Rzeszów powinien być idealny do spacerów. To w końcu miasto historycznie niewielkie, z głównymi atrakcjami na kilku kilometrach kwadratowych. I jest tu naprawdę ładnie – kilkugodzinny spacer po Rzeszowie to duża przyjemność. Ale dwóch poważnych chorób polskich miast nie udało się mu uniknąć.

Polskie miasta to często estetyczny roller-coaster. Pięknie wyremontowane rynki, kościoły, czasem jakieś multimedialne muzeum. Choćby kilka miejsc wymuskanych z unijną pomocą, tak na jeden turystyczny folder, przetłumaczony potem na wiele języków. A do tego przedmieścia, przez które trzeba przejechać, czy to pociągiem, czy to autokarem, czy samochodem, by do tych perełek dotrzeć. Przedmieścia, które są estetyczną traumą.

Czasem chorują na nowoczesną chorobę zwaną banerozą, jak na przykład Aleja Krakowska w Warszawie. I tak dobrze, jeśli choroba zaatakowała tylko trasy dojazdowe. Gorzej jeśli wlała się do historycznego środka miast, jak zakopianka wlała się na Krupówki. „Stopień wizualnego obesrania poboczy drogi nr 47 przywodzi na myśl zaplanowaną, celową i precyzyjnie odbytą zbrodnię na pejzażu, mord na cudzie świata, który nam podarowano. (…) A potem wjeżdżamy do miasta (…) i udajemy się na główną ulicę. Barwnego badziewia jest więcej, bo się stłoczyło, skropliło się i ścieka po ścianach, po szybach, po drzewach, dachach, schodach, płotach, po wszystkim. Nic spod tego trądu już nie widać” – pisał kiedyś o Zakopiance i Krupówkach Stasiuk.

Przez lata przestaliśmy to dostrzegać. Przywykliśmy. Kiedy przed kilku laty zakładaliśmy kawiarnię przy warszawskim zoo, wszyscy radzili nam, by wieszać banery, gdzie się tylko da. Wszyscy, nawet ludzie, zdaje się, estetycznie dojrzali. Ale przecież przy własnym biznesie takie trywializmy schodzą na drugi plan. A reklama to dźwignia handlu. Gorączce biznesu ulegliśmy i my. Przygotowaliśmy kilka banerów – na kawiarnię, na stoisko, z którym mieliśmy się wystawiać, na zoo. Jak zaczęliśmy wieszać, to coś nas tknęło. Może to było wtedy, kiedy stanęliśmy ramię w ramię z gościem oblepiającym słupy ogłoszeniowe kolejną reklamą wyprzedaży dywanów? Poczuliśmy się trochę niezręcznie.

Niektóre polskie przedmieścia chorują też na biedę. Kiedy kilka lat temu w końcu wybraliśmy się gdzieś Polskim Busem, przejechaliśmy przez Jedno-Z-Polskich-Miast. Nieważne które. Miasto walczy o życie i nie jest to walka tak jednoznacznie przegrana. Ale przedmieścia… Oglądaliście kiedyś „100 mil do nieba”? Przedmieścia przez które jechaliśmy, wyglądały jak Polska wyjęta z tego filmu. Polska końca lat 80-tych. Pusta, brudna, tymczasowa. Bloki stoją tam na jakichś hałdach. Wąska, dziurawa szosa bez chodnika ma z jednej strony klepisko prowadzące do garaży, z drugiej widać rachityczne chwasty rosnące na czarnym osuwisku. W tle postindustrialny krajobraz, gdzie natura odzyskuje teren zabrany jej kiedyś przez przemysłową rewolucję Polski Ludowej.

A gdzie w tym wszystkim Rzeszów? Rzeszowskie przedmieścia wydają się radzić sobie dobrze z trudnymi estetycznie czasami. Miasto wita przybysza z północy zgrabnymi osiedlami z zadbanymi domkami jednorodzinnymi. Gdzieniegdzie można wypatrzeć między nimi drewniaki, tak szybko znikające z pejzaży polskiej prowincji. Pierwsze blokowiska to nie tyle losowo rozrzucone klocki i zaniedbane podwórka, ale zorganizowana zabudowa i przystrzyżona zieleń.

Co innego rzeszowski dworzec autobusowy. Może nie zadaje fizycznego bólu jak warszawski Dworzec Zachodni, z którego wyruszyłem. Ale powodem do chluby też nie jest. Na szczęście w przeciwieństwie do dużego i wyrzuconego między hektary torów kolejowych i miejską autostradę dworca warszawskiego, końcowy przystanek autokarów w Rzeszowie pozwala się opuścić w kilka chwil. A historyczne centrum jest właściwie tuż za rogiem.

Wielka C – pomnik pod opieką bernardynów

Za to jeszcze na głównej trasie dojazdowej do dworca od północy można wypatrzeć atrakcję Rzeszowa, z której chyba niewielu jego mieszkańców jest naprawdę dumnych, ale która (w co może trudno im będzie uwierzyć) naprawdę może budzić pozytywne i radosne emocje. To Pomnik Czynu Rewolucyjnego przy Rondzie Dmowskiego. Pomnik, zaprojektowany przez Mariana Koniecznego (twórcy warszawskiej Nike), uroczyście odsłonięto w 1974 roku. Przedstawia z jednej strony Nike, a z drugiej chłopa, żołnierza i robotnika ze sztandarem rewolucji. Oba przedstawienia oddziela pionowa konstrukcja, w której, jakby się było fanem architektury Libeskinda, można by zobaczyć dwa żagle. Jednak cały Rzeszów widzi tam albo ośle uszy (wersja grzeczna) lub Wielką C…, czyli kobiece genitalia (wersja niegrzeczna). W tą ostatnią interpretację wpisało się dodatkowo zamontowanie na jego szczycie herbu miasta. Teraz wszyscy widzą tam punkt odpowiedzialny za szczytowanie.

Ciekawostką jest to, że od 10 lat Wielki Czyn jest pod opieką… zakonu bernardynów. Miasto przekazało im teren za 1 proc. jego wartości nie wyłączając pomnika. Nie objęto go też ochroną konserwatorską. Jest więc na łasce i niełasce zakonników. Tych jednak rewolucyjno-anatomiczny pomnik jeszcze nie zgorszył na tyle, by chcieli go zburzyć.

Samemu pomnikowi przydałoby się jednak trochę więcej uwagi. Jakby nie było, jest to jeden z symboli Rzeszowa i goście go odwiedzają. Tymczasem monument, który mógłby nosić też miano „Nike z gołębiami”, jest odrażająco brudny. Kto wie, może władze Rzeszowa czekają aż ktoś napisze jakiś gołębi klasyk, podobny do tego, który Młynarski wyśpiewał Warszawie. Chyba, że chodzi o podkreślenie, kogo zmiażdżyło koło historii, a kto jest na górze. Po drugiej stronie ronda stoją bowiem lśniące, kolorowe i wymuskane pomniki Wielkiego Czynu Kapitalistycznego z Galerią Rzeszów na czele.

Mojrzeszów

Tak właśnie mówiono o Rzeszowie przed wojną. Nawet teraz, pisząc niewinny post, czuję że nagłówek może być odebrany drwiąco. Jakbyśmy kogoś chcieli na blogu podjudzić. Tymczasem żydowski Rzeszów zaczyna się zaraz za rogatkami dworca. Ledwie 200 metrów od jego wschodniej bramy jest Plac Ofiar Getta założony na terenie Starego Cmentarza Żydowskiego zniszczonego w czasie wojny. Macewy z tego cmentarza leżą gdzieś pod ulicami miasta. Podobnie jak macewy z wielu żydowskich miast w całej Polsce. Wiem o tym, bo przez 20 lat mieszkałem ledwie dwa kilometry od jednego z największych żydowskich cmentarzy przedwojennej Polski. Cmentarza, na którym prawie nic nie zostało, i na który nigdy w życiu nie zajrzałem.

Dawny cmentarz przedzielony ulicą Sobieskiego znajdował się przed wojną w centrum Nowego Miasta – dzielnicy żydowskiej. Teraz Plac Ofiar Getta to typowy plac z polskich miast przeoranych wojną. Kilka alejek, trochę zieleni, suszące się pranie na balkonach zamykającego je kilkupiętrowego bloku. Do tego pomnik albo mała tablica mówiąca co tu było i kiedy stało. Polskie place wyobraźni.

Synagogi obronne

W przewodnikach wyczytamy, że dwie pobliskie synagogi świadczyły o znaczeniu rzeszowskich Żydów. To było ogromne. Do przełomu XVI i XVII wieku miejscowa społeczność żydowska podlegała wielu ograniczeniom. Dopiero Lubomirscy, którzy wtedy przejęli miasto w tym okresie zmienili wobec nich politykę, przez co Żydzi szybko zdominowali ludnościowo chrześcijan.

Do końca XIX wieku Rzeszów był miastem kompaktowym. Nie poszerzali go prywatni właściciele – Lubomirscy, Ligęzowie, nie było też zgody na rozrost miasta ze strony Austriaków. W jego wąskich granicach (ledwie 2,9 km kw.)  Żydzi stanowili pod koniec XIX wieku 80 proc. mieszkańców. Dopiero w 1901 roku ich liczba spadła poniżej 50 proc., co nie tyle wynikało z siły rozrodczej chrześcijanek, co z rozrostu terytorialnego miasta i włączenia w jego granice podrzeszowskich wsi.

Przez Plac Ofiar Getta trafiamy na dwie obronne synagogi. Ten sam odruch, który powstrzymuje przed zapisaniem w nagłówku słowa Mojrzeszów, każe też zapytać, przed kim bronili się rzeszowscy Żydzi. Nie przed polskimi sąsiadami. Choć wzajemne stosunki z chrześcijańskimi (katolikami i innymi) mieszkańcami miasta nie zawsze były łatwe, to charakter synagog wynikał z czegoś innego. Powstały one w okresie najazdów tatarskich i szwedzkich. Co więcej Synagoga Staromiejska była włączona w obręb umocnień miejskich. Stanowiła też miejsce zbiórki oddziałów odpowiedzialnych za obronę tej części murów. Za to jej okrągła wieża, której przypisuje się znaczenie obronne miała pełnić funkcję więzienia, gdyż sądy starozakonne miały oddzielną jurysdykcję.

Spacer po Rzeszowie. Synagoga Nowomiejska

Spacer po Rzeszowie. Synagoga Nowomiejska

Idąc od strony dworca najpierw trafimy na Synagogę Nowomiejską (Sobieskiego 17) wzniesioną na początku XVIII wieku przez włoskiego architekta Jana Chrzciciela Belottiego. Synagoga jest więc dziełem naczelnego architekta Lubomirskich (drugiego pokolenia nadwornych architektów), który zaprojektował również m.in. Kościół Garnizonowy (Matki Boskiej Królowej Polski). Wychodzi, że w portfolio brakowało mu tylko cerkwi.

Synagoga przetrwała prawie całą wojnę – była używana jako stajnia i magazyn. Dopiero w 1944 roku spłonęła i nowe, komunistyczne władze chciały ją wyburzyć. Sprzeciwiła się temu Kongregacja Wyznania Mojżeszowego. Budynek przez prawie dziesięć lat był ruiną, kolejną dekadę go remontowano, a właściwie dość radośnie odbudowano, dodając dodatkową kondygnację i zaburzając oryginalny wygląd i proporcje. Nowy budynek przekazano artystom i obecnie mieści się w nim Biuro Wystaw Artystycznych.

Z oryginalnych wnętrz nie zachowało się nic, więc jeśli nie macie nastroju na oglądanie dzieł malarzy i grafików, to wystarczy obejrzeć synagogę z zewnątrz, żeby docenić pierwotny projekt i próbować zrozumieć kto i dlaczego dodał tam to zupełnie niepotrzebne piętro.

Tuż obok stoi mniejsza i starsza Synagoga Staromiejska (Bożnicza 4). To jedna z najstarszych zachowanych synagog w województwie podkarpackim. Powstała na początku XVI wieku. Wielokrotnie się paliła i powstawała jak feniks z popiołów, choć zazwyczaj w nieco innym kształcie. Dorobiła się dwóch przybudówek, z czego po wojnie ostała jej się tylko jedna.

Spacer po Rzeszowie. Synagoga Staromiejska.

Spacer po Rzeszowie. Synagoga Staromiejska.

Już na początku XX wieku trafiła pod ochronę konserwatorską jako zabytek. W czasie wojny została częściowo zniszczona, odbudowano ją mnie więcej w tym samym czasie co młodszą i mniejszą sąsiadkę. Jak można się spodziewać, nie zachowało się nic z oryginalnego wyposażenia. Zresztą Wojewódzkie Archiwum Państwowe, które dzierżawi budynek od Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Krakowie, nie lubi gości i nie zaprasza spacerowiczów w swe skromne progi.

Spacer po Rzeszowie… między samochodami

Synagogi dalej się bronią, ale już nie przed Szwedami czy Tatarami. Bronią się przed inną inwazją, z którą walczą polskie miasta. Przed inwazją samochodów. Rzeszowianom wydaje się to nie przeszkadzać… A raczej starają się z tym żyć. Jedni prośbą, inni groźbą:

A Panowie to na długo tutaj?

Nie, na 5 minut tylko, można?

Jak na pięć minut, to tak, ale ma nie być dłużej, dobra?

Jasne, jasne.

Pod Synagogą Nowomiejską spędziłem może ze 2 minuty, ale to wystarczyło, by usłyszeć taki dialog między kimś wychylającym się z okna synagogi i parkującym kierowcą. Okolice wyglądają jak pole bitwy. Stalowe pojazdy otaczają szczelnym pierścieniem obronny budynek, wdrapują się na trawniki, skarpy, by mieć lepszą pozycję do ataku. Pieszy próbuje się przez nie przecisnąć, a w końcu ląduje na brukowanej… ulicy, bo tylko tam da radę spokojnie przejść.

Przez parkingi nie łatwiej się przedrzeć. Każdy zastawia każdego. Nie pomogła strefa płatnego parkowania i liczne zakazy. Biznes poczuli nawet zakonnicy. Jak wiadomo, zakony zawsze podnosiły cywilizacyjnie i gospodarczo miejsca, w których je osiedlano. Udało się to nawet Krzyżakom na Mazowszu, ale ci akurat mieli naprawdę nisko zawieszoną poprzeczkę. Bernardyni zbudowali więc obok Pomniku Czynu Rewolucyjnego podziemny parking, nad którym urządzono ogród z kawiarenką. Ale miejsc parkingowych nadal jest mało, a odległości w Rzeszowie takie, że każdy chce do centrum przyjechać samochodem. To musi prowadzić do konfliktów. Czasem da się dogadać, mówiąc na przykład stanowczym głosem „five minutes”, do pracownika kebabowni, który zablokował wąską uliczkę przy rynku. A czasem kończy się na groźbach.

Ty k…, p… kurduplu! Po ch… tu stawałeś.

Weź się człowieku odp…

Jak mam się odp… jak nie wyjadę. Sp… stąd, bo ci zaraz wp…

Takiego przyjemnego dialogu byłem świadkiem ledwie kilka minut i kilkadziesiąt metrów od Synagogi Staromiejskiej przy wyjściu z piwnic pod rzeszowskim Rynkiem. Czy skończyło się rękoczynami, czy też jedna ze stron oddaliła się przezornie w swym żelaznym rumaku – tego nie wiem. Poszedłem dalej. Dość ostrożnie – dodajmy. Warszawa to co prawda już prawie Azja, ale kierowcy zachowują trochę empatii dla pieszych. Mimo że prawo ciągle daje im przewagę na pasach, to czasem zatrzymają się i przepuszczą. W Rzeszowie, jak w większości polskich miast, działa to inaczej.

Człowiek powinien się przemykać pod murami, a na przejściu grzecznie czekać na swoją kolej. A najlepiej kazać mu biegać nad samochodami. Dlatego więc niedaleko rzeszowskiego dworca zbudowano futurystyczną szklaną kładkę dla pieszych. Piękna, nowoczesna i jeszcze poprawia przepustowość. Nie chciało mi się na nią wchodzić. Mi, człowiekowi z miasta, które na głównej arterii w samym centrum nie ma przez prawie 1,5 kilometra normalnych pasów. Postanowiłem za to, jak pokolenia rzeszowian, choć na chwilę uciec pod ziemię [*zapraszam po libijską anegdotkę na koniec postu].

Podziemna trasa pod rzeszowskim rynkiem

369 metrów długości, 15 korytarzy, 25 piwnic oraz od pół do 10 metrów głębokości – tak w liczbach prezentuje się Podziemna Trasa Turystyczna „Rzeszowskie piwnice”. Trasa budzi skrajne emocje. Jedni są z niej dumni, inni określają ją jako zmarnowany potencjał. I jedni, i drudzy mają trochę racji.

Trasa w końcu nie jest najdłuższa ani najgłębsza spośród podziemnych tras turystycznych w Polsce (chociażby kłodzkie podziemia mają 700 metrów długości), ale… są. Wizyta w nich zmienia odbiór miasta, jego historii i roli rynku oraz otaczających go kamienic. Uświadamia też, jak bardzo dusiło się miasto, skoro przez ograniczenie powierzchni do ledwie kilku kilometrów zaczęło schodzić pod ziemię i to miejscami aż na 10 metrów.

Największa wada podziemi? To zdecydowanie ekspozycja. W zaledwie kilku pomieszczeniach wystawiono parę eksponatów, często niezwiązanych z piwnicami (dyby? w podziemiach???), smutne wrażenie robi też porzucony po drodze tandetny kościotrup, który stał się maskotką trasy („goście biorą sobie z niego kosteczki”), a przecież leży na miejscu, gdzie zginął człowiek uciekający przed hitlerowską machiną śmierci.

W żadnym razie nie należy jednak odpuścić piwnic. To kilkadziesiąt minut podróży z przewodnikiem po historii miasta i całego regionu. Rzeszów leżał na szlaku winnym, którym transportowano węgrzyny. Te rodziły się się na węgierskich stokach, ale dojrzewały często już w Polsce (In Hungariae natum, sed Poloniae educatum). Chodząc po piwnicach można sobie wyobrazić beczki pełne wina i ułożone w stosy inne produkty, którymi później handlowano na rynku. Albo poczuć grozę mieszkańców ukrywających się przed Tatarami, czy Niemcami. A w piwnicznych przewężeniach, w których zastawiano zasadzki na atakujących, można nasłuchiwać szczęku mieczy i jęków konających.

Można też docenić detale, jak zawiasy na kilku metrach wysokości – efekt pogłębiania piwnic. Albo próbować zgłębić tajemnicę wynoszenia miast w górę przy wizycie w najstarszym pomieszczeniu piwnic. Wnioskując z jego wyglądu oraz okna miało prawdopodobnie przeznaczenie sakralne i było początkowo zlokalizowane na powierzchni, a potem dopiero przykrył je podnoszący się z kolejnymi stuleciami rynek.

Spacer podziemiami trwa krótko. Moja prywatna wycieczka z przewodnikiem zajęła 20, może 30 minut i to pomimo wielu pytań, na które dostałem szybkie ale wyczerpujące odpowiedzi. Polecam więc pytać i wyciągnąć ze spaceru jak najwięcej. Mnie zainteresowały głównie kwestie własnościowe. I dowiedziałem się, że piwnice były w dużej mierze prywatną inicjatywą regulowaną przez dogadywanie się mieszkańców. Taka rzeszowska presamorządność.

Rzeszowska trasa podziemna ma szansę na rozbudowę. Wielu chodników jeszcze nie odkopano, a dzięki zdjęciom z georadaru wiadomo co nieco o ich lokalizacji. Jest nawet ślad chodnika odchodzącego w stronę Zamku Lubomirskich, aczkolwiek nie ma 100-procentowej pewności, że dochodził on do samego zamku.

Podziemia były też świadkiem tragicznego końca historii rzeszowskich Żydów. Większość z nich zamordowano w podrzeszowskich lasach i obozie zagłady w Bełżcu. Wojnę przetrwało ledwie kilkaset osób, z których część wróciła do miasta. Być może kilka osób przeżyło wojnę dzięki piwnicom pod rynkiem, w których także szukano schronienia. Jednym z tragicznych, wojennych epizodów, który rozegrał się po rynkiem były wydarzenia z 1 marca 1944 r. Niemcy odkryli wtedy pod apteką grupę ukrywających się Żydów. Większość zamordowano, ale kilku osobom udało się zbiec.

Rynek

Z podziemi wychodzi się tyłem jednej z kamienic. Kiedy już przeciśniemy się przez konfliktogennie zaparkowane samochody z powrotem na rynek, odetchniemy pełną piersią. Prostokątny i długi plac otaczają ładnie odremontowane 2-3-piętrowe kamienice z końca XIX wieku. W większości powstały po wielkim pożarze w 1842 roku i w dość dobrym stanie przetrwały wojnę. Rynek miał się wtedy trochę gorzej, bo przez duży ruch ciężkich pojazdów wojskowych cierpiały piwnice i wszystko się sypało.

Na środku rynku stoi zrekonstruowana studnia. Kiedyś służyła mieszkańcom nie tylko w spokojnych czasach, ale też kiedy ukrywali się w podziemiach pod rynkiem. Potem zasypano ją, głównie ze względów higienicznych. A odkryto na nowo przy odbudowie w dużej mierze zawalonych i zasypanych piwnic – ze względów turystycznych.

Rzeszowski rynek prezentuje się naprawdę ładnie. Odnowione kamienice, ratusz, scena, która żyje latem. Ogródki, kilka ciekawych lokali dla piwoszy, kawoszy. Wieczorem ładne i dobrze zgrane podświetlenia budynków wydobywają architektoniczne detale. I jedyną łyżką dziegciu w tym wszystkim są oznaki choroby, której udało się uniknąć na przedmieściu.

Problem najlepiej widać na północnej ścianie rynku. Na kilku kamienicach udało się zachować stonowane reklamy i szyldy. Ale wschodni kraniec opanowały kebaby i chyba one dały sygnał do frontalnego ataku. Wielkie i krzykliwe loga pasują do stonowanych kamienic jak pięść do oka. Szczegółowo wypisane menu zajęło każdy centymetr ścian między oknami. Szyby też nie mogą się zmarnować i można na nich pozachwalać niuanse blisko-wschodniej kuchni w polskim wydaniu. Kamienica obok dodatkowo ugina się pod łańcuchami, na których zawieszono reklamy przybytków goszczących w jej wnętrzu. By jeszcze wydobyć kilka dodatkowych centymetrów, cześć szyldów jest zamontowana prostopadle do ściany. Banery, reklamy, szyldy, potykacze – feeria barw i kształtów. I tak dobrze, że choroba na razie sięgnęła tylko parteru. Strach pomyśleć co będzie jak pójdzie w górę – na pierwsze czy drugie piętro.

To tylko przedsmak tego, co widać dalej. Piękne kamienice z przełomu wieków, rozsądnie postawione prl-owskie plomby czy nawet całkiem dobrze skrojona współczesna zabudowa. Wszystko ugina się pod tandetnymi, krzykliwymi reklamami. I tak dobrze, że nie ma wielkopowierzchniowych szmat, którymi właściciele warszawskich budynków kpią sobie z obowiązującego prawa. Cała reszta tabliczek, kutych reklam, plastikowych szyldów obsiada partery kamienic, wynajduje skrawki wolnej ściany, najlepiej na poziomie oczu przechodniów i stara się ich przyciągnąć. Nawet Zamek wita na wejściu banerem zachwalającym szybkie specjały lokalnego bistro.

Kawa rzeszowska powoli

Warto na chwilę uciec od tego estetycznego zgiełku na dobrą kawę. Miejsc, gdzie można ją znaleźć, jest na samym rynku i w jego okolicach co najmniej kilkanaście. Mnie urzekły dwa. Jedno to Powoli Cafe (Mickiewicza 4) ze smaczną kawą w rozsądnych cenach oraz obłędnie dobrymi lodami i ciekawym wnętrzem. Menu jedzeniowe też wygląda zachęcająco, ale bałem się go ruszyć, bo w perspektywie miałem dwudniową wyżerkę na Szlaku Podkarpackie Smaki. Trzeba było robić miejsce… Duży plus dla Powoli Cafe również za wina z Winnicy Turnau. Te jednak też czekały już na mnie w Salonie Win Karpackich w Dworze Kombornia.

Spacer po Rzeszowie. Kawa Rzeszowska

Spacer po Rzeszowie. Kawa Rzeszowska

Drugim miejscem, w którym można sięgnąć po efekty alternatywnych metod parzenia kawy jak chemex czy drip jest Kawa Rzeszowska (Kościuszki 3) – niewielkie miejsce z kilkoma stolikami i ogródkiem – w marcu jeszcze zamkniętym. Przyjazna i pomocna obsługa, kilka dobrze dobranych gatunków kawy. Dobre miejsce zarówno na szybki przystanek na spacerze, jak i trochę dłuższy odpoczynek przy filiżance parującej aromatem Etiopii, Kenii czy Gwatemali.

Z Rynku do Zamku

Po kawie można ruszyć dalej na południe – w stronę Zamku Lubomirskich. Dojdziemy tam urokliwym deptakiem, który utworzono na ul. 3 maja. Po drodze można wstąpić do kościoła na pl. Farnym, który obecny wygląd uzyskał w połowie XVIII wieku. Na dzwonnicy kościoła na pl. Farnym można wypatrzyć mały, ale jakże uroczy szczegół. To tablica poświęcona pamięci Janów – dwóch rzeszowskich biskupów z XIV-XV wieku, którą ufundowała… Unia Polityki Realnej. Ani to polityczne, ani do końca realne. Ale co ja tam wiem…

Spacer po Rzeszowie. Kościół pw. Świętego Krzyża

Spacer po Rzeszowie. Kościół pw. Świętego Krzyża

Pod koniec ul. 3 Maja na jego wschodniej pierzei rozciąga się fasada dawnego konwentu pijarskiego. Funkcję sakralną pełni nadal tylko centralna jego część – XVII-wieczny kościół pw. Świętego Krzyża. Przylega do niego za to jedna z najstarszych szkół średnich w Polsce – I Liceum Ogólnokształcące im. ks. Stanisława Konarskiego. Szkoła ma w swej historii takie momenty jak na przykład królewskie podziękowanie dla profesorów i wychowanków. Dziękował im król Jan III Sobieski za udział w wiktorii wiedeńskiej.

Na południowym krańcu al. 3 Maja warto zwrócić uwagę na zbudowany na początku XX wieku budynek Komunalnej Kasy Oszczędności, w której mieści się obecnie oddział banku PKO. Ma niezwykle bogatą elewację, która nawiązuje do pseudogotyku. Tuż przed nim kończy się strefa bez samochodów, a to oznacza, że dla spacerowicza tak łatwo już dalej nie będzie. Kolejny za to plus za szyldy. Widać, że branża bankowa stara się sama ograniczać.

Spacer po Rzeszowie. Budynek Komunalnej Kasy Oszczędności

Spacer po Rzeszowie. Budynek Komunalnej Kasy Oszczędności

W alei Lubomirskich – po lewej za budynkiem Komunalnej Kasy Oszczędności stoi Letni Pałac należący kiedyś do tego rodu. Powstał pod koniec XVII wieku na terenie dawnej winnicy. Od 2013 roku jest własnością Okręgowej Izby Lekarskiej w Rzeszowie, która go wciąż remontuje i nie wygląda jakby miała wkrótce skończyć. Pałacyk wygląda więc jakby pływał sobie w jeziorku błota i żwiru, który wysypano chyba tylko dla samochodów ekipy remontowej.

Spacer po Rzeszowie. Letni Pałac Lubomirskich

Spacer po Rzeszowie. Letni Pałac Lubomirskich

Za pałacem warto skręcić w prawą stronę w aleję Pod Kasztanami, na której niestety nie ma już kasztanowców. Jest za to kilka architektonicznych perełek. Aleja z jednej strony przylega do terenów Zamku Lubomirskich, ale jeszcze ciekawsze rzeczy dzieją się na jej północnej pierzei. Na przełomie XIX i XX wieku zbudowano tam trzy wille, określane swego czasu jako „płody fantazyi i smaku wiedeńsko-galicyjskiego” (E. Swieykowski), którym nie sposób odmówić teraz uroku.

Swieykowskiego wille irytowały pewnie mnogością detali, okienkami na różnych wysokościach, drewnianymi dachami połamanymi jak szczyty gór. W zderzeniu z prostą bryłą stojącego naprzeciwko Zamku od tego bogactwa faktycznie może zakręcić się w głowie. Być może też chciał bardziej wielkomiejskiej zabudowy w dawnych letnich ogrodach Lubomirskich. A tak powstała idealna do spacerów, trochę podmiejska aleja.

Zamek – sąd, na który chrapkę ma miasto

Na trasie pozostał nam jeszcze Zamek Lubomirskich zbudowany w obecnym kształcie na początku XX wieku jako siedziba sądu, którą to funkcję nadal pełni. Przez prawie cały wiek funkcjonowało w nim również więzienie, ale w 1981 roku przeniesiono je do nowego zakładu zbudowanego pod Rzeszowem. Choć cała historia Zamku jest niewesoła, to jej najtragiczniejszy okres przypada na lata II wojny światowej i bezpośrednio po niej. Budynek i jego okolice spłynęły wtedy krwią. Najpierw była to krew więźniów hitlerowskich. Ale nowe, komunistyczne władze początkowo też nie zwalniały tempa. Poza Polakami w Zamku dokonywano też egzekucji hitlerowskich zbrodniarzy oraz nacjonalistów ukraińskich.

Zamek nie jest udostępniony do zwiedzania. Można za to spokojnie przejść przez bramę i wejść na okalające go mury, ale służą one za parking, a przeciskanie się przez gęsto zaparkowane samochody nie jest szczególnie atrakcyjne turystycznie. Poza tym można to robić w dziesiątkach innych miejsc w Rzeszowie.

Miasto od dłuższego czasu chciałoby przejąć zamek, ale, jak stwierdził mój przewodnik po podziemiach, „rozmowy z wymiarem sprawiedliwości do najłatwiejszych nie należą”. W przejętym Zamku swoją siedzibę miałoby mieć Muzeum Okręgowe. I tu pojawia się dodatkowy szkopuł, bo koszty utrzymania są ogromne i muzeum wymagałoby równie ogromnych dotacji. Pytanie więc, czy miasto na to stać i czy faktycznie jest ono naprawdę zdeterminowane w rozmowach z ministerstwem.

Na tym skończyłem kilkugodzinny spacer po Rzeszowie, ale można pójść jeszcze kawałek, by sprawdzić, czy Jan Chrzciciel Belotti postarał się przy Kościele Garnizonowym równie mocno co przy synagodze (dojdziemy tam ul. Dąbrowskiego i Reformacką), albo przejść się pod Pomnik Czynu Rewolucyjnego i usiąść w ogrodach bernardyńskich. Późną zimą wyglądały one mało zachęcająco, ale latem jest tam na pewno milej.

W całym Rzeszowie jest miło, urokliwie i smacznie. Niech was nie zniechęci moje narzekanie na banerozę i samochodowe rozpasanie. Jeśli traficie kiedyś do Rzeszowa, to nie uciekajcie od razu dalej, ale dajcie miastu choćby kilka godzin i wybierzcie się na spacer. Warto!

*LIBIJSKA ANEGDOTKA:

Kiedyś, dawno, dawno temu pracowałem w Libii. Arabistycznym pacholęciem będąc ledwo dukałem po arabsku, więc chwytałem się każdej okazji, żeby język trochę podszkolić. Wybrałem się kiedyś ze znajomym na wycieczkę, by obejrzeć „domy w ziemi”. To stare domostwa górali z Gór Nafusa – płaskowyżu wznoszącego się kilkaset metrów nad Trypolitanią na granicy z Saharą. Kiedyś mieszkańcy Trypolisu przeklinali ten rejon za Gibli – suchy i piaszczysty wiatr z pustyni. Teraz za thuwwar – rewolucjonistów, co przyszli 5 lat temu, by oswobodzić stolicę z rąk tyrana, a sami zajęli jego miejsce.

Kolega prowadził samochód, ja byłem pilotem. Mieliśmy mapkę sporządzoną 20 lat wcześniej przez polskiego kontraktowicza – kartografa, który miał wytyczyć pierwszy w Libii park narodowy, a że to nie wyszło to weekendowo robił mapki z atrakcjami turystycznymi. Takimi jak rzymskie prasy oliwne czy naskalne rysunki. Mapy były z opisami, np.: wjedź w zagajnik, miń wrak starego peugota i po prawej zobaczysz prasę. Albo: zajedziesz na podwórko libijskiego gospodarstwa, ładnie przeproś, powiedz: „rusumat” i ktoś zaprowadzi cię na pole. Tam na skałach będą rysunki sprzed kilku albo kilkunastu tysięcy lat.

„Domów w ziemi” nie mogliśmy jednak znaleźć. W końcu trzeba było zapytać. Podjechaliśmy do przechodnia i na mnie spadła rola pytacza. Zapytałem więc:

Ekhm, przepraszam bardzo, szukamy domów w ziemi.

Słucham?

Domów w ziemi, takich dziur, które Libijczycy daaaawno, daaawno temu kopali w ziemi, żeby w nich mieszkać.

Libijczycy nigdy nie kopali dziur w ziemi, żeby w nich mieszkać!

W sumie prawda. To głównie były naturalne groty.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • Rzeszowiacy nazywają ulicę 3-go Maja Paniagą – kiedyś nazywała się Pańska. Dzięki za fajny tekst o naszym miasteczku.

  • fajny tekst jeszcze parę miejsc można było opisać np. fontanny multimedialne,teatr Siemaszkowej dawna siedziba „Sokoła”oraz pierwsze w Polsce muzeum Dobranocek jednak i tak z ciekawością przeczytałem ten przewodnik w „pigułce”

    • Ba, tydzień też byłby lepszy, ale mieliśmy kilka godzin i postaraliśmy się wyciągnąć z nich jak najwięcej. Mamy nadzieję, że kiedyś wrócimy i zgłębimy temat:)

  • Przekazanie pomnika za 1% wartości bylo efektem wielkiego szwindlu jaki wykonali politycy PiS i LPR z poparciem prezydenta Ferenca. Kiedyś to miejsce, tętniło życiem. Teraz mamy to co mamy. Zaniedbany i niszczejący kikut. 🙁

    • Tętniło życiem? Chyba na pochodach 1-majowych. Zamiast podmiejskiej przesiadalni busowo-autobusowej i odrapanego parkingu masz estetyczny park. No ale rozumiem że trzeba dołożyć kościelnym, to takie trendi i europejskie.

  • Przejęcie pomnika przez ojców Bernardynów wyssało z niego życie. Mało tego, że jest brudny – kiedyś to było kultowe miejsce spotkań, jeżeli ktoś się z kimś umawiał to zawsze pod pomnikiem. Miło było tam również po prostu posiedzieć.
    Brakuje zdjęć al. Lubomirskich, tak pięknej o każdej porze roku, wraz z fontanną i całym tym terenem wokół.
    Każdy odwiedzający Rzeszów zwraca uwagę jak jest to czyste i zadbane miasto, ale oczy turystów nie widzą, że nie odnosi się to tylko do ścisłego centrum. My rzeszowianie, jesteśmy wielcy zadowoleni, że Rzeszów jest czysty w każdym jego miejscu, że mało urokliwe blokowiska rodem z PRL-u mają cały czas przystrzyżoną trawę, mnóstwo kwiatowych kompozycji, odnowione chodniki. Prawie wszystkie drogi w mieście są odnowione. Mamy sporo ścieżek rowerowych a tereny spacerowe nad Wisłokiem przyciągają tak wielu mieszkańców, że nieustannie szuka się możliwości ich rozbudowy.
    Jest do opisu dużo więcej, ale chciałem zaznaczyć dlaczego mieszkańcy Rzeszowa kochają swoje miasto, bo nie tylko za to co rzuca się w oczy przyjezdnemu. Jeżeli ktoś się tutaj przeprowadza, jest oczarowany rzeczami, które niekoniecznie uda się pokazać na zdjęciu.
    Pozdrawiam!

  • W alei pod Kasztanami nadal rosną kasztany w dużej ilości 😉 po prostu o tej porze każde drzewo wyglą podobnie ;P

    • Gdzieś przeczytałem, że kasztanów tam nie ma, a potem, że rosną tam głównie lipy i klony. Tak też założyłem, bo z rozpoznawaniem drzew u mnie cienko (choć pół rodziny z dość zalesionej wsi pochodzi). Ale skoro nadal rosną tam kasztanowce, to tylko się cieszyć:)

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *