DSC
W Portland zatrzymaliśmy się znowu korzystając z boondockers welcome, tyle że tym razem nie poznaliśmy naszego gospodarza, bo ten akurat był na Florydzie. Niemniej jednak miejscówka była prawie idealna (prawie, bo bez gospodarza). Miała wszystkie podłączenia, była przy samym mieście, a jednocześnie w cichej, willowej dzielnicy na końcu ulicy.

Jednak mimo, że przenocowaliśmy tam aż trzy noce, w samym mieście nie widzieliśmy zbyt wiele. Pierwszy dzień spędziliśmy na Górze Hood, więc na samo Portland został nam tylko jeden dzień.

Dla kogoś kto tylko przez Portland przejeżdża miasto może wydawać się mało przyjazne. Z autostrady widać dużo mostów i raczej industrialne widoki. Do tego niby się jedzie cały czas tą samą autostradą, ale jakimś cudem bardzo łatwo się zgubić. Jedni z naszych poprzednich gospodarzy bardzo mocno nas przed tym przestrzegali. Radzili omijać miasto międzystanową „205” i nie próbować przebijania się „5”. My też tak już teraz radzimy tym, którzy nie zamierzają się tam zatrzymywać.

Ale my wyboru nie mieliśmy. Zgubiliśmy się dwa razy. Autostrady są kręte, kilkupoziomowe, nagle się urywają, rozdzielają. A przez to, że wszystko jest w dość pagórkowatym terenie, to zjazdy są dość daleko i wcale nie łatwo na nich zawrócić. W dodatku te wiadukty, mosty… cóż tak to jest jak się buduje miasto na skrzyżowaniu rzek.

DSC08987

Przy bliższym poznaniu Portland okazuje się być przyjaznym, wyluzowanym miastem. Pełno tu kawiarni, hipsterów, jedzenia sprzedawanego z przyczep (tzw. food carts). To ostatnie jest jednym z symboli miasta. Często jest tak, że kilka budek wspólnie zajmuje jedno podwórko czy parking, wtedy można sobie łatwo wybrać coś pod siebie. Jest całkiem tanio, czasem smacznie, a co najważniejsze szybko i bez zbędnego nadęcia.

My spędziliśmy większość dnia (po dwóch godzinach na placu zabaw) chodząc po najbardziej hipsterskiej ulicy Portland – Alberta Street. Wygląda właściwie jak zwykła uliczka na przedmieściach jakiegokolowiek amerykańskiego miasta. W dodatku miejscami jeszcze razi trochę biedą, jakimiś etnicznymi warsztatami, co ciekawie kontrastuje z hipsterką popijającą kilkadziesiąt metrów dalej miejscowe piwo, albo jakąś kombuchę laną z galonowego zbiornika. I tylko aparatu akurat tego dnia zapomnieliśmy, więc musicie posłużyć się wyobraźnią albo googlem.

DSC09100

Pamiętacie Sheilę i Earla? Ich syn z żoną mieszkają w Portland – umówiliśmy się z nimi na kawę i poznaliśmy niesamowitą parę. On przeszedł na piechotę całą Amerykę Południową. Szedł, kończyły mu się pieniądze, wracał do Stanów popracować trochę, zaczynał od miejsca, w którym go dopadła pustka portfela. Ona – Irlandka – też od zawsze podróżowała. Poznali się w Peru, razem przeszli jeszcze Indie, Nepal i okolice. Teraz chcieliby osiąść, ale podróżnicy wiedzą jak to jest, kawka z innymi podróżnikami i od razu nowe pomysły tłoczą się do głowy…

A żeby było śmieszniej, to wieczorem, kiedy wysyłaliśmy im zaproszenie na fejsbuku okazało się, że…mamy wspólnego znajomego! Amerykanina, który przez jakiś czas pracował w Warszawie a potem przeniósł się do Szwajcarii, gdzie go parę lat temu odwiedziliśmy. A z Ianem poznali się w…Ekwadorze! Świat jest mały…

Poznaliśmy tez Chrisa, właściciela kawiarni Extracto, która mieści się w budynku należącym od Sheili i Earla, pogadaliśmy sobie o kawie (na zapleczu ma własną palarnię kawy i zyski z jej sprzedaży są dużo większe niż z kawiarni), o różnicach w piciu kawy w Polsce i w Stanach – w Polsce do kawiarni chodzi się głównie po to by spotkać ze znajomymi, więc od samego napoju ważniejszy jest lokal, w Stanach w większości kawiarni ma się wrażenie, że właściciel poszedł do pierwszego lepszego sklepu meblowego i kupił trochę stołów i krzeseł, ale najważniejsza jest jakość kawy, zwłaszcza w Portland gdzie wszystko jest „eco” i „organic”. Poza tym kawę pije się głównie w drodze do pracy ewentualnie w ciągu dnia, najbardziej dochodowe godziny to od 7 do 10 rano, większość kawiarni (także w Seattle) zamyka się o 17-18, a Chris przyznał, że równie dobrze mógłby zamykać o 15, ale ma kilku stałych klientów z okolicy, którzy czasem wpadną w drodze z pracy. Nie zarabia na nich, ale tak „robi coś dla okolicy”.

Nie żebyśmy byli jakimiś znawcami, ale kawę miał dobrą. Chris miał też kiedyś kącik dla dzieci, ale w pewnym momencie kawiarnia zaczęła mu się przeradzać się w przedszkole, a tego nie chciał. Teraz w kącie straszą tylko wielkie worki ze świeżą kawą, które co i rusz ktoś targa do palenia.

Niestety nie starczyło nam czasu na ogrody różane (choć mieszkaliśmy praktycznie tuż obok nich) i inne portlandzkie atrakcje, ale mamy nadzieję, że jeszcze tu kiedyś wrócimy. I pomyśleć, że w początkowych planach Portland w ogóle się nie mieścił…

Powiązane wpisy

1 komentarzSkomentuj

  • Jak Wy się zgubiliście dwa razy, to ja chyba nigdy bym nie dojechała na miejsce z moją orientacją w terenie …;-P

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *