DSC

Przejazd z Rosamond na Pustyni Mojave do San Diego był jak podróż do innego świata. Zanurzyliśmy się w zieloność i nie chcieliśmy się wynurzyć. W San Diego odetchnęliśmy – w zoo, na Point Loma czy nawet Coronado. W końcu też mieliśmy okazję stanąć na pokładzie lotniskowca!

Planowanie – najcięższa część podróży

Podczas przedłużonego naprawianiem samochodu przestoju w Rosamond w końcu usiedliśmy nad mapą i zaplanowaliśmy podróż na najbliższe kilka tygodni. W ogólnym zarysie ma to wyglądać tak: najpierw San Diego, potem San Francisco, Yosemite, następnie ostro na północ w stronę Seattle, zahaczając o sekwoje w Park Narodowy Redwood oraz Avenue of the Giants. Potem znowu odbijemy na południe – do Yellowstone i dalej, do zaniedbanych wcześniej parków w Utah. Co potem – jeszcze nie wiemy. Póki co z listy wypadły dwa drzewne parki narodowe Kalifornii: z drzewami Jozuego oraz sekwojami. Zostaną na emeryturę.

Zmęczeni długim przestojem w podróży z radością opuściliśmy Rosamond. Jako-tako naprawionemu samochodowi w ogóle już nie ufaliśmy. Ale skoro i tak to podróż w nieznane, to kolejna niewiadoma nie wpływa znacząco na całość równania. Przestaliśmy więc o tym myśleć i skupiliśmy się na radośniejszych sprawach. Na przykład odwiedzeniu dawno nie widzianych znajomych. Tak wprosiliśmy się do mieszkających w San Diego, Agi i Jima (przy okazji polecamy gorąco grę, przy której Jim współpracował – Slam Bolt Scrappers), a oni za bardzo nie protestowali za co niniejszym jeszcze raz bardzo im dziękujemy. Zostawiliśmy przyczepę u Lois i Randy’ego w Rosamond i ruszyliśmy na południe.

Kalifornia – góry i wiatr

Droga z północno-wschodniej Kalifornii do jej południowo-zachodniego krańca w zasadzie przez cały czas prowadzi przez góry, zmienia się tylko poziom ich zazielenienia. Na początku jest jeszcze pustynnie, potem pojawia się coraz więcej drzew i krzaczków aż wreszcie robi się zielono jak w Toskanii w pełnym rozkwicie.

Jazda przez Kalifornię to prawdziwa uczta dla oczu. Już zapomnieliśmy, że może być zielono. Arizona, Nowy Meksyk, Nevada – tam były prawie same pustynie, gołe góry, pustynie. Z rzadka tylko zdarzały się jakieś rachityczne krzaczki, czy nawet większe lasy sosnowe jak na Wielkim Wododziale w Nowym Meksyku. Ale teraz wjechaliśmy w prawdziwą zieloność i przez chwilę odczuwaliśmy dziwny niepokój, jakby nie bylibyśmy u siebie. Szybko przeszło.

San Diego

Na spacerze w San Diego

Ciągle wiało. Skoro Chicago nazywane jest „windy city”, to Kalifornia była dla nas „windy state”. Nawet biorąc poprawkę , że trafiliśmy na naprawdę wietrzne dni, cały właściwie czas zrywało czapki z głów. Wiało w dolinie Antylopy na pustyni Mojave, gdzie leży Rosamond, wiało w San Diego i Big Surze (choć zdecydowanie słabiej), może w San Francisco będzie trochę lepiej… Nie żeby nam to bardzo przeszkadzało, bo bardzo lubimy Kalifornię, ale czasem fajnie jest wyjść z przyczepy tak, żeby nie wyrywało drzwi z ręki…

San Diego – tu zaczęła się Kalifornia

Ta jednak została w dolinie Antylopy (i jak się potem okazało targały nią takie wiatry, że część grilla wyciągnęło spod przyczepy i porwało w przestrzeń) a my pognaliśmy ponad 200 mil do San Diego. Jeśli po drodze było bardzo zielono, to San Diego jest zielonym przestworem pofalowanego oceanu. Zieleń jest tym bardziej przygniatająca, że do samego centrum miasta wjeżdża się autostradą, która w swoim końcowym biegu przecina główny park miejski z zoo i innymi fajnymi miejscami. Tam i w innych częściach miasta jest tyle atrakcji, że mieliśmy prawdziwy problem z wybraniem tego, co chcemy zobaczyć a co zostawić na następny raz. Bo że chcemy tu kiedyś wrócić, nie ulega wątpliwości.

San Diego. Point Loma

San Diego. Point Loma

Na pierwszy ogień poszedł Point Loma i Cabrillo National Monument. Point Loma to miejsce, „gdzie zaczęła się Kalifornia”. W 1542 roku wylądował tam portugalski żeglarz Juan Rodríguez Cabrillo. Mamy nadzieję, że Portugalczycy nie obrażą się za hiszpańską pisownię. Oba narody mocno walczą o tą postać. I tę rywalizację widać na Point Loma. Skoro wszędzie pisze się o hiszpańskiej wyprawie Cabrillo, to dla równowagi pół wieku temu Portugalczycy postawili tablicę ku czci portugalskiego żeglarza i jeszcze dorzucili pisownię nazwiska po swojemu. Amerykanie przejmują się tym tak mocno, jak Rosjanie sporem czy Mickiewicz był Polakiem czy Litwinem.

Do Cabrillo National Monument wiedzie jedna droga, na której, oczywiście, można w weekend utknąć w korku. Nie był duży (staliśmy może z 15 minut), ale dodatkowo zwiastował problemy z parkowaniem. Przejechaliśmy przez bramkę machając naszą roczną przepustką do parków i pomników narodowych, a potem zaczęliśmy szukać miejsca do parkowania. Niestety przy wodzie nic nie znaleźliśmy i została wyprawa na górę na duży parking przy visitors center i słynnej sandiegańskiej latarni morskiej.

San Diego. Latarnia morska na Point Loma

San Diego. Latarnia morska na Point Loma

Stara latarnia na Point Loma to ikona San Diego, którą można zobaczyć na różnych znaczkach czy pocztówkach. Wybudowana w połowie XIX wieku wygląda bardzo zgrabnie a jednocześnie dostojnie. W środku zrekonstruowano pokoje jednego z latarników, który wiódł tam pustelnicze (o ile można tak napisać) życie z rodziną. Żyli tam praktycznie sami, bo San Diego było odległe wtedy o 18 mil spaceru krętą dróżką. Niezbyt często więc się wybierali na zakupy czy do kawiarni.

Wszystkie rozrywki mieli na miejscu. Piękno przyrody, codziennie wiatr idealny na puszczanie latawców, na początku każdego roku tysiące migrujących wielorybów (jest punkt widokowy, ale w kwietniu już raczej nie migrują), przepływające statki, muszelki, kraby, itp. Sielanka.

San Diego. Baseny pływowe w Point Loma.

San Diego. Baseny pływowe w Point Loma.

Na wzgórzu jest pomnik Cabrillo z portugalską tablicą oraz fantastyczny widok na San Diego. To też doskonały punkt obserwacyjny na lotnisko. Jest ono przy samym centrum miasta i wejściu do zatoki San Diego. Kiedy stoi się na szczycie Point Loma, samoloty są mniej więcej na tej samej wysokości w odległości zaledwie 1-2 kilometrów. Z tej strony podchodzą chyba głównie samoloty wojskowe, a startują cywilne. Główny kierunek lądowania samolotów cywilnych jest z drugiej strony – znad centrum. Przechodzą one wtedy tuż nad budynkami. Wygląda to niesamowicie, ale dla mieszkańców zbyt fajne nie jest.

Na Point Loma jest też baza wojskowa. Obejrzeć można tylko budkę z wystawą przedstawiającą działanie baterii artyleryjskich na wybrzeżu. Pokazano jak namierzano pozycję statków i czym je ostrzeliwano. Tak naprawdę chyba nigdy nikogo nie ostrzelano – japońskie okręty nigdy nie podpłynęły tak blisko.

San Diego

San Diego

Po kilku godzinach na górze (jak to się dzieje, że takie miejsca zawsze nam zajmują tyle czasu) zjechaliśmy na dół. Park jest zamykany o godz. 16.30, my nad ocean zjechaliśmy tuż przed godz. 15, więc miejsc do parkowania było już trochę. Największą atrakcją tej części Cabrillo National Monument jest spacer po klifach i basenach pływowych, w których można wypatrzeć kraby i inne atrakcje. Maciek miał z tego sporo uciechy, nam też się całkiem spodobało.

Z Point Loma ewakuowaliśmy się kilka minut przed zamknięciem. Jako że dzień był jeszcze młody zdecydowaliśmy się na wizytę na wyspie Coronado.

Coronado – najdroższe miejsce do życia w USA

Most na Coronado

Jak się przyjrzeć to widać most na Coronado

Na wyspę wjechaliśmy mostem zwącym się (suprise, suprise) Coronado Bridge, który, jak większość amerykańskich mostów, nas oczarował. Jest bardzo stromy (średnio ponad 4 procent nachylenia) i w najwyższym punkcie wznosi się ponad 60 metrów nad wodą. Jedzie się po nim jak na rollercoastrze, najpierw ostro w górę, a potem z górki na pazurki. Polecamy taką wycieczkę.

Samo Coronado na to nie wygląda, ale w 2000 roku zostało ogłoszone najdroższym miejscem do życia w USA. Jak przystało na tak drogie miejsce, głównym pracodawcą jest amerykańska armia, która ma tam bazę marynarki. Dlatego też most jest taki wysoki – nawet największe niszczyciele muszą pod nim przepłynąć.

Ma urokliwą główną ulicę (aczkolwiek takich wiele w Stanach) oraz swoją najsłynniejszą atrakcję – Hotel del Coronado. Zbudowany w 1888 roku miał lepsze i gorsze momenty. Najlepszym było na pewno nakręcenie w nim wielu scen do Pół Żartem, Pół Serio. Potem, w latach 70-tych przyszedł lekki upadek, a teraz znowu jest na fali wznoszącej. Wygląda jak z innej bajki (ceny parkingu też są z innej bajki, polecamy boczne uliczki trochę dalej na mieście, gdzie parkowanie jest za darmo), ma też podobno piękną plażę, gdzie powstają fantastyczne zamki z piasku. Tam jednak się nie pchaliśmy. Za dużo ludzi, Kalina w wózku.

Coronado opuściliśmy po zmroku, ale żeby wycisnąć z dnia jak najwięcej w drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o stare miasto. Trochę jednak przeceniliśmy swoje siły. Spędziliśmy tam całe pół godziny, bo wiało i było zimno. Jest trochę sklepów z pamiątkami z okolic San Diego, czyli od Meksyku po Peru oraz wiele knajpek i restauracji. Na ani jedno, ani drugie nie mieliśmy już większej ochoty. Ale wyglądało zdecydowanie na miejsce, które można rozważyć mając wolny wieczór bez dzieci. Może jeszcze kiedyś taki mieć będziemy…

USS Midway – szczęściarz na emeryturze w San Diego

Następnego dnia zwiedziliśmy USS Midway. To najdłużej służący lotniskowiec w amerykańskiej armii – odsłużył w niej 50 lat, a potem trafił do San Diego na emeryturę. Dopełnia naszą wycieczkę śladami amerykańskich okrętów. Było już Mobile w Alabamie z niszczycielem USS Alabama i łodzią podwodną USS Drum, teraz przyszła kolej na lotniskowiec. Naprawdę warto tam wpaść choćby na chwilę (nam chwila wydłużyła się do pięciu godzin). Zwiedzać można prawie wszystko, idąc od góry przez mostek kapitański, pokład startowy, hangary, kajuty zwykłych marynarzy, pilotów, oficerów, kapitana, kończąc na maszynowni.

USS Midway - na emeryturze w San Diego

USS Midway – na emeryturze w San Diego

Wystawionych do oglądania jest też kilkadziesiąt samolotów i helikopterów. Do wielu można wejść i poczuć się jak pasażer czy pilot. Maciek oczywiście postanowił wejść do każdego samolotu po drodze. Za każdym razem trzeba były wyciągać go siłą, albo obietnicą kolejnej fantastycznej maszyny czekającej za rogiem. USS Midway służył w armii tyle czasu, że jeśli chodzi o maszyny latające przeżył kilka rewolucji. Przekrój czasowy widać na obu pokładach.

Stojąc na tym górnym można też zdać sobie sprawę, jak mało miejsca mają samoloty na start. Największe wrażenie robi chyba katapulta parowa, która ma na 100 metrach nadać samolotowi takie przyspieszenie, żeby wystartował. Te niecałe dwie sekundy piloci opisują jako przeżycie nieporównywalne z niczym innym.

USS Midway na tle San Diego

USS Midway na tle San Diego

Torrey Pines – tak kiedyś wyglądało San Diego

Po USS Midway pojechaliśmy do Torrey Pines, gdzie spotkaliśmy się z Agą i Jimem oraz ich córką Niną. Maciek był zachwycony faktem, że wreszcie może się pobawić z kimś starszym o półtora roku a nie o pół wieku, a na dodatek mówiącym po polsku. Torrey Pines to kawałek dzikiej przyrody w granicach miasta San Diego. Tak miały wyglądać jego okolice, kiedy niedaleko stąd na północ wylądował Cabrillo.

Teraz to miejsce na miły spacer (o ile znajdzie się miejsce na parkingu) po lesie na plażę w cieniu klifów. Małe ostrzeżenie: choć Jim i Aga mówili, że to się nie zdarza, to jednak woda falami dochodziła do samych klifów. W takich chwilach dobrze mieć na nogach crocsy, inaczej powrót do domu czeka nas w mokrych butach.

Torrey Pines

Maciek i Nina w Torrey Pines

Zoo, czyli pandy w San Diego

Na deser zostawiliśmy sobie zoo. Długo walczyło ono o miejsce na naszej liście z parkiem narodowym Joshua Tree. Mieliśmy bowiem czas na wizytę tylko w jednym z tych miejsc. Za wejście do parku z drzewami Jozuego nic byśmy nie płacili, zoo kosztowało niemało. W końcu uznaliśmy jednak, że z opisów wynika, iż Maciek będzie miał w zoo kupę radości, a drzewa Jozuego zarastają całkiem spory obszar doliny Antylopy.

Ich pospolitość wyłuszczył nam jeszcze Randy w Rosamond. Opowiadał na przykład, że obecność nawet kilkusetletnich drzew na działce, na której chce się postawić dom, to żaden problem. Można albo budować dookoła drzewa, albo zatrudnić specjalistę, który przyjdzie i je przesadzi. Pewnie do parku narodowego…

Pandy w San Diego

Pandy w San Diego

Padło więc na zoo. Niewątpliwym plusem zoo jest to, że ma darmowy parking. Ma też górki, dołki, mostki, pagórki. Zoo w San Diego jest dzikie i wesołe. A to dlatego, że jest gęsto porośnięte drzewami, ścieżki są dość wąskie i ciągną się na kilku poziomach. Nie zawsze łatwo trafić w miejsca, gdzie się chce dojść, ale miejsca, w które się nawet przypadkiem dotarło i tak są warte odwiedzenia.

Po opisach spodziewaliśmy się miejsca dużo bardziej interaktywnego, z dużą ilością opowiadających strażników, karmienia, głaskania. Trafiliśmy na jedną opowieść, bardzo interesującą zresztą o fascynującym zwierzęciu, którego nazwy nie zapamiętaliśmy. Karmienia żadnego nie widzieliśmy. Było za to trochę wciągających i ciekawych miejsc do zabawy, które się Maćkowi podobały.

Tajemnicze zwierzę, którego nazwy nie znamy

Tajemnicze zwierzę, którego nazwy nie znamy

Największymi zaletami tego zoo jest fakt, że jest po prostu duże i można tam łazić godzinami. Do tego jest ładne i wciągające. No i chyba najważniejsze – ma pandy i niedźwiedzia polarnego! Co prawda kolejka do pand była spora, mostek do podziwiania tych zwierząt wąski i mało przyjazny dłuższym postojom (pewnie takie było zamierzenie), ale co widzieliśmy, to nasze! Pandy stanęły na wysokości zadania i się trochę nam pokazały. W przeciwieństwie do misia, który klapnął za skałą i ledwie co wystawał. Ale i tak okolice jego wybiegu dostarczyły Maćkowi sporo radości.

Proszę państwa, oto Miś

Proszę państwa, oto Miś

San Diego ma multum atrakcji. Gdybyśmy mieć nieograniczony budżet i pusty kalendarz zostalibyśmy tu na co najmniej kilka tygodni. Jim i Aga polecają zresztą San Diego nawet na lata… Nam musiało starczyć kilka dni. Nie byliśmy w La Jolla, gdzie na plaży zamieszkały foki, musieliśmy sobie darować liczne muzea w Balboa Park, nie dotarliśmy do Gaslamp ani do Seaport Village, jeszcze długo moglibyśmy tak wymieniać.

Tak to już z podróżowaniem jest, trudna sztuka wyboru, coś zobaczymy, coś odpuścimy, przynajmniej mamy po co wrócić. Prosto z zoo ruszyliśmy do Rosamond, żeby się przepakować, podczepić przyczepę, co miało też być prawdziwym testem dla jeepa i ruszyć na zachód. Niech Eddie też zobaczy w końcu Pacyfik!

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *