DSC
Drawieński Park Narodowy

Pomorze wbrew nazwie ciągnie się daleko, nawet prawie 150 kilometrów w głąb lądu. I jak tu się dziwić, że wedle wiedzy potocznej, Szczecin leży nad morzem…? Tymczasem Pomorze Zachodnie ma też sporo do zaoferowania daleko od piaszczystych plaż. Tak dużo, że te niecałe dwa dni, które mieliśmy na zwiedzanie, wydają się mgnieniem oka.

W Szczecinie byliśmy ponad trzy lata temu jeszcze w sześć stóp (dwie ostatnie w tym czasie już całkiem intensywnie rozpychały się w brzuchu Oli), i wtedy zrobiliśmy sobie długi spacer po Wałach Chrobrego. Poprzednio, chyba z osiem lat temu, nocowaliśmy w Szczecinie i udało nam się zaledwie rzucić okiem na starówkę. Ale wtedy największą atrakcją dla nas było uruchomienie wielkiego dzieła polskiej motoryzacji, czyli Poloneza Caro i powrót nim do Warszawy. Teraz chcieliśmy nadrobić nieco naszych szczecińskich zaległości, ale wiecie jak to z naszymi planami bywa.

Kamperem w Szczecinie

Dotarliśmy do Szczecina Dąbie późnym popołudniem, znaleźliśmy kemping PTTK Marina (o którym już Wam pisaliśmy) i nawet już sobie wybraliśmy miejsce, kiedy dotarło do nas, że noc jeszcze młoda, miejsce na ognisko niczego sobie, a my nawet nie mamy kiełbasek i pieczywa. Uruchomiliśmy więc kampera i ruszyliśmy na zakupy. Było już po godz. 20 więc parking przed dyskontem, którego nazwy nie wymienimy, ale jest tak zasłużony dla Polski, że jego zarząd dostaje ostatnio ordery, był pusty, więc spokojnie zaparkowaliśmy kampera. Sama wizyta w sklepie była trochę traumatyczna. Duży dyskont obsługiwały dwie (!) dziewczyny i ochroniarz, co w pewnym momencie skończyło się tak, że dwoje z nich użerało się z pijanymi lokalsami wyraźnie próbującymi coś zakosić, a cały sklep został na głowie jednej dziewczyny. Dąbie wyglądało niezbyt zachęcająco, trochę jak nasza warszawska Praga, choć, jak słyszeliśmy, to wcale nie jest najgorsza ze szczecińskich dzielnic.

Wróciliśmy więc do mariny, gdzie czekały na nas przystrzyżone trawniki i niemieccy emeryci. Okazało się, że nawet w tak idyllicznym otoczeniu można komuś nastąpić na odcisk i jak tylko zatrzymaliśmy kampera naskoczył na nas sąsiad z Zachodu, że stanęliśmy zdecydowanie za blisko i żebyśmy pojechali sobie gdzie indziej. Rozejrzeliśmy się po kempingu i wszędzie kampery stały równie blisko siebie, ale odpowiedzieliśmy grzecznie, że my tylko na jedną noc, jest późno i jutro rano nas nie będzie. Niemiecki sąsiad nie był szczęśliwy i pewnie marudził na nas jeszcze następnego dnia rano, ale tego się nie dowiedzieliśmy, bo kiedy my wyjeżdżaliśmy z kempingu, to już go dawno nie było…

Co do Mariny PTTK, to jedno trzeba jej przyznać: miejsce na ognisko jest zacne. Szkoda, że nie widać z niego wody i łódek w pełnej krasie, ale i tak to było naprawdę udane ognisko. Cisza, spokój, przygotowane drewno, dobre piwo i grzeczne dzieci (tak, tak – prawdziwy cud!). Posiedzieliśmy przy ogniu całkiem długo, mimo że następnego dnia program mieliśmy napięty. Chcieliśmy się jednak nacieszyć chwilą, poza tym daliśmy szansę naszym wyczulonym na bliskość sąsiadom, by mogli spokojnie pójść spać.

Następnego dnia przed południem umówiliśmy się na kawę ze znajomym znajomego – Rafałem, historykiem specjalizującym się w regionie. Na dziedzińcu Zamku Książąt Pomorskich kawę mieli niezłą, ale wiało nieprzyzwoicie. Na szczęście nasz rozmówca okazał się bardzo ciekawym człowiekiem, więc szybko zapomnieliśmy o chłodzie i z przyjemnością wysłuchaliśmy o różnych mniej i bardziej znanych pomorskich atrakcjach podlanych trochę historycznym sosem z racji wiedzy naszego rozmówcy. Rafał wspomniał między innymi wieś Kłodkowo (257 mieszkańców), która znalazła się w kronikach św. Ottona. Według kronikarzy na przepływającej tam rzece Redze była przystań, z której jej mieszkańcy wyprawiali się na morze. Otton w Kłodonie zanotował duży sukces misyjny bo, jak zanotowały przyjazne mu media:

Tam niezliczone mnóstwo ludzi nawrócone pierwszym jego kazaniem poddało się wierze chrześcijańskiej i biskup zbudował tam kościół ku czci Świętego Krzyża.

Rafał bardziej nawet niż za historię i architekturę (w Kłodkowie możecie odwiedzić XV-wieczny kościół z barokowym wyposażeniem) polecał bajkowe krajobrazy z uregulowanymi rzekami. Dużo mówił o Dolinie Regi oraz Dolinie Parsęty. Ta ostatnia jest objęta ochroną w ramach programu Natura 2000. Ale region to nie tylko bogata fauna i flora ale też zamki (w Koszalinie, Szczecinku, Świdwinie, Połczynie Zdroju), i wspomnienia po zamkach (w Karlinie, gdzie na miejscu zamku stoi niszczejący browar z XIX wieku, Starym Dębnie, gdzie na wzgórzu został ślad murów i Lipie, gdzie nie ma już nawet ruin) grodziska słowiańskie, kamienno-ceglane mosty łukowe, stare młyny, czy dawne systemy hydrotechniczne. Obiema rzekami da się spłynąć kajakiem („spływalne” odcinki mają po trochę ponad 100 km), ale szlaki miejscami opisane są jako trudne, więc z dziećmi może nie być to najlepszy pomysł.

Ale wróćmy na południe Pomorza. Nas najbardziej zaintrygowała Nowa Marchia, czyli tereny południowego Pomorza między Odrą a Drawą, gdzie w XIII i XIV wieku dokonała się ekspansja z Marchii Brandenburskiej. Długo by wymieniać miasta, gdzie zachowały się średniowieczne zabytki, choć wypada wspomnieć na przykład Chojnę. Podpytywaliśmy też o historyczne atrakcje poza miastami. Ze wsiami jest jednak problem. Dużo wsi na południowym Pomorzu zachowało stare, przejrzyste układy przestrzenne, niemało w nich budynków zbudowanych z użyciem starych, średniowiecznych cegieł, ale w większości powstały one w XIX wieku w wyniku kolejnych modernizacji, zmian i budowania nowego.

Jak jednak zapewniał nas Rafał, prawie każda wieś skrywa jakąś perełkę. Często są one dobrze ukryte i by je odnaleźć potrzeba sporo czasu, wysiłku, a najlepiej jeszcze przewodnika/opowiadacza. I wtedy można się dowiedzieć np. o takiej Rurce. Wieś z 210 mieszkańcami, a w niej kaplica Templariuszy z połowy XII wieku. Mocno zdewastowana, przez wieki używana choćby jako gorzelnia, obecnie w rękach prywatnych. Ale na zdjęciach wygląda jakby nadal otaczały ją średniowieczne pola. Warto więc przy objazdowej wycieczce zrobić sobie przy niej krótki przystanek.

Zakony i to nie tylko te walczące odegrały dużą rolę w rozwoju regionu. Tylko, że z klasztorów nie zostało wiele – jak wyjaśnił nam Rafał rozprawiła się z nimi reformacja i chłopi wykorzystujący cegły z opuszczonych budynków. Mimo to jest jeszcze wiele miejsc, które warto zobaczyć, choćby pocysterski klasztor w Bierzwniku. Nie byliśmy, ale z opowieści wygląda zachęcająco, a w dodatku jest na Szlaku Cysterskim, więc może być przystankiem na naprawdę ciekawej wędrówce.

Tak sobie rozmawialiśmy z Rafałem zdając sobie coraz mocniej sprawę, że tak naprawdę nic z tego, o czym nam opowiada, nie zobaczymy. Tego samego dnia mieliśmy już plany w Szczecinie, a wieczorem musieliśmy być w Zatomiu, w Drawieńskim Parku Narodowym. W trakcie rozmowy Rafał wspomniał jeszcze o pomniku Jana Czekanowskiego, stojącym, a raczej siedzącym w Parku Generała Andersa. Postanowiliśmy więc zrobić sobie spacer, żeby zobaczyć tego antropologa uwiecznionego na kufrze podróżnym, a przy okazji rozejrzeć się po mieście. Nakarmiliśmy parkomat, zahaczyliśmy o informację turystyczną, oferującą imponującą – jak na polskie warunki – ilość ulotek, mapek i broszurek (od czasów Stanów kochamy informacje turystyczne) i ruszyliśmy w stronę pomnika. W informacji poradziliśmy się jeszcze, jak dojść do pomnika zahaczając o kilka zabytków wartych uwagi.

Filharmonia Szczecińska. Architektura, która nie zostawia obojętnym

Pierwsze kroki skierowaliśmy do kościoła św. Piotra i Pawła, w którym zostaliśmy ofuknięci za próbę zrobienia zdjęcia. Cóż, byliśmy w miejscu pierwszej budowli chrześcijańskiej w Szczecinie, doskonałego przykładu gotyku ceglanego, a w dodatku jeszcze naznaczonego trudną komunistyczną historią Kościoła Polskokatolickiego. Żal było nie spróbować robić zdjęć. Ale koniec końców byliśmy grzeczni i środka świątyni nie uwieczniliśmy. Kościół wewnątrz jest raczej prosty, skromny i nie robi dużego wrażenia. Ale warto spojrzeć do góry. Nad głowami wiernych bieleje pseudosklepienie, czyli drewniany strop ukształtowany na wzór sklepień ceglanych. Niby nic, ale takie drewniane sklepienia w świątyniach zawsze robią na nas wrażenie. W niektórych miejscach tłumaczy się zamysł twórców odwróconą łodzią, a stąd już tylko krok do Chrystusa-rybaka czy nawet starszych, styksowych metafor. Co by nie mówić, takie ciepłe, obejmujące sklepienie przy zderzeniu z zimnymi gotyckimi ścianami nie pozostawia obojętnym. A oto chyba chodzi w architekturze.

Lekko zafrapowani architektonicznymi zagadnieniami wyszliśmy z kościoła, by przez plac Żołnierza Polskiego podążyć do pomnika Czekańskiego, aż tu nagle naszym oczom ukazała się … filharmonia.

Filharmonia Szczecińska

Filharmonia Szczecińska

O Filharmoni Szczecińskiej było ostatnio w mediach głośno. Na tyle głośno, że nawet my, kompletni laicy w tematach muzycznych i laicyzujący w tematach architektonicznych, coś wiemy, czytaliśmy i kojarzymy. Weszliśmy zatem zobaczyć na własne oczy to cudo i oniemieliśmy z wrażenia. Maciek z Kaliną zaczęli biegać jak szaleni i turlać się po podłodze z geometrycznych kafli, zrobionych na specjalne zamówienie w manufakturze na Majorce. My z zachwytem przyglądaliśmy się a to kręconym schodom, a to ścianom i sufitom, a to kawiarence, w której także każdy szczegół był starannie przemyślany. Nawet wizyta w toalecie przyniosła kolejne estetyczne wrażenia – są w niej lustra odbijające w nieskończoność czerń pomieszczenia.

Poszliśmy zapytać, czy możemy zobaczyć resztę budynku. Niestety, powiedziała miła pani w kasie, filharmonię można zwiedzać jedynie po uprzednim umówieniu. Zwiedzanie jest możliwe dla grup zorganizowanych, ale praktykowane jest podczepianie indywidualnych turystów do grup. Tyle, że trzeba się zgłosić wcześniej, czego my oczywiście nie zrobiliśmy. Zapytaliśmy więc, czy nie zrobiliby dla nas wyjątku. Wyjaśniliśmy kim jesteśmy i co robimy na Pomorzu. W końcu błogosławieństwo samego Urzędu Marszałkowskiego powinno otwierać jakieś drzwi. Pani kazała poczekać. Usiedliśmy przy (całkiem niezłej) kawie i po paru minutach przyszła do nas pani przewodniczka. Okazało się, że ma akurat wolna godzinkę i zgodziła się oprowadzić nas po budynku. Czyli jednak bycie blogerem podróżniczym czasem się opłaca!

A budynek? Z zewnątrz mieliśmy mieszane uczucia. Prostota i szlachetność gotyckiej formy nie do końca dla nas gra z mało szlachetnym materiałem. Ten przypomina za bardzo „sajding” (jak mówią na okładzinę fasady na sałcie w Chicago). A wyobraźnia szybko podpowiada, że za takim niedrogim sajdingiem pewnie kryje się pustak, albo równie tani materiał.

Za to wewnątrz jest to najdoskonalszy budynek, jaki zdarzyło nam się zwiedzić. Pani przewodniczka uraczyła nas wieloma opowieściami o ręcznie wyklejanych złotych okładzinach w salach koncertowych i ręcznie wyszywanych numerkach na siedzeniach, co miało podkreślić dbałość o najdrobniejsze szczegóły i ich „rękodzielność”. Ale to nawet nie chodzi o te drobne, namacalne szczegóły. Bardziej chyba uderza, że choć użyto wielu stylów i materiałów, to jednak zrobiono to bez żadnego zgrzytu. Wszystko ze sobą współgra i zarówno odrębnie, jak i w całości działa na odbiorcę. W tej architekturze naprawdę słychać i widać harmonię, którą w muzyce tworzy przecież orkiestra złożona z tak bardzo różnych instrumentów.

Same sale koncertowe to osobna historia, ale ich odbiór bez muzyki wydaje się zbyt sztuczny. Co prawda teraz żaden redaktor z telewizora nie będzie mógł nam zarzucić, że do filharmonii nie chodzimy (vide czwarta minuta rozmowy;), bo byliśmy, widzieliśmy i opisaliśmy. Ale niestety nie słyszeliśmy. Za to gorąco sobie obiecujemy, że przy następnej wizycie w Szczecinie pójdziemy do filharmonii na koncert, by w pełni docenić to miejsce. W końcu architektura to tylko wstęp, a właściwy rozdział powinna pisać muzyka…

Po wyjściu z filharmonii pognaliśmy z powrotem do kampera. Nawet nie mieliśmy czasu, by zajrzeć do Centrum Dialogu „Przełomy”, zagłębionego w Plac Solidarności położony między kościołem a filharmonią. Plac jest ważnym historycznie miejscem. To tu w grudniu 1970 roku zginęło 16 robotników od strzałów oddanych z Komendy MO. Teraz pod placem swoje miejsce znalazł pawilon wystawowy ukazujący przełomowe momenty pomorskiej historii. Pawilon był chyba już zamknięty, a nawet gdyby był otwarty, to nie mieliśmy na niego już czasu. Daliśmy jeszcze dwie minuty na wybieganie się Maćkowi i Kalinie – plac jest ukształtowany w formie lekkiego wzniesienia, co daje dużo radości dzieciom. Pobiegali, pohasali, nie zwracając na nasze nerwowe spoglądanie na zegarek.

Plac Solidarności, Szczecin. Z tyłu po lewej kościół św Piotra i Pawła, z prawej Zamek Książąt Pomorskich

Plac Solidarności, Szczecin. Z tyłu po lewej kościół św Piotra i Pawła, z prawej Zamek Książąt Pomorskich

W kamperze zameldowaliśmy się kilka minut po upływie naszego czasu na parkowanie. Na szczęście obyło się bez mandatu. Na nieszczęście znów zobaczyliśmy mniej Szczecina, niż zamierzaliśmy. Chyba w końcu będziemy musieli przyjechać tu na kilka dni. A nieszczęsnemu antropologowi zrobiliśmy zdjęcie dosłownie w przelocie. Dosłownie, bo wyglądało to tak, że Paweł z dziećmi powoli okrążał kamperem park, a Ola w tym czasie biegła na drugi jego koniec strzelając w przelocie fotkę pomnikowi.

Jan Czekanowski, antropolog

Jan Czekanowski, antropolog w parku Generała Andersa. W tle za chwilę przejedzie kamper.

Krzywy Las

Co prawda mieliśmy jeszcze w planach jedną szczecińską atrakcję na ten dzień, ale najpierw chcieliśmy pojechać do Gryfina zobaczyć słynny Krzywy Las. Las wprawdzie kolorem bardziej pasowałby do wpisu o Zielonym Pomorzu, ale terytorialnie za bardzo był na południe, dlatego zostawiliśmy go sobie na później. Teraz mieliśmy na niego akurat kilka godzin między spotkaniem z Rafałem a główną atrakcją tego dnia. Dojazd do Gryfina, a bardziej do Nowego Czarnkowa tuż przy elektrowni Dolna Odra, bo właśnie tam jest Krzywy Las, nie był prosty. Głównie dlatego, że w samym Gryfinie trzeba przeciąć linię kolejową poprowadzoną na niskim wykopie. Krzysztof Hołowczyc, czyli głos naszej nawigacji, nie zdawał sobie sprawy, że nasz kamper ma prawie 3 metry wysokości i usilnie próbował wysłać nas przez centrum. Niestety, jakkolwiek mocno nie przepadamy za klimatyzacją i nie lubimy telewizji, tak ścięcie dachu nie wchodziło w rachubę.

Podążyliśmy więc za wszystkimi tirami omijającymi centrum i po chwili byliśmy w okolicach Krzywego Lasu. Jeśli będziecie tam jechać, a wasza nawigacja nie będzie do końca wiedziała o co wam chodzi, to jedźcie do elektrowni Dolna Odra, bo droga kończy się na niej, a Las jest tuż przed nią i jest dość dobrze oznaczony. Da się też dojść do niego od przystanku PKS, więc brak własnego kampera czy samochodu nie jest żadną wymówką.

A sam las? Podobno powstał w pierwszej połowie lat 30-tych ludzką ręką. Ktoś musiał nacinać sosny, żeby przybrały taki kształt. Być może celem była produkcja mebli, być może ktoś miał pomysł na park z „żyjącymi ławkami”. Są oczywiście też inne teorie, np. związane ze stacjonującymi w tym miejscu czołgami Armii Czerwonej, ale to już trochę nagięte pomysły. Do nas najbardziej przemawia teoria o parkowym pomyśle na drzewa. Sosny ukształtowano jak ławki i po ponad 80-latach w końcu wypełniają swoje przeznaczenie.

Pomorze kamperem, a może Pomorze szybowcem?

Z Gryfina ruszyliśmy z powrotem do Szczecina. A dokładniej na lotnisko Szczecin-Dąbie. Kilka dni wcześniej mieliśmy zaplanowany  lot paralotnią w Trzęsaczu. Wiatr był nie taki jak trzeba, i mimo że ten lot był na naszej liście atrakcji na Pomorzu Zachodnim od samego początku i zapisaliśmy go największymi literami i w dodatku na czerwono, to musieliśmy z niego zrezygnować. Są jednak tacy, którzy dali radę polatać na paralotni w Trzęsaczu tuż przed nami – odsyłamy do latającej Rodziny bez Granic. Nie daliśmy jednak wiatrom Pomorza za wygraną i postanowiliśmy spróbować powtórnie w Szczecinie. Skontaktowaliśmy się z Aeroklubem Szczecińskim w nadziei, że może oni latają na paralotniach. Okazało się, że nie… Osoba, którą wskazano na stronach aeroklubu jako odpowiedzialną za sekcję paralotniarską powiedziała nam, że w życiu nie miała w ręku paralotni. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Nie wiem, kto zamieścił tam mój telefon, przecież ja latam na szybowcach!

– Na czym? – zapytaliśmy.

– Na szybowcach!

– I fajnie jest?

– Jasne!

– To my też chcemy!

– Hmm, tylko my nie robimy komercyjnych lotów, ale dam wam kontakt do człowieka, z którym się może dogadacie…

Lotów komercyjnych ta sekcja aeroklubu niestety nie organizuje, chłopaki i dziewczyny zajmują się głównie prowadzeniem szkoleń szybowcowych, ale dzięki uprzejmości Bartka, który był tym człowiekiem „do dogadania” udało się nam polatać kilka chwil nad Szczecinem. I były to chwile jednocześnie przerażające i fascynujące. Szybkość z jaką szybowiec nabiera prędkości zupełnie nas zaskoczyła, nie spodziewaliśmy się znaleźć się tak wysoko w tak krótkim czasie. Na górze jest jak w rollercoasterze, do tego cisza (jeśli nie liczyć szumu wiatru i walenia własnego serca) i całkiem spora prędkość. Mimo strachu warto było spróbować, to przeżycie, które zostanie z nami na długo.

Polataliśmy nad Dąbiem, mariną, w której nocowaliśmy, poszukaliśmy kominów termicznych, by wznieść się trochę wyżej (niestety bezskutecznie), a na koniec zaliczyliśmy tyłkami wszystkie dziury w trawiastym pasie startowym. Poczuliśmy bakcyla. Oboje mieliśmy podobne pytania podczas lotu. Wyglądało to mniej więcej tak:

– Latanie szybowcami jest chyba bezpieczniejsze niż lekkimi samolotami czy paralotnią… Brak silnika, który może się popsuć, pewniejsza konstrukcja…

– Czy ja wiem – odpowiadał Bartek

– A zdarzyła ci się jakaś naprawdę niebezpieczna sytuacja, taka że bałeś się o swoje życie? – zapytała Ola.

– Tak, raz – odpowiedział Bartek – W zeszłym tygodniu.

Latanie w szybowcu to zupełnie inne doświadczenie niż na paralotni. Tę zaliczyliśmy na Dominikanie. Lataliśmy nad Jarabacoa. Wtedy to był pomysł zupełnie oderwany od rzeczywistości. Karaiby, lokalsi po hiszpańsku objaśniający nam szczegóły lotu, a potem sam lot i nagłe zawiśnięcie bez wiatru nad ziemią. A przecież skoro to wiatr unosi paralotnię, to jak bez wiatru można tkwić w powietrzu? Przy szybowcu czuć trochę techniki i ludzkiej myśli. Niby nie ma silnika, ale zawsze są wskaźniki, zegary, zawsze jest jakiś ruch, którego jeśli nawet tak bardzo nie widać na zewnątrz kabiny, to przecież liczby i wskazówki nie kłamią. Z drugiej strony to już bardziej maszynowe panowanie nad otaczającą naturą. A paralotnia to jednak doświadczenie współgrania z powietrzem, wspólnoty… To naprawdę fajne doświadczenie, ale z całą wdzięcznością dla Bartka i całej szybowcowej sekcji Aeroklubu Szczecińskiego, naszą miłością pozostaną paralotnie.

Z głowami jeszcze w chmurach ruszyliśmy w dalszą drogę. Tego samego dnia byliśmy umówieni ze Zbyszkiem i Jolą z Domku pod Lasem w Zatomiu. Daliśmy im znać, że będziemy u nich późnym popołudniem/wczesnym wieczorem, a tymczasem była już prawie godz. 18, a my dopiero wyjeżdżaliśmy ze Szczecina. Na dodatek adrenalina zaczęła ustępować miejsca głodowi. Uznaliśmy, że obiad to dobra okazja na wizytę w Stargardzie (jeszcze trochę, ale już niedługo) Szczecińskim. Dlaczego już niedługo? Stargardczanie postanowili odciąć się od Szczecina i wyciąć odniesienie do większego sąsiada z nazwy. Władze miasta zwróciły się, więc do rządu z odpowiednim wnioskiem, który został pozytywnie rozpatrzony i już od 1 stycznia 2016 roku na mapie Polski znów będzie widniał Stargard. Dopisek „szczeciński” nie był zresztą historyczny. Choć Stargard przez wieki nazywał się różnie, jak choćby Neu-Stargard an der Ihna, to Szczecińskim nazwały go po raz pierwszy komunistyczne władze w 1950 roku.

Stargard, piękne puste miasto

Do Stargardu dojechaliśmy trochę za późno. Wszyscy już dawno wyszli z pracy i szykowali się od oglądania wieczornych Wiadomości. Życie, jak to w średniej wielkości miastach w tej części Europy, powoli zamierało, na ulicach było już prawie pusto. Tymczasem Stargard, mimo wojennych zniszczeń, jest naprawdę przyjemnym miejscem na popołudniowy spacer. Baszty, bramy, mury robią wrażenie. Znów jednak nie mieliśmy dużo czasu, więc szybko ogarnęliśmy kwestie obiadowe, nadprogramowe kalorie dzieciaki szybko spaliły na położonym między murami, budzącym podziw placu zabaw. Tuż po zachodzie słońca udało nam się nawet znaleźć jeszcze otwartą lodziarnię i domknąć miły spacer słodkim akcentem. Stargard pozostawił w nas zdecydowanie pozytywne wspomnienia.

Saturn nad Zatomiem

Ze Stargardu mogliśmy już w końcu ruszyć prosto do Zatomia. Zdaliśmy się na Krzysia Hołowczyca i jechaliśmy za jego doradczym głosem. Pokierował nas prostą trasą, najpierw do Drawna krajową „10” a potem już lokalnie. Rzadko się zachwycamy polskimi drogami, ale „10” jest naprawdę urokliwa. Oczywiście, sporo na niej tirów jadących 90 km/h, ale nam ta prędkość jak najbardziej odpowiadała. Mieliśmy czas, żeby się rozejrzeć i docenić widoki. Lasy, aleje z drzew, kolorowe pola, a od Drawna to już leśne korytarze, wsie zbudowane ze średniowiecznych kamieni i czym dalej na południowy-wschód, tym bardziej w las…

Aż w końcu, jakby na końcu drogi, pojawił się Zatom, do którego dojechaliśmy późnym wieczorem. Dzieci zasnęły po drodze, więc trzeba je było tylko przebrać i położyć do łóżka, a sami usiedliśmy z Jolą i Zbyszkiem, czekając na bezchmurne niebo. Domek pod Lasem był jak spokojna przystań po dniu pełnym podniebnych i historycznych wrażeń. I dobrze, że przyjechaliśmy tam tak późno. Przez to nawet nie było widać zarysowań, które zrobiliśmy na kamperze przy przejeździe przez bramę!

Z Jolą i Zbyszkiem powymienialiśmy przy ciepłej herbacie życiowe mądrości (tak, tak, jesteśmy na tyle starzy, żeby takowe mieć), a potem czekaliśmy na noc. Zbyszek jest szczęśliwym posiadaczem amatorskiego, ale jednak bardzo przyzwoitego teleskopu. Tej nocy rozstawił go nie tylko dla nas, ale też dla sporej grupy dzieciaków, którzy przyjechali do Zatomia na zieloną szkołę. Mieli wpaść około godz. 2-3 w nocy, bo prognozy podawały, że wtedy w dość pochmurnym tego dnia niebie otworzy się okienko. Trochę żałowaliśmy, że byliśmy tam prawie akurat w równonoc, ale i tak postanowiliśmy zaczekać. Dzieciaki z zielonej szkoły nie przyszły, więc okazało się, że mamy i teleskop, i jego profesjonalną obsługę w postaci Zbyszka tylko dla siebie. Juhu!

Widzieliście kiedyś Saturna z pierścieniami? A może mgławicę? A może ktoś w Warszawie powiedział wam, że to wszystko widać przy pomocy mocniejszej lornetki? Nie wierzcie! Potrzeba do tego naprawdę dobrego teleskopu, przyzwoitego oprogramowania i dobrej lokalizacji. A Zatom jest do tego idealny! Jak już pisaliśmy we wcześniejszym wpisie w Drawieńskim Parku Narodowym niebo jest prawie niezanieczyszczone światłem, gwiazdy więc świecą jaśniej niż gdzie indziej w Polsce. Z oczami przyklejonymi do teleskopu spędziliśmy grubo ponad godzinę, więc następnego dnia mieliśmy dość wolny start.

Fotosafari nad Drawą

To był już nasz ostatni dzień na Pomorzu Zachodnim. Ponieważ ostatnia noc była długa, więc udało nam się zebrać i oporządzić do południa i wtedy Zbyszek mógł zabrać nas na japońskie zwiedzanie parku – fotosafari, z krótkimi przystankami w co ciekawszych miejscach. Popędziliśmy więc po brukowanych, poniemieckich drogach i wjechaliśmy w zieloność.

Zbyszkowi udało się wycisnąć naprawdę wiele z tych 4-5 godzin, które jeszcze mieliśmy na zwiedzanie okolicy. Zmieścił sporo natury (oglądanie Drawy i Korytnicy, krótki spacer do bindugi przy pierwszej z tych rzek, Klon Solarzy), trochę historii (urokliwy poniemiecki cmentarz, ślady niemieckich osad ukryte w Puszczy), odrobinę przemysłu (elektrownia wodna w Głuskach). A to wszystko okrasił garścią opowieści i swoim miłym towarzystwem.

Drawieńskim Park Narodowy to oczywiście w pierwszej kolejność rzeka Drawa wraz z dopływami. Nie mieliśmy oczywiście czasu, żeby nią popłynąć, ale i tak pewnie nie bylibyśmy na tyle odważni. Drawa to rzeka trudna, a miejscami ma nawet odzywa się jej górski charakter. W dodatku na terenie Parku można nią spływać od 1 lipca, czyli nawet gdybyśmy wpadli na ten szalony pomysł, to i tak nie moglibyśmy go zrealizować. Zbyszek polecał nam za to bardzo mocno Korytnicę, czyli jeden z dopływów Drawy. Rzeka nie jest trudna, a 1-2-dniowe spływy na niej czasami opisuje się jako „rodzinne”, czyli właściwie takie dla nas.

Drawę oglądaliśmy z mostu, przystani, a nawet bindugi, czyli miejsca nad rzeką, gdzie składowano i spławiano drewno. Nad Drawą jest w sumie dwanaście takich bindug. Używano ich od połowy XIX wieku. Ostatni zorganizowany spływ drewna miał miejsce jeszcze w 1979 roku!

Szybki przystanek zrobiliśmy też przy poniemieckim, ewangelickim cmentarzu w Springe/Dąbrowie. Takich urokliwych miejsc spoczynku dawnych mieszkańców jest w okolicy całkiem sporo. Część jest przy wsiach, część można znaleźć w środku lasu, gdzie nierzadko ostatnim śladem istniejącej kiedyś osady – i tak właśnie jest w Springe. W Puszczy Drawskiej cmentarze mają tym więcej uroku, że wiele nagrobków ma formę ściętego pnia drzewa i są wykonane z niezwykłą precyzją. Niestety nie zachowały się prawie w ogóle płyty nagrobne, a ich lektura w takich miejscach to zawsze ciekawe doświadczenie. I choć to podobno cmentarz w Karsiborze jest najlepiej zachowaną małą ewangelicką nekropolią na Pomorzu Zachodnim, to ten śmiało mogłyby z nim konkurować.

Cmentarz w Springe tak ładnie wygląda dopiero od jesieni 2014 roku. Wtedy to pracownicy DPN oraz wolontariusze z Poznania oczyścili zarośniętą nekropolię, oczyścili i poskładali rozbite nagrobki. Te widoczne są betonowe nie tyle z racji tradycji, ile z faktu, że wszystkie prawie wszystkie żeliwne krzyże „wyszły w pole”.

Śladów po dawnym osadnictwie na tych terenach jest całkiem sporo. Przed wojną mieszkało tu znacznie więcej ludzi, pracowały huty szkła, była fabryka serów, gorzelnie, browary, papiernie, fabryka papy. Regulowano rzeki, budowano kanały. Dużą rolę odgrywała też wciąż działająca elektrownia wodna Kamienna w Głuskach.  To najstarsza na świecie wciąż działająca hydroelektrownia. Od samego początku prąd wytwarzają w niej dwie turbiny Francisa z 1898 roku. Jak opowiadał nam Zbyszek, turbiny po wojnie miały budować potęgę Związku Radzieckiego, ale Polacy, którzy zajęli elektrownię, wpadli na pomysł jak temu zapobiec i zalali halę.  Potem wodę spuszczono i przywrócono produkcję prądu.

Co prawda w Wikipedii można wyczytać, że elektrownia jest otwarta dla zwiedzających po umówieniu się z załogą zakładu, ale Zbyszek z Jolą twierdzili, że turystów się do środka teraz nie wpuszcza. Lokalni pasjonaci starają się to zmienić i może znów będzie można podziwiać oryginalne wyposażenie elektrowni z końca XIX i początku XX wieku.

Pędząc po leśnych traktach na obiad do Zatomia zatrzymaliśmy się jeszcze przy Klonie Solarzy. To prawdopodobnie największy klon w Polsce o średnicy pnia przekraczającej 520 centymetrów. Nazwę zawdzięcza przebiegającemu obok Traktowi Solnemu – średniowiecznemu szlakowi handlowemu, którym transportowano sól z Kołobrzegu do Wielkopolski. Drogę od wsi Żółwino przez Drawno do Zatomia i dalej przez Moczele do Starego Osieczna miejscowi do dziś nazywają Drogą Solną.

Przed wyjazdem z Domku pod Lasem Jola i Zbyszek zaprosili nas jeszcze na pyszny obiad. Kto by pomyślał, że sojowe schabowe mogą być takie dobre. W takich okolicznościach przyrody pewnie wszystko smakuje dwa razy lepiej. Do kampera ledwo się dotoczyliśmy, bo na deser wjechało jeszcze mnóstwo pierogów, i wyruszyliśmy w stronę Warszawy. Tym razem w pełni skoordynowaliśmy proces wyjeżdżania przez bramę, dzięki czemu kamper nie zaliczył nowych obrażeń. Obiecaliśmy jeszcze Joli i Zbyszkowi, że na pewno kiedyś do nich wrócimy i wsłuchani w głos Krzysia Hołowczyca ruszyliśmy na wschód…

(Visited 385 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *