DSC

Jest taka droga w USA, którą znają wszyscy na świecie – Route 66. Ale zanim do niej dojechaliśmy mogliśmy jeszcze przejechać się najstarszą drogą łączącą oba wybrzeża – Route 60. Od 1926 roku prowadziła z wybrzeża Wirginii, najpierw do Arizony a potem aż do Los Angeles. Ale, że marketing miała gorszy niż sławna US66, to niewielu o niej pamięta. A warto na nią skręcić choćby dla VLA, czyli Very Large Array.
Poprzednią noc, spędzoną przy ognisku na dyskusjach o życiu z przygodnie poznanym prawdziwym hippisem z przeszłości (ba, były nawet dyskusje o polskiej historii) zakończyliśmy na ranem. Ponieważ nie zawsze łatwe rozmowy o relacjach polsko-żydowskich oraz hippisowsko-indiańskich wymagały dużej ilości taniej, kanadyjskiej whiskey, nietrudno zgadnąć, że niektórzy, czyli Paweł musieli tę noc ciężko odchorować. The Box – absolutnie najlepszy dziki nocleg na tej wyprawie – udało nam się opuścić dość późno, bo około godz. 14.

Na historycznej US60

Darmowy kamping The Box jest zagubiony gdzieś przy US60. Trafiliśmy na nią właśnie przez „pudełko”, dopiero potem doczytaliśmy na jak historyczną trasę trafiliśmy. Już zero na końcu daje do myślenia, bo tak oznaczano trasy transkontynentalne. Aczkolwiek na początku różnie to bywało. Ba, nawet US66 miała pierwotnie nosić numerek 60, ale lobbujący za nią biznesmeni ze środkowych stanów uznali w końcu, że łatwiej wpadnie w oko trasa z dublującą się cyferką. US60 połączyła więc Virginia Beach nad Atlantykiem z Los Angeles z Pacyfikiem.

Teraz „60” kończy swój bieg w Arizonie, bo Kalifornia postawiła na międzystanową „10” i częściowo zlikwidowała trasę. My zaliczyliśmy tylko mały jej fragment w Nowym Meksyku. Droga, jak prawie każda w tym stanie, oferuje fantastyczne widoki. Najpierw pustynne góry, potem malutkie drzewka, potem wielki las, dalej skały i majestatyczne trzytysięczniki. Dla każdego coś miłego.

Very Large Array – w nasłuchiwaniu kosmosu

Very Large Array

Very Large Array

Poza widokami Route 60 ma też coś, co od jakiegoś czasu bardzo nas kusiło i przyciągało. To obserwatorium radioastronomiczne VLA – Very Large Array,  jedno z bardziej zjawiskowych obserwatoriów na świecie z 27 niezależnymi antenami, każda o średnicy 25 metrów.

Anteny stoją sobie pośrodku pustyni, buczą, czasem jeżdżą po torach i nasłuchują co tam w kosmosie piszczy. Są na tyle czułe, że bardzo grzecznie przed wjazdem prosi się o wyłączenie komórek. Nie ma jednak żadnych zasieków, bramek, ochrony. Można po prostu wjechać, zaparkować przy Visitors Center, wziąć trochę ulotek i pójść sobie na długi spacer między talerzami. Chyba, że się poprzedniego dnia wypiło za dużo whiskey, wtedy można całość podziwiać z samochodu.

Very Large Array

Anteny Very Large Array – w nasłuchiwaniu kosmosu

Nocując na (bardzo) dziko przy Route 60

Niestety od jakiegoś czasu mamy problemy z zasięgiem, więc planowanie kolejnego noclegu przez internet nie jest łatwe. Gdybyśmy mieli zasięg, to wiedzielibyśmy, że między Datil a Grants są co najmniej dwa darmowe miejsca do spania. A tak, nie mając pomysłu na nocleg, zjeżdżamy tuż przed zmrokiem na pierwszy lepszy kemping za Datil – nie dość, że okazuje się darmowy, to jeszcze po drodze widzimy stado saren, a gwiazdy na niebie są prawie tak piękne jak poprzedniej nocy. Żeby tylko nie było tak zimno – po drodze widzimy śnieg…. Ale nie ma się co dziwić, w końcu, jakby powiedzieli miejscowi Polacy, jesteśmy na elewacji ponad 2300 metrów nad poziomem morza! Nawet nie będziemy liczyć ile to jest podłóg… (Pozdrowienia dla chicagowskiej Polonii).

Niestety też, okazuje się po raz kolejny, że nasz akumulator w przyczepie nie jest w stanie pociągnąć przez całą noc ogrzewania przy temperaturze około 0 stopni. Tym razem Paweł nie były jednak na tyle twardy, żeby wychodzić w nocy i włączać samochód na podładowania baterii. Dotrwaliśmy jakoś do rana opatuleni we wszystko co było w przyczepie, a kiedy nie dawaliśmy już rady udawać, że jeszcze śpimy, zebraliśmy się i ruszyliśmy skoro świt w dalszą drogę.

Widok z rana na kempingu przy Route 60

Widok z rana na kempingu przy Route 60

Pie Town – pyszne miasteczko na Great Continental Divide

Okazało się wtedy, że nocowaliśmy tuż przy Great Continental Divide, czyli Wielkim Amerykańskim Wododziale, linii podziału wyznaczoną kierunkiem spływania wód: wcześniej wszystko spływało do Atlantyku, od tej pory wszystkie napotkane rzeki będą płynąć do Pacyfiku. Rano, po oskrobaniu szronu z szyb, jedziemy przez Pie Town. Miasteczko powstało w latach 30. XX wieku i w porywach miało nawet kilkuset mieszkańców. Zdjęcia z końca lat 30-tych z miasteczka można obejrzeć na stronach Biblioteki Kongresu.

W dzisiejszych czasach na Pie Town składa się dosłownie kilka domów i dwie kawiarnie. Jedna jest, jeśli dobrze pamiętamy, czynna od maja do października. Druga działa cały rok. Zatrzymujemy się w tej otwartej na kawę i ciasto – w końcu nazwa miasteczka zobowiązuje. Na początku myśleliśmy, że nazwa jest hiszpańska i wzięła się od stopy, a obecna interpretacja to czysty marketing, ale nie. Od początku chodziło o ciasta. Były one co prawda dodatkiem do ciężkiej pracy na roli, ale dodatkiem jakże słodkim.

Na początku istnienia miasteczka, a był to koniec wielkiego kryzysu, życie w Pie Town było całkiem znośne. W zimie było dużo śniegu, który na wiosnę zasilał strumienie, a te nawadniały pola. Żyzna ziemia dawała pracę kilkuset osobom. Ale w latach 50-tych coś w pogodzie się zmieniło. Zimy złagodniały, klimat się wysuszył. Śniegu było niewiele i nic nie chciało rosnąć. Pierwszej zimy uznano to za lekką anomalię, drugiej było trochę niespokojniej, a od trzeciej ludzie zaczęli się wynosić. Najwytrwalsi żyli tam jeszcze w latach 90-tych, ale teraz nie ma już praktycznie żadnego rodowitego pajtałńczyka.

Nawet nie wysiadając z samochodu widać, że okolica nie jest łatwa do życia. 2300 metrów nad poziomem morza, rachityczna roślinność, głównie sosny. Wszystko wysuszone i lekko tylko przykryte śniegiem, a jesteśmy tam jeszcze w zimie – na początku marca.

Pie Town, New Mexico

Na ciastku w Pie Town

W Pie Cafe siedzimy grubo ponad godzinę. Rozmawiamy z Michaelem, który, jak można przeczytać na wizytówce, jest Head Chef/Pie Master/Chief Bottle Washer. Przyjechał do Nowego Meksyku ze wschodniego wybrzeża 25 lat temu na chwilę i już tu został. Wcale mu się nie dziwimy. My mieliśmy zamiar szybko wypić kawę i ruszać w drogą, a zostajemy prawie dwie godziny. To chyba wystarczy, by wyglądać miejscowo, bo jacyś przejeżdżający turyści pytają się nas o dobre szlaki rowerowe do polecenia. „Hmmm, no tak, najlepiej zjechać trzy mile w dół, za krzywą sosną skręcić w prawo, potem 30 mil prosto i dalej wypadałoby się kogoś zapytać” – chcieliśmy tak odpowiedzieć, ale dajemy się wykazać Michaelowi.

Pie Town

Pie Town nie wypuszcza od stolika

Przez łuki i pola lawy do Route 66

Jedziemy dalej przez miasteczko Quemado, gdzie są dwie stacje benzynowe i ze stu Indian. Widzimy zaledwie paru miejscowych, sączą red bulle i mają typową nastolatkową indiańską nadwagę. Dla ułatwienia wyboru stacji benzynowych tylko jedna jest czynna. Tankujemy, w końcu nie wiadomo, kiedy będzie następna okazja. Fajnie byłoby napisać, coś o tym jakie wzbudzamy zainteresowanie. Ale nie ma nikogo, kogo moglibyśmy zainteresować. Miasteczko jest ciche i wymarłe i gdyby nie skrzyżowanie ze stacją benzynową, to pewnie w ogóle by się zwinęło.

Odbijamy na północ drogą 117 na El Malpais National Conservation Area (takiej kategorii naturalnych atrakcji chyba jeszcze nie zwiedzaliśmy). Niedługo potem po lewej stronie dojeżdżamy do Lava Falls. Można zrobić sobie spacer przez rozlewisko lawy po szlaku wyznaczonym kopczykami kamieni. Warto, bo rozlewisko nie jest takie stare i ma około 6 tysięcy lat. Lawa jest już w wielu miejscach popękana, ale dalej widać jak płynęła, łatwo można dostrzec falowania i załamania terenu, gdzie wpływała. Droga też jest malownicza, bo prowadzi po pustyni samym krańcem lawy. Czasem można mieć wrażenie, że jeszcze się rozlewa i trzeba przed nią uciekać. Dobrze, że dobrym samochodem po równym asfalcie.

Lava Falls, Nowy Meksyk

Lava Falls, Nowy Meksyk

Zaledwie kilka mil dalej po prawej stronie wyrastają przepiękne piaskowe ściany, intensywnie kontrastujące z czernią wulkanicznych skał. To The Narrows. Tu też można wybrać się na spacer po wyznaczonym szlaku, a z parkingu można zobaczyć La Ventana – największy naturalny łuk w Nowym Meksyku. Warto podejść ścieżką pod sam łuk. To zaledwie 10 minut spacerem, a robi dużo większe wrażenie.

La Ventana

La Ventana – największy naturalny łuk w Nowym Meksyku

Po kilku dniach z dala od cywilizacji decydujemy się zanocować na płatnym kempingu – musimy nabrać wody, podładować wszystkie sprzęty i zrobić pranie. Poza tym nie chce nam się marznąć kolejnej nocy, albo spędzać jej częściowo w piżamie w samochodzie, ładując akumulator. No i trzeba też sprawdzić, która godzina, bo zygzakowanie przez strefy czasowe pozostawiło nas z różnie nastawionymi zegarkami i mętlikiem w głowie. Do tego po drodze trafiła się chyba zmiana czasu na letni (żeby było śmieszniej zmianę czasu uznaje cała Arizona oprócz terenów zamieszkałych przez Indian Navajo). Generalnie od dawna nie wiemy, która godzina. Cóż, szczęśliwi czasu nie liczą. Tak trafiamy do Grants, naszego pierwszego przystanku na Route 66!

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *