DSC

Ostatniego dnia pętli musieliśmy się zmierzyć z niełatwym dylematem. Byliśmy w drodze dużo dłużej niż inni robiący tę trasę i naprawdę wypadało wracać. Tylko, że widoki były piękne, a skutery sprawowały się idealnie i żal było się z nimi rozstawać. Zwalczyliśmy jednak pokusę skoku w bok i szóstego dnia zamknęliśmy naszą „półpętlę” Thakhek.

Jaskinie Thakhek

Dzień zaczęliśmy od mocnego uderzenia i z samego, całkiem mroźnego, rana przejechaliśmy jednym rzutem 70 km docierając z Tha Lang aż do kompleksu jaskiń pod Thakhek. Pierwszą od strony powrotnej jest Aen (Tham Nang Aen). Jej nazwa w wolnym tłumaczeniu oznacza „Jaskinię schadzek (posiadówek) i flirtów”. Legenda głosi, że Tham Nang Aen była miejscem medytacji dla buddyjskiego mnicha i jego córki. W pięknej dziewczynie zakochał się inny młody mnich i wywabił ją na spotkanie pod jaskinią. Kiedy ojciec dowiedział się o tym, przegonił chłopaka, a córkę wyklął i zakazał jej wstępu do swojej pustelni.

DSC09266

Tham Nang Aen jest niedaleko głównej drogi – jakieś 700 metrów – na 18. kilometrze od Thakhek. To popularne miejsce wśród Tajów i Laotańczyków. Do jaskini prowadzą betonowe schody, a w środku zainstalowane sztuczne oświetlenie. U podnóża jaskini jest nawet małe „zoo” z kilkoma zwierzętami w klatkach, które, jak pisze „Lonely Planet” bardzo spodoba się wszystkim, którzy zwierząt nie lubią. Wejście do jaskini kosztuje – 20 000 kipów od osoby i ta informacja zniechęciła nas do wejścia, szczególnie, że i tak nie mieliśmy czasu na wszystkie jaskinie. Jednak patrząc na zdjęcia w internecie trzeba przyznać, że mimo tłumów, to chyba najciekawsza i najbardziej fotogeniczna ze wszystkich jaskiń w okolicach Thakhek.

Patrząc z perspektywy czasu na ten dzień, to bardziej wyliczanka tego, czego nie udało nam się zobaczyć, niż opis miejsc, gdzie dotarliśmy. Taki los podróżujących rodziców. Można sobie ułożyć plan z listą x atrakcji – jaskiń, oczek wodnych, itp. – z założeniem, że na pierwsze miejsce mamy pół godziny, na kolejne godzinę, a na jeszcze następne kilkadziesiąt minut. A potem się okazuje, że pół godziny to można wrzucać patyki do wody, godzinę zajmuje krótki spacer i lekkie podejście do jaskini, a zamiast trzech kwadransów w wodzie, do której po szybkim spojrzeniu uznajemy, że nie wejdziemy, spędzamy pięć kwadransów na brzegu, robiąc sami-nie-wiemy-co (ale Kalina z Maćkiem na pewno dobrze wiedzieli).

DSC09248

Pha Inh, czyli guz od stalaktytu

Coś jednak po drodze widzieliśmy. Zjechaliśmy na przykład do jaskini Pha Inh zaledwie kilometr za Tham Nang Aen. U jej wejścia można zobaczyć szmaragdowego Buddę, a już w środku jaskini widać jeziorko i odbijające się w nim światło docierające z drugiej strony. Do wody ciężko dojść, choć, patrząc po innych blogach, niektórym się udaje. Są też śmiałkowie, którzy obchodzą jaskinię i docierają do miejsca, w którym można się wykąpać po drugiej stronie skały. Oficjalnie kąpać się nie wolno. Jaskinia ma podobno właściwości uzdrawiające, a woda w niej jest święta, więc, choćby z szacunku, popływać można gdzie indziej.

Pozachwycaliśmy się więc formacjami skalnymi, których Kalina raczej nie będzie dobrze wspominała –  Paweł pokazując jej źródełko nie zauważył stalaktytu i skończyło się na guzie na czole. Pomedytowaliśmy przy ołtarzykach i posągach (czy raczej posążkach) Buddy i ruszyliśmy dalej. Po drodze zjechaliśmy jeszcze do jednej jaskini, której co prawda nie było na mapce z wypożyczalni, ale miała swój drogowskaz przy drodze. Szybko okazało się, dlaczego nie trafiła na mapkę. Bardziej niż jaskinia wyglądało to na podcienie góry podmytej przez bajorko. Patrząc po ilości śmieci i niedopalonych ognisk, miejsce jest całkiem popularne wśród miejscowej młodzieży a także pasterzy – ze śladów można było wywnioskować, że źródło wody służy również za wodopój dla krów z okolicznych pastwisk. Dobra rada więc: trzymać się jaskiń z mapki. Są najciekawsze, a i tak nie starczy czasu na wszystkie.

DSC09236

Tha Falang – zielone rozczarowanie

Ponieważ ciągle brakowało nam pływania na tej wycieczce, a dzień zrobił się ładny i gorący, skręciliśmy ku Fa Lang (Tha Falang). Wszędzie zachwalają je jako cudowny i dziki fragment rzeki Nam Don ze szmaragdową i czystą wodą w cieniu majestatycznych klifów. Rzeczywistość okazała się dużo bardziej prozaiczna. Tha Falang jest jakieś 2 km od głównej drogi. Piaszczysta ścieżka biegnie po skarpie przy rzece, więc jeszcze przed dotarciem do celu widać dzikie, strome zejścia do wody. U celu nie jest lepiej. Jest knajpa z tarasem, ale była jeszcze zamknięta, kiedy tam dojechaliśmy. Zejścia do wody są strome i niezbyt łatwe do pokonania z 2- i 5-latkiem. Na brzegu nie za bardzo jest gdzie usiąść, bo albo są skały, albo krzaki. Wszędzie leżały śmieci, a bardziej zielona niż szmaragdowo czysta woda ani trochę nie kusiła, by w niej popływać.

Była sobota i nikt się nie kąpał, co też jest jakąś wskazówką czy warto się zanurzyć. Pochodziliśmy więc trochę wzdłuż brzegu, dzieciaki powrzucały trochę patyków w nurt, by obserwować, który pierwszy dopłynie do jakiejś niewidzialnej mety. Ale znowu jest tak, że każdy widzi co innego, być może to co chce zobaczyć. Dla nas Tha Falang było dużym rozczarowaniem i trochę takich relacji znajdziecie też w internecie. Z drugiej strony niemało jest blogów, gdzie widać ludzi radośnie skaczących ze skał do pięknej wody i opisów długich godzin spędzonych tam na kąpieli. Albo mityczny raj był tuż za rogiem, albo nie dostrzegliśmy w tym miejscu jego potencjału.

DSC09206

Jaskinie Thakhek, których nam żal…

Kolejna na trasie jest jaskinia Xieng Liab, której nazwa wiąże się z Tham Nang Aen. Xieng był tym młodym mnichem, który flirtował z dziewczyną z sąsiedniej jaskini. Liab można przetłumaczyć jako podkradający się, czyli Tham Xien Liab to jaskinia podkradającego się Xienga. O jaskini wyczytaliśmy, że trudno się do niej dostać. W porze suchej można nawet przejść po jej dnie, w porze wilgotnej jest zalana i suchą nogą się jej nie przejdzie. Uznaliśmy, że z Maćkiem i Kaliną nie będziemy brodzić po śliskich kamieniach, dlatego nie marnując czasu jechaliśmy dalej w stronę Thakhek.

Ale znów dziwnym trafem, pomimo bardziej omijania kolejnych atrakcji niż ich zwiedzania, zrobiło się całkiem późno. Z wielkim żalem minęliśmy więc jaskinie Tham Pha Fa i Pachan. Ta pierwsza jest mniej więcej 9 km od głównej drogi.  Odkrył ją 11 lat temu mieszkaniec pobliskiej wioski, który wybrał się w góry, by zapolować na nietoperze. Zauważył, że niektóre chowają się w szczelinie góry na wysokości mniej więcej 15 metrów. Kiedy wdrapał się do niej, okazało się, że to nie tyle szczelina, ile wejście do jaskini. A ta nie była pusta. Schronienie znalazło w niej ponad 200 posągów Buddy oraz starych manuskryptów. Kto i kiedy dokładnie je tam złożył, pozostaje zagadką. Mieszkańcy wioski otoczyli opieką jaskinię i teraz można tam wejść za niewielką opłatą. Fotografowanie jest zabronione, ale wystarczy wpisać nazwę jaskini w wyszukiwarkę, by zobaczyć, że wielu gości się do tej zasady nie stosuje.

DSC09189

Pachan to kolejne 16 km po piaszczystych, ale przyzwoitych drogach. To ogromna i prawie zawsze pusta jaskinia. Po prostu sam dojazd do niej w tą i z powrotem zajmuje prawie dwie godziny, więc większość skuterowców ją omija. Z tego co widać w folderach różnych agencji turystycznych to niedaleko niej jest też miejsce, gdzie rzeka Nam Don wypływa spod trzystumetrowej skały. Podziemne koryto ma tu długość ok. 3 km, a w wodach rzeki żyje odkryty pod koniec lat 90-tych gatunek ryb bez oczu. Tam już nie dociera prawie nikt, o czym świadczy praktyczny brak opisów tego miejsca na polsko- i anglojęzycznych blogach.

Do Thakhek dotarliśmy już oczywiście po zmroku. Udało nam się jeszcze złapać pokój w International Khammoune Guesthouse, a że znów był to malutki pokój bez okna, to zebraliśmy w sobie resztki sił i ruszyliśmy na spacer po mieście. Smutne to miasteczko. Niby jest bramą do (naszym zdaniem) jednej z największych atrakcji Laosu, a nic z tego nie ma. Przy rynku jest jedna bardzo droga restauracja, która ściąga bogatych i starszawych Francuzów. Tuż obok jest rozsądna cenowo jadłodajnia, gdzie jedliśmy kilkukrotnie i tylko raz był zajęty jakiś stolik poza naszym. Promenada nad Mekongiem to kilka niezachęcających wózków z rybami. Przeszliśmy się też wzdłuż rzeki do ogromnej restauracji na końcu deptaka, gdzie była muzyka na żywo, a my byliśmy jedynymi gośćmi. No ale dzięki temu Maciek z Kalina pograli chwilę na scenie na różnych instrumentach, dali głos do mikrofonu i są teraz pewnie na tapecie kilku laotańskich smartfonów.

20141122_195023

Skutery zwróciliśmy następnego dnia rano. Poszło gładko, nie było żadnego wymyślania uszkodzeń, choć właścicielka wysłała nawet kogoś, żeby zrobił testową rundkę na naszych maszynach. Odebraliśmy plecaki i ruszyliśmy na piechotę do dworca autobusowego. Co prawda to ponad dwa kilometry od placu z fontanną, ale było wcześnie, nas czekało potem co najmniej 8 godzin w autokarze, więc spacerek nie wydawał się złym pomysłem. Doszliśmy na dworzec, kupiliśmy bilety na zwykły, nie-vipowski autobus i ciesząc się z zaoszczędzonych kipów wydaliśmy ja na kanapki na dworcowym straganie. Nic nie przepowiadało katastrofy. Tymczasem był to nasz najgorszy dzień i najbardziej masakryczna podroż przez całe dwa miesiące w Azji Południowo-Wschodniej.

(Visited 70 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *