wachlarz
Raz na jakiś czas ktoś zaprasza nas do opowiedzenia o naszych wojażach (a tak naprawdę o podróżowaniu z dziećmi) w formie pokazu zdjęć. Pierwsze kroki w roli prelegentów stawialiśmy trochę ponad rok temu nad morzem do kotleta, przed publicznością w wieku Maćka, pierwszy prawdziwy pokaz przygotowaliśmy dla Klubu Nomadów, potem było spotkanie na Pierwszym Piętrze, a także występy gościnne we Wrocławiu na Międzynarodowych Targach Turystycznych, w Krakowie na Navigatorze i na Trampkach w Gdańsku, których idea tak się nam spodobała, że zaproponowaliśmy Anicie Demianowicz współpracę i dzięki temu druga (a raczej 1 i 1/2) edycja Trampek odbyła się u nas w kawiarni.
Ale jakoś nigdy nie mieliśmy okazji uczestniczyć w żadnej imprezie podróżniczej jako prelegenci i widzowie jednocześnie. Z Trampek Ola musiała wyjechać zaraz po pokazie, żeby dotrzeć na czas do Krakowa, gdzie – pech chciał – była na tyle chora, że zaraz po prelekcji poszła umierać do hotelu, we Wrocławiu widzieliśmy jedną prelekcję i szybko musieliśmy wracać do Warszawy. A i tak widzieliśmy ją bez jednego oka, bo Paweł był po bliskim spotkaniu z palcem Kaliny i opatrunek zdjął tylko na nasz pokaz.
Nie to żebyśmy nigdy nie widzieli cudzych pokazów – bywamy czasem w Południku Zero, u nas w kawiarni też sporo się ich odbyło, jednak nigdy nie widzieliśmy tylu tak dobrych pokazów na raz.Co z nich wynieśliśmy? Frustrację, zazdrość? Czy może coś innego?
Kilka miesięcy temu napisali do nas Ania i Kuba Górniccy znani też jako Podróżniccy z propozycją wystąpienia na Wachlarzu. Zgodziliśmy się, ale dopiero kilka tygodni później, a tak naprawdę kilka dni przed pokazem w ferworze licznych innych zajęć znaleźliśmy chwilę, żeby przysiąść nad prezentacją i popatrzeć o co w ogóle w tym całym wachlarzu chodzi. I wtedy wpadliśmy w lekką panikę.
Okazało się, że nawet my, którzy blogów podróżniczych raczej nie czytamy, większość prelegentów kojarzymy. Towarzystwo, by się rzekło, doborowe. Książki, wyprawy z prospołecznym tłem, zarabianie na blogu, a może nawet zarabianie na książkach…
Na pierwszy panel nie dotarliśmy, wpadliśmy w samą porę na nasz – drugi, o podróżowaniu z dziećmi. To był jedyny panel, którego wysłuchaliśmy w całości. W połowie następnego okazało się, ze musimy pędzić ratować świat (nasza kawiarnia zaliczyła tego dnia największą w swej historii frekwencję), i wróciliśmy dopiero na afterek w Południku.
Ale…
Tyle ile zobaczyliśmy, mimo że nie było to wiele, skłoniło nas do obejrzenia całej reszty kilka dni później, na spokojnie. I musimy przyznać, że dało nam do myślenia.
Od jakiegoś czasu męczy nas poczucie, że do stacjonarnego życia za bardzo się nie nadajemy, a przynajmniej nie teraz, ot, taki etap. Pałęta nam się po głowach myśl, żeby rzucić to wszystko w cholerę (ależ oryginalnie;) i obawiamy się, że jesteśmy społecznie niedostosowani (akurat takie imprezy uspokajają, że nawet jeśli, to przynajmniej nie jesteśmy jedyni). Próbujemy wymyślić jakiś sens, cel podróżowania (o tym, że taki etap jest chorobą dość powszechną mówił w swoim pokazie Tomek Michniewicz, a przykładem świeciło kilku innych prelegentów), a potem oglądamy taki #wachlarz i okazuje się, że małe z nas pikusie, i nie dość, że nic mądrego nie wymyślimy, to jeszcze jesteśmy starzy.
I nagle pojawia się to dziwne uczucie, nie pasujące zupełnie do sytuacji, znane z „dawnego” życia. Frustracja? Ambicja? Zazdrość? Resentyment? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie pozazdrościł talentu, pomysłowości, determinacji i paru innych cech tym, którzy potrafili przekuć swoją pasję do podróżowania w coś większego, bardziej istotnego.
Ale na szczęście chwilę potem pojawia się inna myśl: nie po to uciekliśmy od wyścigu szczurów w pracy, żeby stawać do niego w podróżowaniu. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie zostaniemy Tomkiem Michiewiczem, bo nawet nie za bardzo mamy takie ambicje. Nie zostaniemy Tomkiem Kozakiewiczem, choć to nam nie przeszkadza, by bardzo go podziwiać za to, co robi. Nie mamy daru opowiadania historii Meg Szumskiej, choć nawet mamy jakiś materiał – dwóch braci z Lidy, żeniących się z siostrami dziadka po powrocie z zesłania to niezły początek. Nie nakręcimy filmów tak rewelacyjnych jak te Marcina Mossakowskiego, choć przynajmniej jego pokaz skłonił Pawła do wzięcia aparatu (zastanawialiście się kiedyś dlaczego na naszych zdjęciach tak rzadko jest Ola?) i nagrania Maćka na spacerze. Ba, nawet na ukulele pewnie nie zagramy. Nie byliśmy jeszcze na końcu świata i pewnie prędko tam nie dotrzemy, a co gorsza, właśnie szykujemy się do naszego pierwszego (!) wyjazdu do Azji południowo-wschodniej poczytując Lonely Planet (totalna amatorszczyzna). Pozostaje mieć nadzieję, że może chociaż nasze dzieci będą kiedyś opowiadać o podróżach tak, jak Zosia Goleń.
Ale przecież nie o to chodzi, to nie jest konkurencja, kto lepiej, kto fajniej, kto dalej, taniej czy z większą pompą, to nie wyścig na lajki, statystyki i tytuły w prestiżowych konkursach.
Inspiracja to nie poprzeczka, do której trzeba doskoczyć.
Co zatem wynieśliśmy z Wachlarza, poza kilkoma niedojedzonymi przez Maćka jabłkami?
Dobrze wiedzieć, że nie tylko my nie umiemy wysiedzieć na tyłku, że nie tylko my marzymy o życiu innym niż to wyznaczane godzinami 9-17, że nie tylko my poszukujemy własnej ścieżki, że są na świecie ludzie, z którymi możemy pogadać bez tych wszystkich dziwnych spojrzeń, pytań i prób wtłoczenia nas z powrotem do głównego nurtu. To wystarczy.
Dobrze sobie przypomnieć, że podróżujemy bo lubimy, a bloga piszemy głównie dla siebie – żeby pamiętać, dla dzieci – żeby kiedyś przeczytały i dla bliskich – żeby wiedzieli co u nas, gdy nas nie ma, a fakt, że ktoś jeszcze to czyta i docenia to bonus, nagroda i ogromna radość. (No dobra, trochę kokietujemy, pewnie, że chcielibyśmy mieć jak najwięcej czytelników i żeby tłumy sponsorów waliły drzwiami i oknami. ale też nie chcemy dopuścić do sytuacji, kiedy pisanie bloga będzie dla nas pracą, celem samym w sobie przesłaniającym przyjemność z podróżowania).
Kto wie, może kiedyś pójdziemy w stronę projektową, choć wiemy z pokazu Andrzeja Budnika, że to wbrew pozorom ciężka praca. A że na razie żadnego błyskotliwego pomysłu na projekt nie mamy, to póki co zamierzamy podróżować dla czystej radości z bycia w drodze. Nadal będziemy pisać, może nawet weźmiemy sobie do serca rady z prezentacji Wędrownych Motyli i popracujemy trochę nad tym naszym blogiem (kiedyś, jak już będziemy mieli czas…). Ale tylko jeśli nadal będzie sprawiało to nam przyjemność.
Dobrze było zobaczyć prezentację taką jak ta Magdy i Tomka, którzy cztery lata jeździli po świecie nie mając wcześniej pojęcia o podróżowaniu. Chyba ich prezentacja zrobiła na nas największe wrażenie – nie dlatego, że dokonali czegoś wielkiego, choć dokonali, ale dlatego, że właśnie ich sposób myślenia i podróżowania – trochę na wariata – jest nam najbliższy. Właśnie taka podróż od lat chodzi nam po głowie i w taką mamy nadzieję kiedyś wyjechać. Marzy nam się wolność, brak planu i biletu powrotnego.
Dzięki Aniu i Kubo za #wachlarz, dzięki Wam fellow-prelegenci za inspirację i dziękujemy wachlarzowej publiczności, za tak ciepłe przyjęcie.
Nie będziemy dalej opowiadać kto o czym i dlaczego  – wszystkie prelekcje są warte Waszego czasu, każdy z Was znajdzie coś dla siebie. Miłego oglądania!

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *