwoitą polisę OC/AC. Przyczepa wyruszyła w drogę bez ubezpieczenia, bo nie dało się znaleźć nikogo kto by chciał to wziąć na siebie. Potem okazało się, że nikt nam jej nie ubezpieczy w innym stanie (jak ma pan przyczepę z Illinois, to niech tam pan ją ubezpiecza – usłyszeliśmy na Florydzie). Stres nam zszedł, kiedy okazało się, że całkiem sporo stanów ma przepisy, które określają, że ubezpieczenie samochodu pokrywa wszystko co ten samochód ciągnie.

Bye bye Chicago

Przylecieliśmy w sobotę późnym wieczorem, w czwartek byliśmy gotowi do drogi. Planowaliśmy wyruszyć z samego rana i u Franka, zameldowaliśmy się przed godz. 10. Odebraliśmy szybką lekcję, co gdzie i jak, przykręciliśmy swoje tablice rejestracyjne i po godzinie od przyjazdu byliśmy gotowi do drogi! A po kolejnej godzinie czuliśmy się, jakbyśmy z przyczepą jeździli od lat. Oczywiście dopóki autostrada nie rozszerzyła się do siedmiu pasów, ale o tym będzie później…

(Visited 235 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *