DSC
Nasi kolejni boondockowi gospodarze to Val i Gary. Mieszkają w pięknym domu we Floresville pod San Antonio i od razu pierwszego wieczoru zapraszają nas na kawę i ciasto. Dobrze nam się rozmawia, więc siedzimy do późna. Następny dzień poświęcamy na naprawę hamulców (przeciekający cylinder) i szukanie nowych opon dla Eddiego. Przez chwilę łudziliśmy się, że dojedziemy do końca podróży na starych, ale Gary słusznie zauważył, że wyglądają jakby się miały rozpaść i jeśli się tak stanie, to dopiero będzie problem. Gary podpowiedział nam też metodę, dzięki której zaoszczędziliśmy parę dolarów: telefon w jedno miejsce i za cztery opony słyszę 350 USD, telefon w drugie miejsce i oferta za 380 USD. A na końcu telefon do Discount Tire. Tam co prawda pierwszą ofertą było 388 USD, ale po uwadze, że przecież Pedro w innym miejscu może mi założyć nowe opony za 350 USD cena zjechała do 334 USD. Zawsze parę dolarów zostaje w kieszeni.

Mieliśmy też czas na długie rozmowy z naszymi gospodarzami. Oboje są już na emeryturze, Gary wiele lat przepracował dla amerykańskiego lotnictwa zajmując się systemami meteorologicznymi. Ze względu na pracę całą rodziną w ciągu 22 lat przeprowadzali się 19 razy, aż w końcu osiedli w Teksasie. Kilka lat spędzili w Niemczech, mówią płynnie po niemiecku. Po przejściu na emeryturę przez kilka lat podróżowali intensywnie po Stanach, ostatnio sprzedali swojego motorhome’a i przestawili się na bardziej osiadły tryb życia.

DSC05520
Floresville do niedawna było cichym, spokojnym miasteczkiem – lokalnym centrum uprawy orzeszków ziemnych. Część ludzi dojeżdżała do pracy, część hodowała krowy na rozległych pastwiskach w okolicy. Wszystko zmieniło się kilka lat temu, kiedy odkryto pod Floresville złoże ropy naftowej. Pojawili się nafciarze, za nimi przyjechały przyczepy kempingowe, zbudowano Walmart i w miasteczku zaczął się ruch. Gary z Val mieszkają ładnych parę mil za Floresville więc tak bardzo im ten ruch nie przeszkadza, ale jak sami powiedzieli „to już nie jest to ciche miasteczko sprzed kilku lat”. Nie zmieniło się za bardzo nawet życie kilku okolicznych farmerów. Jak żartował Gary, teraz można spotkać ich na poczcie, jak odbierają co miesiąc czek, wzdychając „Eh, kolejne 200 000 USD”, a potem wracają do swoich krów na pastwisko.
Dom Gary’ego i Val otacza fantastyczny las, który zimą wygląda trochę jak z horroru. Poskręcane, wysuszone drzewa za kilka tygodni zaczną się pokrywać zielenią, ale teraz sprawiają wrażenie jakby miały się niecne zamiary i oczekiwały tylko na pełnię księżyca, żeby je zrealizować.  Niestety nie usłyszeliśmy kojotów, o których wspominali gospodarze, wtedy wszystko by idealnie do siebie pasowało. Naprawdę, i piszemy to zupełnie szczerze, fantastyczne miejsce do mieszkania.
DSC05622
Gary ostatnio większość czasu poświęca swojemu hooby, którym są stare samochody. W garażu ma wcale nie tak starego kabrioleta – Pontiaca Trans Ama, doprowadza też z pomocą okolicznych warsztatów do pełnej świetności Chevroleta – to urodzinowy prezent dla Val. Jeszcze kilka drobnych rzeczy i ten picku-up z lat 50-tych będzie jak nowy. Poza tym dwa razy w tygodniu ma jeszcze zajęcia z zarządzania ludźmi na University of Texas. Na nudę więc nie narzeka.
DSC05526
Val jest energiczną, ciepłą kobietą, niezwykle utalentowaną kulinarnie, artystycznie i w ogóle manualnie i do tego kochającą dzieci. Dlatego gdy stanowczo oznajmiła, żebyśmy pojechali zwiedzać San Antonio a ona zajmie się dziećmi, zgodziliśmy się bez mrugnięcia okiem. Dzieci też były przeszczęśliwe.
Val i Gary to też trochę ewenement w naszych podróżach jeśli chodzi o staż małżeński. Ona urodziła się w Nebrasce, on w Kaliforni, gdzie się poznali. Ona miała wtedy 15 lat, on 17 i od tej pory są razem. Niedawno obchodzili 45. rocznicę ślubu. Całkiem nieźle. Poznaliśmy już kilka małżeństw z dużym stażem ale większość ludzi, z którymi rozmawiamy, ma jakiś rozwodowy epizod w przeszłości. Taki to już amerykański los – pełna mobilność, zarówno geograficzna jak i małżeńska.
DSC05625
Po trzech dniach nakarmieni do syta, odmoczeni w cieplutkim przydomowym jaccuzzi, ostrzyżeni (chłopaki), z podreperowaną przyczepą i nowym cylindrem, zaopatrzeni w ciasteczka na drogę i wyściskani przez nowych przyjaciół z żalem ruszamy dalej.
Zanim wyjechaliśmy na autostradę odwiedziliśmy jeszcze sąsiada Gary’ego i Val, Spotty’ego. Spotty jest spawaczem, ale jest też artystą a jego warsztat to prawdziwa galeria. Pracuje głównie w metalu, ale do tego rzeźbi w drewnie, rysuje i maluje. Po prostu człowiek renesansu (choć na tą uwagę odpowiedział, że nie jest aż tak stary).
DSC05628

Zaczynał od rzeczy inspirowanych indiańskim dziedzictwem (płynie w nim indiańska krew), ale niestety nie miały zbyt dużego wzięcia. Nasi gospodarze mają od Spotty’ego metalowy stolik, kratkę na kominek i kilka innych większych lub mniejszych drobiazgów. My też nie byliśmy w stanie wyjść stamtąd z pustymi rękami i skusiliśmy się na metalowego Indianina. Próbkę twórczości Spotty’ego można zobaczyć tu: www.ironspots.com

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • Szczerze mówiąc zazdroszczę Wam nie tylko podróżowania w sensie poznawania nowych miejsc. Najbardziej chyba zazdroszczę Wam tylu nowych, jakże ciekawych znajomości!!! Ciekawa jestem, ile z nich przetrwa i czy dane Wam będzie spotkać tych ludzi ponownie 😉

  • My zawsze byliśmy zbyt introwertyczni na na przykład coachsurfing ale poznawanie ludzi tutaj jest niesamowicie łatwe, wszyscy są bardzo otwarci i pozytywnie nastawieni, i rzeczywiście, to jest jedna z najfajniejszych stron naszej podróży. No i pozwala dowiedzieć się i zrozumieć dużo więcej niż tylko zwiedzanie z przewodnikiem w ręku.

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *