nie wnecja
Trochę nam się narobiło zaległości, ale to przede wszystkim dlatego, że 1. wjechaliśmy w bardziej dzikie okolice Teksasu zwane potocznie Nowym Meksykiem oraz 2. naprawdę wsiąkliśmy w nocowanie za darmo. Czasem nie jest łatwo złapać sieć nocując u świeżo poznanych znajomych, na różnych parkingach, pod skałami z hippisami. O tym wszystkim przyjdzie jeszcze pora napisać. A teraz proszę Państwa, z ponad tygodniowym opóźnieniem, San Antonio!!!

Na jego zwiedzanie wyruszyliśmy porzuciwszy dzieciarnię z nową ciocią Val. Nie wiedząc wiele o tym mieście, nie mieliśmy zbyt wysokich oczekiwań. Tym milsze nas spotkało zaskoczenie. Wjechaliśmy do niego bocznymi dróżkami omijając autostradę. Przedmieścia były średnio obiecujące. W centrum też nic ciekawego. Wieżowce, puste ulice i chodniki, ot amerykański standard. W dodatku było zimno. Przysiedliśmy więc na dłuższą kawę w pierwszym z brzegu (czyt. pierwszym w Foursquare) lokalu, by zastanowić się co dalej. No to może szybki River Walk no i oczywiście Alamo i biegiem w ten ziąb do samochodu!
Tymczasem spacer nad rzeką zupełnie nam odmienił San Antonio. Dawno temu rzeka była ściekiem a jej okolice miały najwyższe wskaźniki przestępczości w całych Stanach Zjednoczonych. Pewna bizneswoman dostrzegła jednak ukryte piękno tej okolicy i w porozumieniu z władzami miasta zaczęła inwestować w oczyszczenie rzeki i zagospodarowanie jej najbliższych okolic. Tak powstał River Walk – trasa spacerowa ciągnąca się przez całe centrum, pełna knajpek, mostków i uroczych starych budynków. Za to za psucie panoramy na górze na karę kamieniołomów powinni zostać skazani decydenci z pewnych wielkich sieci hotelowych…
Hotelowe potworki w San Antonio

Hotelowe potworki w San Antonio

River Walk jest tak naprawdę chodnikiem po obu stronach rzeki położonym na poziomie -1. Jest o tyle niesamowity, że na górze może być zupełnie wybetonowane biznesowe centrum miasta, a na dole na zaledwie kilku-kilkunastu metrach brzegu udało się wygospodarować prawdziwie urokliwy park. Dodatkowo zmienia się klimat. W lato pewnie jest tam dużo chłodniej niż na górze. W chłodny dzień, w jak spacerowaliśmy, na poziomie ulicy marzliśmy w bluzach i swetrach, przy rzece było w sam raz na krótki rękaw.
River Walk

River Walk

River Walkiem ruszyliśmy do głównej historycznej atrakcji San Antonio, czyli Alamo, a wcześniej Misji San Antonio de Valero. Założona w XVIII wieku przez hiszpańskim misjonarzy służyła ewangelizacji Indian. Potem przez chwilę była opuszczona, meksykańska armia przerobiła ją na fort, następnie zajęli go zbuntowani Teksańczycy, których na koniec zmasakrowali Meksykanie, sami potem zmasakrowani niedaleko przez zbuntowanych Teksańczyków.
Jak na nas przystało, mieliśmy pecha (choć może dla innych byłoby to prawdziwe szczęście, bo duch historii i takie tam) i Alamo przyszło nam zwiedzać dokładnie w 177. rocznicę bitwy. Niby nic, ale pomimo chłodu i tak napatoczyło się kilka szkolonych wycieczek i kolejka do ruin kościoła ciągnęła się na dobre kilkadziesiąt metrów. Darowaliśmy sobie, ale dziedziniec i małe muzeum w odrestaurowanych barakach można było obejrzeć bez czekania.
alamo-kosciol
W gablotkach było trochę map i całkiem ciekawych makiet – na których widać było na przykład, że pobliska rzeka była wtedy dość mizerna, a dodatkowo fort otaczał tylko rów nawadniający. Palisady też były dość marne, choć imponowała ilość armat. Gdybyśmy nad Wizną w 1939 roku, albo choćby pod Stadionem Narodowym w 2012 mieli taką artylerię, to kto wie… W każdym razie dowodzący całą rebelią Sam Hudson wiedział, że nic z tego nie będzie, dlatego nakazał zniszczenie fortu po jego zajęciu na początku 1836 roku. Ale chłopaki zachowali się jak Polscy powstańcy i uznali, że mają gdzieś strategię. Będą romantycznie ginąć za Teksas.
No i na przełomie lutego i marca 1836 roku im się udało. Meksykańska armia przez prawie dwa tygodnie delikatnie podchodziła pod fort, aż w końcu 6 marca o świcie przepuściła szturm i przy sporych stratach własnych (400-600 ludzi) wycięła w pień prawie 200 obrońców fortu. W niewielkim muzeum można sobie poczytać o samej bitwie, a także o wielkiej polityce, która ją otaczała. Przede wszystkim jednak cała historia jest opowiedziana w prawdziwie amerykańskim stylu, czyli przez jednostkowe historie, które oczywiście miały okazję zabłysnąć we współpracy z innymi. Polskiemu sercu szczególnie bliskie jest to, że celebruje się romantyczną i bohaterską obronę wbrew rozkazom wyrafinowanego dowództwa, zakończoną masakrą. A przy okazji jeszcze zupełnie bezsensowną, bo cała teksańska awantura zakończyła się teksańskim zwycięstwem miesiąc później.
 alamo
Sama historia jest szczególnie interesująca, bo z jednej ulotki wynikało, że Sam Hudson najpierw ściągnął do Teksasu 200 amerykańskich osadników, chwilę potem zażądał „swobód obywatelskich”, czyli prawa do posiadania niewolników, a po odmowie ze strony Meksyku wzniecił rebelię. W Alamo z jednej tablicy można było wywnioskować, że gdyby w Meksyku przeważyli federaliści i dali Teksasowi sporą niezależność, to wojny by nie było.Tak czy inaczej rebelia, która miała zacząć świetność Ameryki wygląda trochę na osobiste ambicje niejakiego Sama. Trzeba sobie to kiedyś będzie w głowie ułożyć.
 Ale wróćmy do San Antonio. River Walkiem można dojść do starej niemieckiej dzielnicy King William. Niby nadal jesteśmy w centrum miasta, a czujemy się jak na przedmieściach. Prześliczne wille z końca XIX i początku XX wieku i wszechogarniająca zieleń, cisza i spokój, jak już trafimy szóstkę w Power Balla to kto wie, może się tu osiedlimy…?
King William

King William

Ostatnim punktem naszego dnia bez dzieci jest El Mercado – meksykański bazar z pamiątkami zza południowej granicy, do złudzenia przypominający te, które widzieliśmy w Gwatemali czy Peru. Jest też restauracja z pysznym meksykańskim jedzeniem, mariachi i czarnym Elvisem.

Okolica El Mercado jest już jednak mniej przyjemna. Jak to po amerykańsku, nagle po jednej czy dwóch ulicach od centrum i King William, robi się biednie, parę razy ktoś nas nagabuje o pieniądze, widać opuszczone sklepy i mało ciekawe zaułki. Tak to już jest w amerykańskich miastach. Nie zmienia to jednak naszego zachwytu San Antonio.

El Mercado

Jednocześnie zmęczeni i wypoczęci wracamy do Floresville, gdzie czeka na nas rozradowany Maciek i Kalina, która właśnie tego dnia postanowiła zacząć samodzielnie siedzieć. Chyba musimy częściej ich zostawiać!

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *