DSC

Skutery! Po Pętli Konglor tylko one były nam w głowie. Pakse to dobre miejsce do wypożyczenia skuterów. Z jednej strony jest monumentalna świątynia Wat Phu, z drugiej kraina mniejszości, deszczowców, słoni, kawy i wodospadów – płaskowyż Bolaven. Wszystko do zrobienia w kilka dni.

O ledwie kilku godzinach w Pakse i ogólnych wrażeniach z miasta napisaliśmy co nieco w poprzednim poście. Miasto i tak oglądaliśmy „przy okazji””: w nocy, kiedy przyjechaliśmy przy okazji poszukiwania noclegu, następnego dnia rano przy okazji poszukiwania wypożyczalni skuterów, a potem przy okazji jazdy na skuterach, najpierw do Wat Phu, a potem na Płaskowyż Bolaven.

Wat Phu

Portret rodzinny w Wat Phu

Wypożyczyć skuter w Pakse

Jeszcze przed wyjazdem do Pakse spojrzeliśmy na kalendarz i wyszło nam, że czas błogiego i leniwego podróżowania niestety dobiegł końca. Byliśmy już prawie półtora miesiąca w podróży (z dwóch) i jeśli chcieliśmy choć chwilę spędzić w Kambodży a potem poleżeć choć parę dni na plaży, to trzeba było się spieszyć. Dodatkowe dni w Laosie oznaczały krótszy pobyt w Kambodży. Ba, przez chwilę z obliczeń wynikało nawet, że może lepiej zrezygnować z Kambodży i z Pakse pojechać prosto do Tajlandii. Wtedy jednak do głosu doszedł tzw. niemagiczny realizm i wygrał argument „a co jeśli umrzemy za tydzień i nie zobaczymy Angkor Wat?”. I tak okolice Pakse zdecydowaliśmy się zamknąć w dwa dni.

Po ciężkiej podróży z Thakhek wstaliśmy nawet wcześnie. Ola z dzieciakami poszła na śniadanie, a Paweł ruszył szukać skuterów. Pierwszy przystanek był oczywisty – recepcja hotelu Lankham, w którym nocowaliśmy. Na sukces nie mieliśmy zbyt wielkich nadziei z racji wzmianki o hotelu w Lonely Planet i wysokiego miejsca w Google’u. Spodziewaliśmy się cen na poziomie Mad Monkey z Thakhek i raczej w euro niż w kipach. Tymczasem ceny w Lankham Hotel są naprawdę przystępne (60 000 kipów za skuter półautomatyczny i 90 000 za pełnego automata). Niestety rozsądne ceny i popularność złożyły się na to, że popyt przewyższył podaż i okazało się, że tego dnia na skuter z hotelu nie ma szans.

Wat Phu

Wat Phu

Następnym przystankiem była położona dosłownie kilkadziesiąt metrów od Lankham Hotel wypożyczalnia skuterów Pani Noy. Miss Noy jest taką instytucją w Pakse jak Mad Monkey w Thakhek. Zagościła na stałe na kartach przewodników, blogerzy gorąco ją polecają i w ogóle jest super. A przy tym, co zaskakujące, ma również całkiem rozsądne jak na Laos ceny (70k/100k). Podobno nie lubi się targować, ale przy tej popularności w internecie nie widzimy powodu, dlaczego miałaby lubić.

Miss Noy była też pierwszym znalezionym przez nas miejscem po Ayutthayi w Tajlandii, ze skuterami z krzesełkami dla dzieci umieszczonymi między kierowcą a kierownicą. Niestety nie wiemy, jakie była za nie dopłata, bo zobaczyliśmy je dopiero następnego dnia na obrandowanych naklejkami Pani Noy skuterach gdzieś w trasie. Na początku tej podróży pewnie dalibyśmy się za nie pokroić. Teraz mieliśmy już tyle doświadczenia, że za darmo byśmy je rozważyli, ale przy dopłacie nawet byśmy nie zawahali. Przydają się z naprawdę małymi dziećmi (tak do 2. roku życia), albo jak trochę większe dzieci ucinają sobie drzemkę. Z Kaliną wystarczyło jednak zrobić krótki przystanek, żeby się na dobre rozbudziła. Poza tym takie drzemiące dziecko to też dobry sygnał, że jak na jeden dzień, to wystarczy. A fotelik to niezła pokusa, żeby ciągnąć po zmroku, ile tylko się da. To nie jest zbyt bezpieczna i rozsądna opcja.

Wat Phu

Wat Phu

Jeśli chodzi o wynajem naszych skuterów, to skończyliśmy w małej, lekko szemranej wypożyczalni tuż za rogiem naszego hotelu. Na wejściu usłyszeliśmy cenę 130 000 kipów za dwa skutery (80k/50k). 16,5 USD za dwa skutery to i tak dwa razy drożej niż w Tajlandii, ale jak na Laos całkiem przyzwoicie. Moglibyśmy się jeszcze trochę potargować, ale i tak pewnie niżej byśmy nigdzie nie zeszli, a 1) czas nas gonił i 2) do hotelu było niedaleko, co było tym ważniejsze, że 3) czas nas gonił.

Dlaczego szemranej? Siedziało w niej pięciu czy sześciu młodych gości, w ciągu 20 minut, które Paweł tam spędził przewinęło się kilkunastu zagranicznych turystów i większości coś w tym miejscu nie grało – wchodzili, rozglądali się i wychodzili. Skutery nie powalały stanem technicznym, ale biegi, hamulce i światła działały, a resztę można było podwiązać sznurkiem. Większym problemem był brak kasków z szybkami, ale uznaliśmy, że okulary załatwią sprawę. Ostatnim małym minusem był kontrakt (wysoka kara za kradzież skutera i brak zapisu o pokryciu kosztów naprawy silnika i wymiany łańcucha ze standardową gadką – pokryjemy, proszę się nie obawiać – skoro pokryjecie, to dlaczego nie wpiszecie tego do kontraktu – cisza), ale robiło się późno, więc Paweł uznał, że lepiej i tak nie trafimy. No chyba, że do Pani Noy, ale tam spokój ducha kosztował 5 USD dziennie więcej. A przecież gdybyśmy chcieli spokoju ducha, to byśmy siedzieli w domu.

Paweł wziął więc jeden skuter niby na testową przejażdżkę, a tak naprawdę, żeby podjechać do pobliskiej restauracji po plecaki. I dzięki szybkim decyzjom udało nam się wyjechać w drogę tuż po godz. 11. Kto by się tego spodziewał?! Naprawdę działaliśmy według planu!

Wat Phu

Wat Phu

Skuterem z Pakse do Wat Phu

Wyjazd do Wat Phu (Vat Phou) był opcjonalnym punktem programu naszego pobytu w Pakse. Opcjonalnym, mimo że od 2001 roku świątynia jest na liście UNESCO, co zawsze jest istotną sugestią, że może jednak lepiej wstać trochę wcześniej i znaleźć akurat na tą atrakcję choć chwilę. No ale, że ciągle mieliśmy w planach Angkor Wat, czyli największą świątynię Imperium Khmerskiego, to Wat Phu trafiła na listę rezerwową.

Wat Phu jest położona ok. 40 km na południowy-zachód od Pakse, po drugiej stronie Mekongu. Jak pisaliśmy wcześniej, ogromnym bonusem wyprawy do Wat Phu jest przejazd ponad kilometrowym mostem przez rzekę. Potem też jest całkiem miło. Droga do Wat Phu jest porządna, mało uczęszczana. Jedzie się wśród pól i wiosek, czasem z lewej strony mieni się Mekong, czasem z prawej widać laotańskie góry.

Widok z Wat Phu

Widok z Wat Phu. Wzniesienia widać też w drodze skuterem z Pakse

Od tych wzniesień Wat Phu wzięła zresztą swoją nazwę. Znaczy to po laotańsku „świątynia na górze”. Miejsce było ważnym ośrodkiem kultu już w V wieku naszej ery, a obecnie zachowane ruiny datuje się na XI-XIII wiek. Wat Phu była częścią Imperium Khmerów, z Angkorem łączył ją bezpośredni szlak. W linii prostej dzieliło je wtedy niewiele ponad 260 km. Tysiąc lat później trzeba przejechać ich prawie 600…

Do Wat Phu bardzo łatwo trafić. Wyjeżdżając z Pakse trzeba wykonać dosłownie dwa zakręty, a kluczowy rozjazd, który prowadzi to Wat Phu, można sobie obejrzeć nawet w Google Street View.

Na miejscu zameldowaliśmy się tuż po godz. 13. Powitała nas pełna cywilizacja. Strażnik pokierował nas na parking dla skuterów, bilety kupiliśmy w zabudowanej i eleganckiej recepcji, w której dostrzegliśmy kątem oka fotele, lodówki z napojami, toalety. Aż zaczęliśmy się intensywnie rozglądać za wielką tablicą „Sfinansowano ze środków unijnych przy użyciu mechanizmu zapewniającego cień, fotele, toalety i lodówki z napojami”. Dostrzegliśmy jednak tylko pięknie ubraną choinkę, ale że to także w sumie niemiecki zwyczaj, więc nam wystarczyło. Zostawiliśmy w biurze plecak i odmawiając podwózce meleksami dziarsko ruszyliśmy na piechotę w stronę świątyni.

Wat Phu

Jasna, prosta ścieżka. Wat Phu

Wat Phu jest podobno o tyle wyjątkowa, jak na świątynie Khmerów, że jest linearna. Może dlatego nam, dzieciom cywilizacji europejskiej, wydała się całkiem do ogarnięcia. Idziemy i idziemy przed siebie, po lewej woda, po prawej woda, po lewej resztki „pałacu”, po prawej resztki „pałacu” (rola budowli, których ruiny umownie nazywano pałacami nie została jeszcze ustalona), schody, ścieżka, schody, ruiny po prawej, ruiny po lewej. Taka symetria, że można się tylko zastanawiać, czy ciąg schodów wskazuje na Jerozolimę, Mekkę, czy inny Rzym. W przypadku Khmerów jest to wschód. Uznali, że musi być tam jakaś cywilizacja.

Świątynia była rozplanowana na sześciu tarasach, najwyższy jest położony 75 metrów powyżej tych niższych. Oznacza to, że czeka was (oraz wasze dzieci, a w przypadku tych mniejszych to was z waszymi dziećmi na plecach) wspinaczka po nierównych schodach sprzed ponad tysiąca lat na wysokość co najmniej 20. piętra. Oczywiście w laotańskim upale, bo jakże by inaczej. My wspinaliśmy się tam wczesnym popołudniem, kiedy nawet laotańscy siepacze trawy i krzaków zalegli w cieniach murów. Przygotujcie się na fakt, że Wat Phu to niezła patelnia – wielkie przestrzenie praktycznie pozbawione drzew i wspinaczka na spore wysokości.

Wat Phu

Wat Phu to schody… duuużo schodów

Widoki ze wspinaczki rekompensują trochę widoki samych budynków świątynnych. Fakt, wychodzą one ładnie na zdjęciach, szczególnie z imponującymi wzniesieniami w tle (nazwa w końcu nie wzięła się znikąd). Ale w sumie tych budynków jest ledwie kilkanaście, a w dodatku są proste i mają dość ubogie detale. Jeśli naprawdę spieszy się wam do Angkor Wat, albo wolicie przyjemną jazdę na skuterze i dobrą kawę, to khmerskie świątynie zostawcie sobie na Kambodżę i ruszajcie czym prędzej na Płaskowyż Bolaven.

Wat Phu

Po prawej pałac, po lewej pałac… A przed nami Mekong

Jest może tylko jedna rzecz, no poza widokami na Mekong, w Wat Phu, która fascynuje. To wyrzeźbione w skałach zwierzęta na najwyższym tarasie. Znajdziecie tam słonie oraz krokodyla. Kamień z tym ostatnim mógł służyć do ofiar z ludzi w V-VI wieku, co znajduje potwierdzenie w starożytnych tekstach. Warto też podejść do świętego źródła, w którym miał zostać wykąpany Sziwa – jedno z trzech najważniejszych bóstw hinduizmu.

Wat Phu

Wat Phu. Słoń w skale

Kiedy po kilku godzinach wróciliśmy do recepcji całego kompleksu, lodówka z napojami wydała nam się niebem, a zamrażarka z lodami jego siódmym kręgiem. Królestwo oddalibyśmy za kęs koncernowego loda i równie koncernowego czarnego napoju gazowanego o zawartości 10 łyżeczek cukru na szklankę. Niby mamy swoje zasady, ale są takie chwile, a wspinaczka na khmerską świątynię w upale jest jedną z nich, kiedy idą one w odstawkę. Królestwa dawać nie musieliśmy, wystarczyło kilkanaście tysięcy kipów i zalegliśmy na długie minuty w recepcyjnych fotelach.

Wat Phu

Wat Phu

A by się odkoncernować, zajechaliśmy do jednej z pustych knajpek od razu po wyjeździe ze świątynnego kompleksu. Zupa jest w nich w normalnej cenie i w normalnym smaku. By jednak nie było aż tak miło, to gospodyni przybytku do którego zawitaliśmy próbowała nas oszukać przy wydawaniu reszty. Kiedy zwróciliśmy jej na to uwagę, długo udawała, że nie wie o co chodzi, a potem żachnęła się w stylu „bogate białasy żałują dolara czy dwóch” i zniknęła za kotarą.

Wat Phu

Zmęczeni wychodzimy z Wat Phu

Gdy wracaliśmy do Pakse, już zmierzchało. Plan zaburzyła nam chwila lenistwa na recepcyjnych fotelach. O tej porze planowaliśmy być już kilkanaście kilometrów dalej i kilkaset metrów wyżej. Mieliśmy więc do wyboru: wrócić do hotelu i zacząć Pętlę Bolaven następnego dnia rano, albo nie zatrzymywać się w Pakse i pruć przed siebie. Mając w pamięci miłe doświadczenia z jeżdżenia po zmroku z Thakek i widząc na mapce oznaczony guesthouse w odległości zaledwie 20 kilometrów od Pakse, postanowiliśmy jechać. Okazało się jednak, że tym razem przechytrzyliśmy samych siebie…

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *