DSC
W Bangkoku jak już wcześniej wspomnieliśmy, nie zabawiliśmy długo, połaziliśmy jedno popołudnie po mieście, udało nam się nawet nie wejść do żadnej świątyni – zanim odespaliśmy podróż zrobiło się za późno na poważne zwiedzanie, a zdecydowanie nie chcieliśmy zostawać w Bangkoku na dłużej. Miasta nas męczą. Za głośno, za duszno, za szybko, za betonowo, za dużo samochodów, ludzi, wszystkiego. No, chyba że są na przykład Nowym Jorkiem. Bangkok nim niestety nie jest, choć nieźle się stara, dlatego damy mu jeszcze szansę i postaramy się nadrobić zaległości w drodze powrotnej.

Zamiast wielu informacji praktycznych rzucimy wam tylko kilka luźnych obserwacji. Poradniki znajdziecie pewnie u ludzi, którzy w Bangkoku mieszkają/mieszkali lub zabawili tu wiele tygodni. My po dwóch dniach nie będziemy z siebie robić ekspertów.

Bangkok był dla nas w pierwszym rzucie, co dość oczywiste, zderzeniem z azjatyckim transportem. Zderzeniem oczywiście złagodzonym przez to, że to w sumie cywilizowane miasto. Pociągi, autobusy, tu i tam nawet ustalone stawki za przejazd. Tak jak na przykład za pociąg z lotniska Suvarnabhumi do Paya Thai. Dopiero tam, by dotrzeć w okolice turystyczne, trzeba było się już trochę potargować.No właśnie. Tu pewnie każdy prawdziwy podróżnik jest już po tygodniach spędzonych na planowaniu, wie gdzie chce jechać, ile za to mniej więcej zapłaci, więc targowanie jest dużo prostsze. Znany jest cel i tylko trzeba go osiągnąć. My, bijemy się w piersi, czasu na planowanie podróży nie znaleźliśmy i to był właśnie moment, kiedy przyszło za niego zapłacić. Kiedy jechaliśmy z Paya Thai na Rambuttri (spokojniejsza okolica słynnej imprezowej Khao San) usłyszeliśmy cenę 200Bt za tuk-tuka. Daliśmy swoją – 100Bt, a skończyło się oczywiście po środku – na 150Bt. Gdzieś czytaliśmy, że turyści dostają stawki co najmniej dwukrotnie zawyżone, ale jak osiągnąć te lokalne w toku negocjacji już nikt nie pisał…

Potem spróbowaliśmy jeszcze innej metody. W internecie znaleźliśmy trochę wiekowe chyba ceny taksówek (35Bt za trzaśnięcie drzwiami i 6-8Bt za kilometr). I takie ceny przyjęliśmy. A co, będziemy twardzi! Na przykład z ulicy Rambuttri, gdzie nocowaliśmy, na dworzec kolejowy było trochę ponad 5 kilometrów, więc taksówka powinna kosztować max. 80Bt. Dla tuk-tuka przyjęlimy 3/4 ceny taksówki, czyli w tym wypadku 60Bt.

Uzbrojeni w tą wiedzę udaliśmy się na negocjacje. Jeśli z tuk-tukami by nam nie wyszło, chcieliśmy złapać taksówkę opisaną TAXI-METER, czyli taką z taksometrem, chociażby po to, żeby poznać aktualne stawki na własnej skórze. Ale to wcale nie okazało się łatwe. Być może to przypadłość tej okolicy (Khao San, Rambuttri).

DSC04982
 Negocjacje przejazdu na dworzec kolejowy wyglądały mniej więcej tak:
1) [MY] Train Station. [TUK-TUK1] 150. [MY] (Śmiech) Too much, 50. [TUK-TUK1] (Śmiech, odchodzi). [KURTYNA]
2) [MY] Train Station. [TUK-TUK2] 150. [MY] (Śmiech) Too much, 60. [TUK-TUK2] (Śmiech) 120. [MY] 70. [TUK-TUK2] (Śmiech, odchodzi) [KURTYNA]
3) [MY] Train Station. [TAXI-METER1] 200. [MY] Meter. [TAXI1] No meter. [MY] Ok, too much, 80. [TAXI1] (Śmiech) 150. [MY] No, thank you (odchodzimy, licząc na jakiś okrzyk za nami, cisza) [KURTYNA]
4) [MY] Train Station. [TAXI-METER2] 150. [MY] Meter. [TAXI2] No meter. [MY] Ok, too much, 80. [TAXI2] (Śmiech) 120. [MY] 100. [TAXI2]Nooo [MY] Ok (odchodzimy, licząc na jakiś okrzyk za nami). [TAXI2] (krzycząc po tajsku, czyli w domyśle, w końcu tu się głosu nie podnosi) Ok, ok, 100 [KURTYNA]
DSC05007
Mistrzami w negocjacjach nie jesteśmy, ale zawsze parę groszy uda nam się wyrwać. Nie da się też ukryć, że dwa plecaki, nosidełko w dodatkowej torbie, plecak podręczny i dwoje czasem marudzących dzieci to żadna pomoc w targowaniu. Przede wszystkim przeciągające się negocjacje bardzo zmiękczają stronę rodzicielską zachęcając znudzone dzieci, do coraz odważniejszego dopominania się o uwagę. Z drugiej strony spokojna dynamika targów w tej części świata to miła odmiana po naszych blisko-wschodnich i południowo-amerykańskich doświadczeniach.
DSC05004
Wracając do samego Bangkoku… Na Khao San wytrzymaliśmy kilka minut. Jazgot (nawet nie chodzi o nasze gusta muzyczne, ale bardziej o zlewanie się hałaśliwego techno z kilku różnych knajp naraz), hordy pijanych młodych białasów, do tego miejscowi zaczepiający w sposób bardziej dopasowany do pijanego młodego białasa niż statecznej rodziny w średnim wieku. Zaliczone, odhaczone, wracamy do siebie.

Zaskoczenie Niby człowiek był tu i tam, ale jak się w końcu wybrał do tej Azji Południowo-Wschodniej, to oczekuje, że coś go jednak zaskoczy. Co do kuchni, to jakieś wyobrażenie jest, co do ludzi też (ladyboy’e, pijana australijska młodzież, babcie w słomianych kapeluszach) plus Honda, Yamaha, Coca-Cola, Pepsico i pozostałych kilka korporacji rządzących światem. Dla nas pierwszym zaskoczeniem było to, że tak naprawdę Tajlandia nie jest do chodzenia.

Są piesze enklawy, okolice światyń, bazary, ale w sumie to się nie chodzi. Co do pozycji pieszego przy przechodzeniu przez ulicę, czy o braku myślenia o ludziach przy projektowaniu dróg, to się nie łudziliśmy. Ale pierwsze wrażenie jest takie, że Tajowie wszędzie jeżdżą. To wrażenie się pogłębi na prowincji, a najlepiej zobaczyć to na przykłądzie Ayyuthay’i, gdzie chodniki jeśli w ogóle są to służą tylko i wyłącznie do parkowania skuterów, ewentualnie rozstawiania straganów. Tymczasem gdzieśtam z tyłu głowy tkwiło wyobrażenie, że w tej części świata dużo się chodzi i potoki ludzkie przelewają się ulicami. Może źle dobieramy nasze ścieżki?

DSC04984
Jedzenie. Dość niespodziewanie okazuje się, że np. na Rambuttri jedzenie na ulicy jest w rozsądnych cenach za całkiem niezłą jakość. Można by się spodziewać nachalnego łupienia turystów i cięcia na jakości, tymczasem jeśli chodzi o np. pad-thai, to całkiem możliwe, że było ono najlepsze jakie jedliśmy w Tajlandii (choć trzeba wziąć poprawkę, że pierwsze smakuje zawsze najlepiej). Jeśli chcemy zjeść już w prawie pozaturystycznych cenach, wystarczy zejść w głąb Rambuttri. Tam pad-thai na stolikach wystawionych na ulicy można kosztuje 35Bt, czyli niewiele ponad 1USD.
DSC05018
 Hotel na Rabmuttri. Nie polecimy żadnego konkretnego. Nocowaliśmy w jakimś drogim i zupełnie bez wyrazu. Po pierwszej nocy i odespaniu jet-legu planowaliśmy czegoś poszukać, ale obudziliśmy się godzinę czy dwie za późno. W drodze powrotnej spróbujemy szczęścia z couchsurfingiem.
Bangkok to na pewno wciągające i fantastyczne miasto, ale i tak uznaliśmy, że najlepiej jak najszybciej wynieść się z niego w którąkolwiek stronę. Nastąpiło więc długie, trwające jakąś godzinę czy dwie, planowanie, w którym nawet przez chwilę wygrywała opcja wyspiarska. W końcu uznaliśmy, że drogie plaże wypełnione pijaną australijską młodzieżą to chyba jednak nie dla nas. W dodatku plaże to taki miły przerywnik od zwiedzania, którego nawet nie zaczęliśmy, więc póki co uderzamy na północ. Wyspy zostawiamy sobie na deser.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • My z dworca kolejowego jechaliśmy raz na Rambuttri autobusem (nr 53) – bilet 6,50. Z samego rana autobus był prawie pusty więc mogliśmy się wygodnie rozłożyć z całym majdanem. Pojechaliśmy raczej z ciekawości, a nie z oszczędności, bo przy bangkockich cenach taksówek zawsze pozwalamy sobie na ten luksus i zapominamy o autobusach, a tam gdzie można korzystamy z tramwaju wodnego.
    W grudniu 2013 za taxi Rambuttri-dworzec płaciliśmy 70, trochę dalsze jazdy do 100, więc te ceny które podałaś wydają się jak najbardziej aktualne. Tylko jedna rada – my nigdy nie podchodzimy do stojących taksówek, szczególnie w popularnych okolicach. Liczą się jedynie te zatrzymane na ulicy. Inną sprawą jest to, że w godzinach szczytu taksiarz na pewno nie zgodzi się na meter, albo powie, że tam to on w ogóle nie jedzie bo jest korek 😛

  • Taksówki to mój największy koszmar. Mam wrażenie że mam jakąś fobię taksówkową. Za dużo kosztuje mnie targowanie się. Nie lubię tego i nie umiem. Zawsze kombinuję tak, by jednak je ominąć. Nawet w Polsce korzystanie z taksówek mnie stresuje bo mam wrażenie że każdy taksiarz chce mnie oszukać. Więc i tak Was podziwiam za negocjacje i byci twardymi 😀

    • My strasznie nie lubimy się targować, z całą miłością do Azji, Bliskiego Wschodu i Ameryki Południowej targowanie się traktujemy jako zło konieczne. Ale praktyka czyni mistrza:)

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *