DSC e

O The Wave marzyliśmy, od kiedy zobaczyliśmy gdzieś w internecie zdjęcia tego miejsca. Poszukaliśmy, poczytaliśmy i nasz zapał ostygł. Do The Wave (części Paria Canyon-Vermilion Cliffs Wilderness a dokładniej głównej atrakcji North Coyote Buttes) trudno się dostać – potrzebne jest specjalne pozwolenie, a żeby je dostać trzeba… wygrać loterię. Dziennie zaszczytu wejścia do „fali” dostępuje 20 osób, z czego 10 z loterii internetowej. Losowanie internetowe odbywa się na trzy miesiące naprzód – próbowaliśmy, zarejestrowaliśmy się w grudniu na losowanie na kwiecień. Wybraliśmy trzy najmniej popularne daty (ilość rejestracji widać przy wyborze) i 1 stycznia zacisnęliśmy kciuki. Nie udało się. Pozostałe 10 osób losuje się już na miejscu dzień przed wejściem do parku. Byliśmy zdeterminowani i planach mieliśmy przychodzenie na losowanie do skutku (albo przynajmniej z tydzień). Tymczasem…

Przygotowania

Przygotowania

Osiem – liczba-klucz do The Wave

Pierwszego dnia zerwaliśmy się bladym świtem, żeby o godz. 8.30 być w biurze BLM w Kanab. Jakby ktoś nie sprawdził wcześniej, gdzie to jest i jechał tam w ostatniej chwili (jak my), to podpowiadamy. Jadąc od północy, biuro BLM jest na końcu Kanab po lewej stronie za Wendy’s i stacją benzynową Philips/66. Dla zmyłki Google umieszcza biura BLM w innym miejscu, a to nazywa Kanab Visitors Center, ale to BLM nim administruje i to właśnie tu urządza loterię.

W Visitors Center nie byliśmy sami. Oprócz nas na pomysł wyprawy do The Wave wpadło tego dnia jeszcze ponad 80 innych osób. Co dość rozsądne, losowane są grupy, tego dnia było ich bodajże 36. Oznacza to jednak, że jeśli przyjedzie rodzina mormonów to jako jedna grupa może zgarnąć wszystkie 10 wejściówek. Na szczęście, mormonów jeszcze do The Wave nie ciągnie. Wypełniliśmy formularz, dostaliśmy numerek – nomen omen – osiem, i zastygliśmy w oczekiwaniu. Pamiętając o naszym notorycznym pechu, jeśli chodzi o wszelkie gry losowe, nie mieliśmy wielkich nadziei. Maszyna do gry w bingo poszła w ruch. Pierwsza kulka (z trzech wylosowanych tego dnia) i… OSIEM!!! Niesamowite!!! Udało się!!! Rozochoceni postanowiliśmy dać szczęściu jeszcze jedną szansę i zagrać w PowerBalla, ale okazało się, że Utah to kolejny po Nevadzie stan, w którym lotek jest nielegalny. A tak byliśmy blisko tych milionów dolarów;)

W drodze

W drodze do The Wave

Spotkaliśmy potem ludzi, którzy próbują się dostać do The Wave latami, bez skutku… Ale zamiast nam zazdrościć, cieszyli się razem z nami i nakręcali się na kolejne losowania. A my, w napięciu przed oczekującą nas wyprawą przeżywaliśmy nasze dwie chwile sławy. Pierwsza jest tuż po losowaniu, kiedy większość gratuluje a mniejszość rzuca wrogie spojrzenia (to pewnie zazdrośnicy z Europy), a potem na parkingu przy wyjściu na szlak, kiedy do plecaka przyczepione jest już zielone pozwolenie. Prawie każdy kto się tam akurat znajduje wie co ono oznacza.

Dzieci przynoszą szczęście

Jak się okazało, nie tylko my mieliśmy być rodziną z małym dziećmi tego dnia na szlaku. Wraz z pozostałymi szczęściarzami (Belg, którego potem spotkaliśmy na szlaku z żoną i 4-letnim synkiem) i trójką, na oko, Japończyków (którzy potem okazali się Koreańczykami z pochodzenia, córka mieszka w Kalifornii a rodzice w Kanadzie) zostaliśmy dopełnić formalności i wysłuchać instrukcji. Usłyszeliśmy jaka ma być pogoda (gorąco i z bardzo silnym wiatrem), ile mamy wziąć wody (galon na osobę), i żeby uważać na grzechotniki, które ostatnio były widywane w dwóch miejscach na szlaku.

W sumie zabrzmiało to jak niezbyt bezpieczna rodzinna wędrówka, ale wszystko było pod kontrolą. Co więcej, są nawet specjalne przepisy dotyczące dzieci. W regulaminie zapisano na przykład, że goście The Wave, którzy są niesieni (a więc Kalina), nie powinni się wliczać do dopuszczalnej sumy. Kiedy więc odbieraliśmy instrukcje wszedł pewien bliski naszemu formalistycznemu sercu formalista i próbował wznowić losowanie, twierdząc, że skoro Kalina chodzi, to należy dolosować jedną osobę. Strażnicy jednak odmówili argumentując, że procedura losowania jest zakończona. Jeśli jednak wahacie się, czy The Wave można zwiedzać z małymi dziećmi, to odpowiadamy, że jak najbardziej. Ubranie dobrane pod pogodę, sporo wody i zdrowy rozsądek wystarczą na tą rodzinną wędrówkę!

Droga do The Wave

Jeśli chodzi o samą drogę, to dla młodej rodziny podróżników jest to całkiem niezłe wyzwanie. Do Fali nie prowadzi żaden szlak, nie ma wydeptanej ścieżki, mapa którą dostaliśmy miała zdjęcia charakterystycznych punktów na trasie oraz koordynaty i azymuty. Na wszelki wypadek kupiliśmy więc kompas, ale okazał się on kolejnym niezbyt potrzebnym gadżetem. Mapa w terenie okazała się bardzo porządnie zrobiona i tylko kilka razy dłużej trzeba było się zastanawiać, która z formacji skalnych na horyzoncie jest tą pokazaną na mapie.

DSC00502

Następnego dnia zebraliśmy się bladym świtem (no dobra, kogo my tu oszukujemy, wstaliśmy o godz. 8, wyjechaliśmy dwie godziny później i już w samo południe wyruszyliśmy na szlak). Zapakowaliśmy dużo wody (ale mniej niż galon na łebka) i jedzenia. Od parkingu do celu są jakieś 3 mile, czyli cała wycieczka to około 6 mil – z łażeniem na miejscu zrobiliśmy tego dnia koło 10 kilometrów. Niby niewiele, ale poczuliśmy to w nogach, szczególnie Maciek.

Nie jest to co prawda utwardzony chodnik, jak to w amerykańskich parkach narodowych (chociażby w Wielkim Kanionie), ale nie jest to też ekstremalny trekking. Ot, najpierw idzie się przez piach po dnie strumienia i lekkich wzniesieniach, potem dochodzi się do piaskowych skał, i po nich, raz w górę raz w dół, idzie się już do końca. Przed samym The Wave jest jeszcze ostre podejście, które pod górę można pokonać po skałach, a w dół łatwiej jest zbiec po piachu. Droga jest niezwykle malownicza, czerwone skały w najróżniejszych kształtach widać wszędzie gdzie okiem sięgnąć, słońce praży niemiłosiernie, wiatr zawiewa piachem w oczy i zrywa czapki. Było cudnie.

DSC00513

The Wave, czyli Fala. Widać chyba dlaczego…

Samotność na fali

Mimo że mieliśmy szansę spotkać tylko 16 osób, to wpadliśmy na ponad 10. Niestety w drodze na The Wave i na samej fali nie jest łatwo o samotność, ale to mała udręka. Przy otaczającym pięknie żadna, a dodatkowo taki spotkany wracający wędrowiec zaoszczędza błądzenia. Jest oczywiście prosty sposób, żeby sobie załatwić odrobinę samotności. Wystarczy wstać przed świtem, by skoro tylko wzejdzie słońce wyruszyć na szlak. Takie rozwiązanie ma ten ogromny plus, że daje jeszcze szansę pochodzić po okolicy, a z tego co widzieliśmy w internecie, zdecydowanie warto. My nie ryzykowaliśmy – baliśmy się, że może nas dopaść zmrok i zmęczenie Maćka. A gdyby Maciek padł ze zmęczenia, to oczywiście jego ciężar obciążyłby nasze barki…

The Wave

Ścieżka ku oświeceniu. The Wave

Gdy dotarliśmy na miejsce ciężko było nam uwierzyć w to, co widzimy. Gdy się ogląda w internecie zdjęcia niesamowitych miejsc, to człowiek zawsze w tyle głowy ma świadomość istnienia fotoszopa, zdaje sobie sprawę, że tu się wycięło, tak podkolorowało. Otóż nie, Wave wygląda dokładnie tak, jak ten ideał, który sobie wyobrażaliśmy. Trochę nas zaskoczył, jaki jest niewielki – to w zasadzie teren pomiędzy kilkoma skałami, całość da się obejść w jakieś 2 minuty. Ale jest to prawdziwe cudo natury, a i widoki po drodze są warte każdego wysiłku.

DSC00347

Przez chwilę udało nam się nawet mieć The Wave tylko dla siebie. Na ostatnim podejściu spotkaliśmy wracających Belgów, daleko za nami snuli się „Japończycy”, gdzie prowadzić grupę próbowała córka, a rodzice nie za bardzo chcieli się jej słuchać. Pod koniec naszej sesji na „fali” spotkaliśmy jeszcze dwie pary fotografów z internetowego losowania. Samotności więc nie mieliśmy za wiele. Można pomstować na loterię, na to, że dostęp do The Wave jest tak drastycznie ograniczony, ale jak się jest tam na górze, to ciężko sobie wyobrazić jakby się to oglądało w towarzystwie setki innych ludzi. Z drugiej strony łatwo powiedzieć to nam – ludziom, którym się udało wygrać i wejść do świata dostępnego dla nielicznych.

The Wave

The Wave and beyond…

Pytanie też co będzie dalej. Jeszcze 5-10 lat temu na loterię przychodziło w sezonie maksymalnie po kilkadziesiąt osób. Poza sezonem zdarzało się, że chętnych było nawet mniej niż wydawano pozwoleń. Podobno w Stanach nie za bardzo ktokolwiek o The Wave wiedział i więcej ludzi docierało do niego z Azji czy Europy. Teraz w sezonie sto osób nikogo nie dziwi. Zresztą nawet poza nim to już żadne wydarzenie (dwa dni przed nami było ponad 100 osób). Ciekawe więc co będzie dalej The Wave. Pewnie nacisk na upowszechnienie będzie tak duży, że BLM, które tym zawiaduje zacznie organizować kilka-kilkanaście wycieczek z przewodnikiem dziennie. A za 20 lat do Wave’a będzie już prowadził wyasfaltowany szlak z punktem widokowym z góry (nawet domyślamy się, w którym miejscu go zrobią). Warto więc próbować jak najszybciej i liczyć na szczęście loterii!

The Wave

The Wave z dziećmi? Czemu nie!

Nie warto za to chyba próbować szukać The Wave bez pozwolenia. Co prawda nie ma tam patroli z psami i helikopterami wypatrującymi wędrowców przy pomocy czujników ciepła, to nie Teksas. Ale są strażnicy oddelegowani to wyłapywania pasażerów na gapę, chodzą po szlaku i wypatrują plecaków bez przypiętych pozwoleń. Co grozi tym, których złapią na gorącym uczynku? Z automatu kilkusetdolarowy mandat. Ale jest też poważniejsza konsekwencja. The Wave to tzw. teren federalny o ograniczonym dostępie i wejście na niego to poważne federalne wykroczenie, którego skutki oceni już sąd.

The Wave to tylko jedna z atrakcji Północnych Wzniesień Kojota (North Coyote Buttes), na który dostaje się pozwolenie. Idąc w stronę „fali” widać za nią różne intrygujące formacje skalne jak na przykład góry-namioty, czy góry-piramidy. Zapuszczając się w nieznane, można znaleźć też miniaturowe Wave’y i inne atrakcje: ślady dinozaurów, łuki, alkowy, różne intrygujące gry kolorów. Warto tylko zebrać się w powrotną drogę przed zmrokiem, bo żadne pozwolenia na nocowanie w North Coyote Buttes nie są wydawane.

The Wave

W drodze do The Wave

Dzieci, niespodzianki i okrągłe owoce

Droga powrotna zajęła nam mniej czasu, może dlatego, że znaliśmy już (mniej więcej) drogę, może dlatego, że wyruszyliśmy tuż przed godz. 17, więc słońce nie męczyło już tak bardzo. Poszło nam szybciej pomimo (a może właśnie dlatego) że czekała na nas po drodze niespodzianka.  Na ostatnim fragmencie, na samym środku wejścia na piaszczystą ścieżkę zobaczyliśmy… grzechotnika! Nie było go łatwo dostrzec, bo był niewielki i wtapiał się w otoczenie, ale na szczęście w ostatniej chwili wyłapaliśmy, że coś wije się na piasku. Z odległości kilku metrów obserwowaliśmy jak pełza sobie to w jedną to w drugą stronę, jakby pilnował przejścia (droga była była wyjściem z głębokiego na 3-4 metry wyschniętego koryta rzeki, więc wybór trasy był dość ograniczony), i słuchaliśmy jak złowrogo grzechocze ogonem… W końcu znaleźliśmy jakiś kawałek piachu, po którym udało nam się wspiąć na górę i szybkim krokiem, patrząc uważnie pod nogi, udaliśmy się w stronę samochodu.

The Wave

Kalina w The Wave

Maciek był super dzielny. Mieliśmy poważne obawy, co do tego jak zniesie tak długą wędrówkę, zwłaszcza że zwykle na dużo krótszych dystansach potrafi być bardzo marudny. Do tego poprzednie dwa dni męczył go jakiś wirus, więc miał za sobą 48 godzin gorączki. My byliśmy jednak zdeterminowani, żeby zobaczyć The Wave, więc nawet gdybyśmy musieli go nieść całą drogę (byliśmy na to gotowi) i tak byśmy nie zrezygnowali. Na szczęście Maciek twardo przeszedł całą trasę sam. Paweł niósł go może ze 200 metrów w drodze powrotnej po piachu, na ostatniej prostej. Maciek zaczął wtedy trochę marudzić, ale poza tym bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Kalina rozglądała się uważnie albo spała. Jedyny problem był taki, że nasz niejadek tego dnia postanowił być jeszcze bardziej niejadkiem i wmuszenie w niej choć odrobiny mleka albo wody było niezłym wyzwaniem, ale jakoś udało nam się jej nie odwodnić.

I jeszcze złota rada na koniec: siedząc na jednej z tych gładkich, skalnych górek, nie przepakowujcie plecaka. Zwłaszcza, jeśli macie w nim okrągłe owoce (może jakiś grzechotnik doceni nasze jabłko, brzoskwinkę udało się odnaleźć, ale pewnie te 100 metrów turlania się po skałach pamiętała przez pozostałą godzinę swojego życia).

The Wave

Rodzinne zdjęcie w The Wave

I już naprawdę kończąc pozwolimy sobie na dygresję geograficzno-admnistracyjną. Może nam prawdziwi Utahanie tego nie wybaczą, ale trzeba oddać honor Arizonie. Choć The Wave jest zarządzany przez BLM z Utah, to geograficznie znajduje się w Arizonie. Granicę stanów przekracza się już na piechotę, po wejściu na teren, na który potrzeba pozwolenia. Niby nic, ale honorowo wspomnimy. Arizonę też w końcu lubimy.

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • Jestem zafascynowany Waszym blogiem, tym podrozowaniem po Stanach. Relacje fantastycznie sie czyta! Pozostaje tylko pozazdroscic i zyczyc kolejnych wielu odkryc w podrozy!

  • Aaaaach! The Wave! 🙂
    Mam nadzieję, że nam też się kiedyś uda Wave zobaczyć!

    A na grzechotnika prawie nadepnęłam w Kings Canyon … brrr… do dziś pamiętam to grzechotanie!

  • Cudnie po prostu cudnie. Zazdroszczę, ale ciesze się, że zazdroszczę swoim dzieciom.
    Super piszecie.

  • "…a mniejszość rzuca wrogie spojrzenia (pewnie z Europy)…"

    Ja tylko chciałem zapytać, skąd to przypuszczenie ?

  • Zawsze bylismy przekonani, ze tylko my tak mamy, ze po dluzszym pobycie w Stanach wszyscy w Polsce wygladaja na agresywnych i zawsze na cos wscieklych. Nikt sie nie usmiecha. Ale ostatnio spotkalismy jakiegos Niemca i on tez powiedzial ze boi sie do siebie wracac bo tam wszyscy tacy agresywni i smutni. Do tego nawiazywalismy. Ale mimo wszystko zamierzamy sie usmiechac po powrocie:)

  • Zastanawiam się skąd ta niechęć do Polski i Europy w Waszych postach. Przecież przez ostatnie dziesięciolecia to amerykańska armia jest największym agresorem plądrującym świat wzdłuż i wszerz. Wszystko po to aby amerykanom żyło się lepiej. Oni nikogo innego nie mają na uwadze poza sobą. Stąd w porównaniu z Europejczykami mają o wiele mniej powodów do niezadowolenia.
    Polecam spotkanie z Native Americans np. plemieniem Lakota i posłuchaniem tego co oni mają do powiedzenia o lokalnej przyjazności.
    Cennym doświadczeniem jest też zamieszkanie w USA i zobaczenie wszystkiego oczami lokalnego pracownika/podatnika/konsumenta. Jestem przekonany że tęskno by się Wam zrobiło do Europejskiej mentalności.

    • Nie wiem za bardzo do czego dążysz, czy jak pisałam, że na Dominikanie ludzie byli mili i radośni, i też pod tym względem porównywałam do Polski, to powinnam była dorzucać adnotację, że wymordowali tysiące Haitańczyków? Że o biednych Indianach wybitych w czasach Kolumba przez, nota bene, Europejczyków, nie wspomnę…
      Jeśli widać w naszych postach niechęć to jest ona niezamierzona, wynika zapewne z porównywania doświadczeń tutejszych vs doświadczenia pochodzące z wieloletniej obserwacji uczestniczącej w Polsce. Piszemy o tym co widzimy, a lepiej widać rzeczy inne niż te, które mamy na co dzień w domu. A że nie jesteśmy Indianami z żadnego plemienia ani murzynami, których biją, to nadal będziemy się upierać, że życie tu wygodne, ludzie mili, serdeczni i pomocni i na dodatek, w przeciwieństwie do większości Polaków, się uśmiechają. Nie spotkaliśmy się (póki co) z żadną reakcją negatywną na naszą podróż – dla porównania proponuję lekturę komentarzy pod artykułem o nas na natemat.pl (albo pod jakimkolwiek innym artykułem na dowolny temat w polskich mediach elektronicznych) – część z nich to wiadro pomyj i bezinteresowna agresja.
      Piszesz, że zmienilibyśmy zdanie, gdybyśmy tu pomieszkali. No cóż, mieszkałam tu kiedyś przez chwilę, więc to akurat doświadczenie mam, i za bardzo zdania nie zmienię, Paweł trochę krócej ale też tu chwilę popracował, mało tego, jeśli trafiłaby się nam ku temu okazja, chętnie byśmy się tu na jakiś czas przenieśli. A pierwsze wrażenia po powrocie do matczyzny były właśnie takie jak napisaliśmy: dlaczego ci wszyscy ludzie mają taką wściekłą/smutną minę? Oczywiście rozumiem, że ktoś może mieć inne odczucia na temat mieszkania w Stanach i jeśli tak się złożyło, iż ktoś mieszka tu i nie może wrócić na ojczyzny łono (widzisz synku, jaka ta wódka niedobra, a tatuś musi), to serdecznie współczuję i życzę rychłej wyprowadzki do jakiegoś przyjaźniejszego kraju.
      Jasne, że Stany nie są krajem idealnym, Polska też nie jest, a nam nie chodzi o to, aby wnikać w komplikacje geopolityczne, opisujemy wrażenia z podróży. Jak kiedyś pokusimy się o głębszą analizę krzywd wyczynionych przez Amerykanów całej reszcie świata to nie omieszkamy się tym podzielić.
      Póki co opisujemy wygodne i przyjemne życie podróżnika w Stanach – czasem również znajdując wady i się z nich podśmiewając: jak się wczytasz dokładniej w bloga to na pewno dostrzeżesz, że nie jesteśmy wobec Ameryki zupełnie bezkrytyczni, aczkolwiek staramy się unikać narzekania.
      Lubimy Amerykanów za to, że potrafią cieszyć się życiem zamiast narzekać i szukać dziury w całym. Tego chcielibyśmy się od nich nauczyć i tego, mamy nadzieję, nauczymy nasze dzieci.
      Czego i Tobie Anonimowy czytelniku życzę.
      Pozdrawiam,
      ola

    • Mnie lata doświadczenia pracy w internecie nauczyły, żeby nie wdawać się w niemerytoryczne, anonimowe dyskusje w internecie, więc odpowiem tylko tak: dziękuję za komentarz i zapewniam, że po nim od razu zrobiło mi się tęskno.

    • Merytoryczny «dotyczący treści sprawy, a nie jej strony formalnej» – ze słownika PWN- tak więc nie rozumiem Twojej odpowiedzi.
      Po drugie, polecam usiąść z książką do historii (Historia Polski) i poczytać w wolnej chwili. Może natkniesz się w niej na kilka wydarzeń, które mogły i miały prawo wpłynąć na sposób bycia i mentalność Polaków.
      Po trzecie, skoro wszyscy są tak szczęśliwi i przyjaźnie nastawieni w USA to dlaczego potrzeba im tylu psychoanalityków i psychiatrów? 300 milionów sztuk broni palnej w prywatnym posiadaniu?
      Podpowiem, bo plastikowe uśmiechy ukrywają zatroskane, zagubione i często przerażone wnętrza.
      Większość mieszkańców nie wie skąd pochodzi "OK" czy "how are you". Klepią to bo tak się już utarło. Zawsze wszystko jest OK i awesome bo inna opcja jest społecznie nie do zaakceptowania. Jest znakomita książka Naomi Klein "Doktryna Szoku" którą gorąco polecam. Tutaj link do filmu gdyby na książkę brakowało czasu: http://www.youtube.com/watch?v=TAOFisgryAE
      W tym bardzo przyjaznym kraju, w każdym pokoleniu był ktoś kto walczył na wojnie (Wietnam, Korea, Irak, Afganistan) i mordował niewinnych ludzi. Tutaj link do bardzo ciekawego reportażu o Laosie: http://www.democracynow.org/blog/2013/4/4/40_years_after_secret_us_war_in_laos_ended_millions_of_unexploded_bomblets_keep_killing_laotians
      Gdyby w USA coś takiego zaserwowano to nastroje byłyby podobne do tych w Czeczenii.

      Wielu ludzi, których tam odwiedzacie ich własna rodzina już dawno zapomniała. Niech Was nie zmylą substytuty w postaci porozwieszanych rodzinnych fotografii. Ich relacje rodzinne są często martwe. USA do Polski nie można porównywać. To jest inny świat. Nie uważam że lepszy.
      Powodzenia i wielu nowych przygód życzę. Sporo zobaczyliście ale najlepsze wciąż przed Wami.

    • Piękne miejsce każdym aparatem pięknie wyjdzie:)
      Mamy taką bardziej zaawansowaną małpę – sony cyber shot, wbrew opiniom w internecie ma marną baterię…

  • Byłam tylko miesiąc na Florydzie mieszkałam w zamkniętym osiedli. Wszyscy się do siebie usmiechali, pozdrawiali i robili wszystko, aby wzajemnie bylo wygodnie i miło. Po powrocie do Warszawy do "mojego" osiedla i bloku zrobiło mi się smutno i byle jak. Smutno, szaro mało sympatycznie, co 10 osoba z bloku ukłoni się lub odpowie dzień dobry. Teraz mieszkam na wsi i jest jeszcze gorzej, bo na tle innych finansowo wyglądam lepiej.

  • Drogie Osiem Stóp – bawcie sie dobrze, zbierajcie doswiadczenia, obserwacje. Na Swojej drodze spotkacie roznych ludzi, mniej lub badziej przyjaznych. Ale pamietajcie tylko tych, ktorych warto pamietac

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *