DSC

Po St. Petersburgu i Tampie naszym następnym przystankiem w drodze ku północnej Florydzie był park stanowy St. Joseph Peninsula. Jego wybór był dosyć przypadkowy – kończyliśmy zimowanie w Słonecznym Stanie, a parę osób wspomniało wcześniej o pięknych plażach północnej Florydy. Nie mając pomysłu, gdzie się zatrzymać rzuciliśmy okiem na google maps.

Północna Floryda, czyli redneck riviera

St. Joseph Penisula State Park z ekranu komputera wyglądał bardzo malowniczo. Jeśli spojrzycie sobie na Zatokę Świętego Józefa na google maps, zobaczycie, że wygląda ona zupełnie nienaturalnie, jakby kawałek wybrzeża Zatoki Meksykańskiej po prostu zapadł się po siebie, pozostawiając na obrzeżu trochę piasku, jeszcze mniej niż na Helu, tak tylko, by zmieścić tam park stanowy z malutkim kempingiem. Tam właśnie zapragnęliśmy spędzić popołudnie. Kemping był trochę powyżej założonego przez nas limitu na noclegi (24 USD przy naszym mało ambitnym pułapie 20 USD za dobę), ale co tam. Jeszcze przed wyjazdem z Hudson nasi gospodarze Lois i John (jeszcze o nich napiszemy) upewnili nas, że to dobry pomysł. Byli jakiś czas temu i faktycznie nie tylko z satelity jest pięknie.

Północna Floryda od samego początku nas urzekła, a droga na półwysep okazała się być bardzo malownicza. Może głupio się do tego przyznawać, wszak ta część Ameryki, czyli Emerald Coast – jak głosi oficjalna nazwa – mniej oficjalnie jest znana jako redneck riviera. Ale co tam, w końcu skoro Polska to Radom Europy, to zobaczmy jak wygląda Radom na Florydzie.

Suprise, suprise, „florydzkie redneckowo” wygląda bardzo polsko. Północna Floryda to takie dużo ładniejsze nasze wybrzeże, sporo sosen, białe szerokie plaże. Dlaczego ładniejsze? Bo jednocześnie bardzo stonowane, eleganckie, bez kiczu wylewającego się z każdej, choćby najmniejszej osady. Choć estetyka mijanych miejscowości oddalała trochę polskie podobieństwa, to z pomocą metaforze przyszła pogoda. By było jeszcze bardziej znajomo,  zrobiło się prawdziwie bałtycko z kilkunastoma stopniami i mocnymi podmuchami wiatru.

St. Joseph Penisula

St. Joseph Penisula. Maciek na piaskach północnej Florydy

Porównania porównaniami, ale oczywiście architektura północnej Florydy mocno różni się od bałtyckiego wybrzeża. Po drodze na Półwysep Świętego Józefa co chwila pojawiają się drewniane domki na szczudłach. Zauroczyły nas do tego stopnia, że zapomnieliśmy zupełnie o zrobieniu im zdjęcia. Do tego okolica jest nieskażona sieciówkami, przez całą drogę nie widzimy ani jednego McDonalda ani Wendy’s, mijamy za to senne miasteczka, robiące wrażenie tymczasowych – trwają od huraganu do huraganu. Drewniane szkielety domów raczej nie mają szans na przetrwanie ekstremalnych warunków. Sama platforma (pale i podłoga pierwszego piętra) jest jeszcze betonowa, ale wszystko co wyżej już drewniane. Przyjdzie wiatr, zmiecie, postawi się na platformie równie ładny nowy dom.

Północna Floryda. Domek z widokiem na Zatokę Meksykańską

Północna Floryda. Domek z widokiem na Zatokę Meksykańską

Park Stanowy St. Joseph Penisula

Kemping położony na półwyspie Świętego Józefa jest niewielki – na kilkadziesiąt rv, stanowiska są piaszczyste, dość gęste i wąskie, jednocześnie jednak w większości ocienione i zapewniające odrobinę prywatności. Ewentualne niedogodności wynagradza pierwszy spacer: w trzy minuty dochodzimy na piękną plażę z piaskiem tak białym, że nawet w pochmurny dzień trzeba pamiętać o okularach przeciwsłonecznych.

Spędzamy kilka godzin z Maćkiem puszczając latawiec, budując zamek z piasku i zbierając muszelki. Pewna napotkana pani opowiada nam o różnych rodzajach muszelek, daje kilka rad co do wyboru dalszej trasy i pożycza lornetkę, żeby spojrzeć z bliska na przepływające nieopodal stadko delfinów. Wracamy do przyczepy. Wokół krążą najróżniejsze ptaki, w tym kardynały – czerwone ptaszki z Angry Birds.

ab

Wieczór spędzamy przy piwie wysłuchując opowieści z młodości naszego sąsiada, Kanadyjczyka. Poznawanie ludzi na kempingach jest dość łatwe, kiedy się jest słabo zorganizowanym i a to potrzeba pomocy z odkręceniem gazu, a to wąż do wody (jak w tym wypadku) jest za krótki. Nasza znajomość rozkręciła się, kiedy przyznaliśmy, że jesteśmy z Polski, bo nasz nowy znajomy polubił Polaków służąc z nimi w wojskach ONZ na Wzgórzach Golan w 1979 roku. Po takim wtrąceniu nie mogliśmy sobie darować i zaproponowaliśmy wieczorne piwo. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności sąsiedzi ze stanowiska obok wyjeżdżając zostawili przy trochę drewna, więc było z czego rozpalić ognisko.

Sąsiad wpadł wieczorem z żoną na szybki browarek, ale tak dobrze nam się rozmawiało, że pożegnali się dopiero o godz. 23 z wybiciem ciszy nocnej. Ognisko miło grzało, a zrobiło się naprawdę zimno. Tylko drewno okazało się być chyba z palmy i mocno dymiło. Wywieszone ręczniki jeszcze z tydzień będą naprawdę mocno uwędzone.

Sąsiad miał trochę ciekawych opowieści, bo w młodości na kanadyjskim statku zaliczył wyprawę do Argentyny, był w Wenezueli w czasie jednego z puczów wojskowych, siedział długo w bazie w Niemczech, zjeździł kawał Bliskiego Wschodu jako żołnierz ONZ, buszując np. po bazarach Damaszku i Kairu. Na Wzgórzach Golan służył z Polakami, Irańczykami, którzy wtedy byli armią kurdyjskich szeregowych i perskich oficerów, a potem wymiotła ich wszystkich rewolucja. Na miejsce Irańczyków przyjechali Finowie, którzy zapadli mu w pamięć tym, że jak zaczynali pić, to zdarzało się im kończyć w kostnicy.

Polacy za to kojarzyli mu się z otwarcie wyrażaną niechęcią do ZSRR i Armii Czerwonej. A do tego z kierowcami w Egipcie, bo nasza nacja zdominowała transporty kołowe ONZ w tamtym czasie. Opowiadał też jak waliły się pilnie strzeżone tajemnice wojskowe, kiedy kanadyjski samolot z rannym Polakiem na pokładzie musiał lądować w super tajnej brytyjskiej bazie wojskowej, o której oczywiście wszyscy wiedzieli. Brytyjczycy nie chcieli się na to zgodzić, ale po małym kanadyjskim strajku samolot wpuszczono. Polak został podleczony, jednak zaraz po lądowaniu w Kairze zabrano go do Polski. Ciekawe czy na leczenie, czy na przesłuchanie, jak mu się udało wejść do bazy, o której wszyscy wiedzą, ale w której nikt jeszcze nie był…

W sumie fajnie było być kanadyjskim żołnierzem. Teraz wiedzie z żoną typowe życie kanadyjskiego emeryta, mieszkając mniej więcej osiem miesięcy w Kanadzie, a cztery podróżując po południowych stanach.

Wytłumaczył nam też trochę jak to jest z nurtującym nas temat niezbierania drewna w lasach. Tutaj nawet poza parkami narodowymi i stanowymi w wielu miejscach (przyznajemy, że tematu jeszcze nie zgłębiliśmy) nie wolno zbierać drewna. Leży sobie, gnije, ludzie kupują drewno na ognisko w sklepach, a co jakiś czas strażacy urządzają sobie „control fire” wypalając okolicę. Taki „control fire” mieliśmy w czasie pobytu na kempingu. Zauważyliśmy w pewnym momencie wielki słup dymu w oddali, ale przechodzący ludzie, widząc nasze lekkie poruszenie, zapewnili nas, ze to planowany pożar ogłaszany zresztą od kilku dni.

Nasz znajomy wyjaśnił, że po pierwsze ma to zapobiegać roznoszeniu się szkodników (przy zbieraniu drewna na ognisko?), po drugie, że niektóre gatunki palm zrzucają nasiona tylko po pożarach (sprytnie). Palmy to w ogóle sprytne bestie. Kiedy byliśmy w Gwatemali, widzieliśmy palmy rosnące w środku żyjących drzew. Wyglądało jakby rozwijały się w miarę pustych pniach, a potem, kiedy już były wystarczająco rozwinięte, rozsadzały gospodarza.

Control fire

Control fire widziany z parku stanowego St. Joseph Penisula

Znajomy Kanadyjczyk dobił nas dodatkowo anegdotką, że w Kanadzie w niektórych hrabstwach nawet drzewa we własnym ogródku nie wolno ściąć. Trzeba wezwać odpowiednie służby a te zetną drzewo i zutylizują drewno. Wszystko w trosce o środowisko. Fascynujące, że robią to  narody, które nie mają żadnych oporów w masakrycznym niszczeniu krajobrazów przemysłem (przejazd przez rzekę Ohio urzekał takimi obrazkami) i kontrolowaniu liczebności fok przy pomocy drewnianych pałek…

Rano z żalem wyjeżdżamy z St. Joseph. Chętnie posiedzielibyśmy tu jeszcze kilka dnia (nawet mimo zimna), ale w końcu Stany to nie tylko Floryda. Czas wreszcie wyruszyć na zachód.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • Fajne są takie posiadówy z przygodnie poznanymi ludźmi. A z piwkiem przy ognisku to już w ogóle 🙂

    A co do drewna, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo o co chodzi 😉 W końcu lepiej, żeby każdy zostawił kasę za wiązkę drzewa niż sam zbierał w lesie. Na szczęście nie jest jakieś kosmicznie drogie 🙂

  • Przyjaciel Kanadyjczyk bardzo zachęcał do pracy w Kanadzie, opowiadał o parkach i różnych "resortach". O wojsko nie podpytaliśmy. Kanada i ONZ i tak chyba trochę przystopowały z misjami. Poza tym kto wie, co Amerykanom teraz przyjdzie do głowy po wycofaniu z Afganistanu i Iraku. Pretekst do ataku jest – kanadyjska inwazja na Florydę jest faktem od wielu zim…

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *