DSC

Vang Vieng raczej nie jest oczywistym celem rodzinnej podróży. Bardziej nadaje się dla młodocianych Australijczyków lubiących się zabawić – główną atrakcją do niedawna był tam spływ rwącą rzeką na oponie, podlewany dużą ilością alkoholu. Wieczorami z kolei miasto podobno zamienia się w jedną wielką imprezę. Ale Vang Vieng mocno się już zmieniło.

Vang Vieng. Widok z jaskini Chang (Tam Chang)

Vang Vieng. Widok z jaskini Chang (Tam Chang)

Vang Vieng – tubing już nie taki alkoholowy

Jeszcze kilka lat temu Vang Vieng było mekką wszystkich prawdziwych imprezowiczów, którzy lecieli do Tajlandii i Laosu, by mieć co potem opowiadać wnukom na ciepłej zachodniej emeryturze. Każdego roku kilku z nich przesadzało i nigdy nie wracało już do rodzinnego kraju. W 2011 roku podczas tubingu zginęło około 20 osób, w kolejnym doliczono się siedmiu. Wtedy lokalne władze postanowiły ucywilizować zabawy na rzece. Nie zabroniono spływów jako takich, ale (dosłownie) wzięto się za bary. Cała radość z tubingu polegała bowiem nie tyle na maczaniu tyłka w leniwych wodach bocznej odnogi Nam Song, ile z tego, że tak naprawdę był to klasyczny bar-hopping. Skakało się na oponie z jednego baru do drugiego. Jeden browarek, kolejny, woda, trochę muzyki. A jeszcze nie trzeba było chodzić, tylko można było walnąć się na oponie.

Władze usunęły więc kluczowy czynnik zabawy i odebrały licencję na sprzedaż alkoholu wszystkim nadrzecznym knajp z zejściem do wody. I to podziałało. Teraz brzegi straszą co najwyżej resztkami barów. Na wysepce, którą okrążają wody Nam Song stoi kilka rozpadających się ruder i wszędzie wdziera się z powrotem agresywna roślinność. Pewnie ktoś, kto tam był parę lat temu, nie pozna już tego miejsca. Nam też trudno było uwierzyć, że to właśnie jest to najbardziej imprezowe miejsce w Laosie. Frekwencja w szczycie sezonu spadła z około 400 „tubersów” do mniej więcej 150. Wypadki śmiertelne praktycznie się już nie zdarzają.

Oczywiście sława tak szybko nie przemija i centrum miasteczka dalej próbuje dorównać przeszłości. Bary w centrum z australijskim piwem i menu po hebrajsku nadal katują okolicę głośnym bitem do rana. Ale całość wydaje się trochę jakby nieszczera, jakby wszyscy czuli, że ich czas już przeminął i zaraz zmiażdży ich koło historii (przypominamy, że Laos to oficjalnie nadal komunistyczny kraj). Jest pustawo, średnia wieku miejscami całkiem średnia, jakieś rodziny z dziećmi…

Vang Vieng

Za górą, rzeką

Postanowiliśmy jednak nie igrać ze starą sławą i zanocować, gdzieś na uboczu po drugiej stronie rzeki, czyli, jak nam się wydawało, w ciszy i spokoju. Wybraliśmy najtańsze z trzech bungalowów – Banana Bungalows. Jak można było się spodziewać, kilkaset metrów w linii prostej do najbliższych knajp to trochę za mało, by uciec przed hałasem. Bity z centrum i tak nas dochodziły niosąc się po wodach Nam Song, aczkolwiek nie było źle. Aczkolwiek byliśmy przed rozpoczęciem sezonu, wieczorami miasto było wręcz senne i no i przez cały czas pobytu nie zobaczyliśmy NIKOGO spływającego na oponie.

Imprezy i tak okazały się najmniejszym problemem. By dostać się do naszych domków trzeba było przejść przez mostek, którego koniec niknął gdzieś pod wodą i ostatni fragment trzeba było pokonać brodząc w rzece po dorosłe kolana. Te niedorosłe powiewały w tym czasie gdzieś na wysokości naszych dorosłych oczu. A ostatniego dnia pobytu, po całonocnym deszczu, z lądu na most można się było dostać tylko łódką. Podeszliśmy do sprawy po polsku nie wierząc, że transport łódką będzie darmowy. Kilkadziesiąt metrów po pas w wodzie nie wydawało się dużym problemem. Przygotowaliśmy kąpielówki, zakasaliśmy rękawy i ruszyliśmy nad rzekę. Na szczęście właściciel bungalowów, szybko zareagował. Wyszło jego doświadczenie  z Polakami, bo z racji konkurencyjnych cen pewnie ma go sporo (oprócz nas mieszkała jeszcze jedna dość imprezowa dziewczęca ekipa z Polski). Wsiadł do łódki, bez zbędnych rozmów dorzucił z kolegą plecaki, pomógł wskoczyć nam i dzieciom, a potem sprawnie i oczywiście za darmo podrzucił nas do mostku.

Zresztą, gdyby deszcz padał jeszcze przez kilka dni, to pewnie by z niej w ogóle nie wysiadał. Sam teren, na którym stały bungalowy był tak mocno podmokły jeszcze zanim spadł deszcz, że trzeba było bardzo uważać, żeby nie wejść w jedną z licznych kałuż. Po deszczu natomiast wszyscy brodzili w wodzie po kostki. Chcieliście bungalowów nad rzeką? No to macie!

Zachód słońca nad Vang Vieng

Zachód słońca nad Vang Vieng

Władze Vang Vieng odniosły więc spory sukces w odczarowywaniu swojego miasta. Wiadomo, że co jak co, ale kończenie to komunistom zawsze i wszędzie świetnie wychodzi. Trudniej potem coś nowego zbudować, ale tu zawsze znajdzie się wyciągnięta pomocna dłoń od jakiegoś bratniego narodu. W tym wypadku można liczyć na Chińczyków. Dwie-trzy ulice od centrum, gdzie króluje angielski i hebrajski a dobijają francuski i niemiecki zaczyna się już inny świat. Zamiast głośnego reggae i techno, które wylewają się na ulice zaczyna nas dobiegać przytłumione karaoke z chińskich i koreańskich hoteli i restauracji, zazwyczaj cofniętych trochę od ulicy i żyjących z wycieczek dowożonych autokarami. Mniej tu zachodnich napisów, za to łatwiej można znaleźć restauracje z menu w kilku azjatycko-języcznych wersjach.

Pijana zachodnia młodzież zapewne przynosiła i nadal pewnie przynosi spore zyski, ale to położone między górami miasteczko ma znacznie więcej do zaoferowania niż tylko bary i głośna muzyka. Okoliczne wzgórza kryją wiele uroczych jaskiń, jest również sporo miejsc nadających się do wspinaczki. Wycieczka skuterem czy rowerem na drugą stronę rzeki, to też całkiem przyjemne doświadczenie polnej drogi przez wiejski, laotański krajobraz z dodatkową świadomością, że od najbliższego baru dzieli nas co najwyżej kilka minut drogi..

DSC07969

Skuterem wokół Vang Vieng

Właśnie! Droga, czyli to co lubimy chyba najbardziej… Co nas mile zaskoczyło to (wreszcie!) ceny. Skutery można było wynająć o połowę taniej niż w Luang Prabang, czyli już za 60-80 tysięcy kip dziennie (7,5-10 USD). Wynajęliśmy więc dwa jednoślady i pojechaliśmy zwiedzać okolicę. Głównym punktem programu dla wszystkich niepost-turystów jest Błękitna Laguna. Dojazd do niej do łatwych nie należał, droga była dziurawa niczym szwajcarski ser, nawet mostek, przerzucony nad gigantyczną kałużą był tak podziurawiony, że łatwo było wpaść w niego kołem od skutera. Mocno nas wytrzęsło, nawet jak na laotańskie standardy.

Po drodze mija się dwie mniejsze jaskinie. Do jednej trzeba dojść przez pola, druga jest chyba bliżej wioski. My znaliśmy swoje możliwości, więc nawet za bardzo nie braliśmy ich pod uwagę. Jadąc do laguny po prawej mija się dobrze oznaczą ścieżkę do Tham Khan, po lewej drogę skręcającą do Tham Pha Pheung. Pewnie nawet bez dzieci, byśmy się nie skusili na łażenie po jaskiniach i jeśli już, to próbowaliśmy znaleźć jakieś łatwe podejście na otaczające góry, żeby posmakować widoków.

Skuterem wokół Vang Vieng

Skuterem wokół Vang Vieng. Trzeba znać swoje miejsce w szeregu

Sama laguna okazała się bardzo popularną rozrywką (byliśmy tam w weekend), zarówno wśród turystów (z licznymi tajskimi rodzinami włącznie) jak i wśród miejscowych. Ciężko było znaleźć sobie jakiś zaciszny zakątek, woda też nie za bardzo nadawała się do pluskania dla kogoś kto nie umie pływać i ma niewiele więcej niż metr wysokości – raczej dla nastolatków, które wskakiwały do wody z górującego nad rzeką drzewa lub z zawieszonej na nim liny, ale i tak spędziliśmy tam trochę czasu. W sumie nie polecamy jej dla rodzin z małymi dziećmi.Z jaskini Tham Poukham, do której można się wdrapać (obowiązuje do niej ten sam bilet wstępu co do laguny) zrezygnowaliśmy. Droga wyglądała na stromą a nam się nie chciało wciągać na plecach dzieciaków.

Podejrzewamy zresztą, że tak właśnie zrodziła się sława Niebieskiej Laguny. Była sobie jaskinia, która miała przyciągać turystów, ale jaskiń w okolicy wiele, a ta nie jest czymś szczególnym. A jak już ktoś się przejechał ten kawałek na skuterze czy rowerze, to myślał sobie: o jakie fajne oczko wodne, tyle przejechałem, to chociaż się wykąpię, linę sobie powieszę, żeby poskakać. I po jakimś czasie, to właśnie pływanie stało się główną atrakcją, a jaskinia atrakcją towarzyszącą. Przy okazji łatwo na niej wyciągać pieniądze, bilet wstępu niby ten sam, ale jeszcze latarka (podobno konieczna, ale patrząc po zdjęciach w internecie chyba nie bardzo), może jakaś mała ofiara dla Buddy, itd.

Vang Vieng. Niebieska Laguna

Vang Vieng. Niebieska Laguna

Po wizycie w lagunie mieliśmy jeszcze pół wolnego dnia. W dodatku ta cała masa jaskiń na wyciągnięcie ręki skłoniła nas w końcu do decyzji, żeby jednak którąś odwiedzić. Jak przystało na głowy rodziny wybraliśmy najbardziej dostępną i skomercjalizowaną jaskinię, czyli Tham Chang. Tam Chang leży na południowym skraju miasta. Właściwie to nawet nie potrzeba na nią skutera czy roweru. Jest w odległości 1-2 piw na południe od imprezowego centrum. Wejście jest płatne, ale nieprzesadnie. Skutery trzeba zostawić po „miejskiej” stronie rzeki, przez most trzeba już przejść.

Potem spacer przez mini park, który jeszcze przed sezonem trąci lekkim odpustem. Na kilkunastu kramikach można było zakupić lokalne specjały na ciepło, na zimno a dodatkowo jeszcze jakieś zabawki i różne inne azjatyckie świecidełka. Byłoby jak pod warszawskim zoo, gdyby nie wycieczka buddyjskich mnichów, która nadawała okolicy miły, pomarańczowy, uśmiechnięty koloryt.

Tam Chang

W drodze do Tam Chang

Co ciekawe, nie spotkaliśmy tam żadnych zachodnich turystów, było natomiast bardzo dużo Tajów robiących sobie zdjęcia z nami, a przede wszystkim z Kaliną, która powoli zaczynała mieć dość bycia „modelką” – jeszcze kilka tygodni i na widok Azjatów z aparatami zacznie się chować za mamą.

Przyjaciele z Tam Chang

Przyjaciele z Tam Chang

Tham Chang jest w środku dobrze oświetlona, łatwo się po niej chodzi z dziećmi bo wybudowano chodniki, schody, barierki. Przez to i przez okoliczny park, sporo spotyka się tam lokalnych rodzin z dziećmi. To przy okazji miejsce, które odgrywało zawsze ważną rolę w lokalnej historii. Było miejscem schronienia mieszkańców Vang Vieng w czasie wojen i podbojów. Dojście do jaskini jest dość strome, ale na tyle łatwe, by wszyscy mogli tam dojść i na tyle trudne, by można było je obronić. Dodatkowo wyjście jest skierowane wprost na miasto, więc stanowi bardzo dobry punkt obserwacyjny. Jest jeszcze bliskość rzeki, a więc dostać się tam można właściwie tylko przez wodę, bo od strony gór to raczej niemożliwe.

Tam Chang

Tam Chang

Lima Site 27, czyli wojenne Vang Vieng

Wracając do miasta nie mogliśmy sobie jeszcze odmówić rundki po wielkim pasie asfaltu w centrum miasta (my – warszawiacy mamy takie zboczenia). O ile miast od wschodu zamyka rzeka, tak od zachodu przygniata ją do wody właśnie to coś. A to nic innego niż Lima Site 27 – tajne lotnisko CIA zbudowane w latach 60-tych na potrzeby wojny w Wietnamie, czy też może, bardziej oficjalnie (o ile to możliwe w przypadku CIA) na potrzeby Air America – prywatnej linii lotniczej obsługującej po cichu wojnę. Pas ułożono w kierunku północ-południe. Kiedy spojrzy się na otaczające pasma gór, wiadomo dlaczego – tak płynie rzeka i tak góry obniżają się ułatwiając lądowania i starty.

Dlaczego cztery dekady po zakończeniu wojny rozrastające się Vang Vieng nie pokryło dawnego wojskowego lotniska domami, ulicami, bazarami, tanimi knajpami czy dworcem autobusowym? Tego do końca nie wiadomo. Podobno od czasu do czasu lądowiska używa laotańska armia. Może więc trzyma się je do celów wojskowych. Z drugiej strony, długo już im nie posłuży, bo dziury są już całkiem spore i nieremontowany pas po prostu się rozpada. Z drugiej strony pewnie po czterdziestu latach od upadku PRL warszawski Plac Defilad dalej będzie betonową pustynią, na którą są dziesiątki pomysłów, ale żaden nie doczekał się realizacji. Nieszczerze więc wypadnie, jak będziemy udawać słodką niewiedzę i zadziwienie nad trwałością pustek w przestrzeni publicznej.

Lima Site 27, czyli morze asfaltu w centrum Vang Vieng

Lima Site 27, czyli morze asfaltu w centrum Vang Vieng

Mieliśmy zostać jeszcze jeden dzień, pokręcić się po okolicy, może popływać kajakiem w poszukiwaniu pijanych tubersów i tuberek, jednak przez całą noc padał deszcz i uznaliśmy, że nic tam po nas. Rzeka zrobiła się jeszcze bardziej rwąca, błoto i kamienie jeszcze bardziej śliskie a dziurawe drogi jeszcze bardziej nieprzejezdne dla skutera. Podjęliśmy szybką decyzję: spakowaliśmy plecaki i poszliśmy szukać autobusu, który zabrałby nas do stolicy. Tam czekał na nas przyjazny kąt, który zamierzaliśmy wykorzystać do kilku dni słodkiego lenistwa.

(Visited 121 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *