DSC
Tak to w życiu bywa, że często ma się dokładnie to przed czym się ucieka. Jak już kiedyś gdzieś napisaliśmy nie lubimy wczasów last minute w resortach w popularnych turystycznych destynacjach (co by ładnym trawel ejdżensowym żargonem dociągnąć to zdanie do końca). Tymczasem naszą przygodę z Florydą (turystyczną destynacją) zacząć w rv resortach rezerwując miejsce w pierwszym z nich z jednodniowym wyprzedzeniem z kolana na hajłeju w drodze na południe.

Jadąc na Florydę najmocniej liczyliśmy na kempingi dające zniżki na kartę Passport America, którą zamówiliśmy jeszcze przed wyjazdem z Polski. Daje ona zniżkę 50 procent na prawie dwóch tysiącach kempingów w USA. Oczywiście jak to zawsze szczegóły są zapisane małą czcionką, a najważniejsze w ogóle nie są zapisane. I tak zazwyczaj zniżka jest na jedną lub kilka nocy, w najbardziej obleganych miesiącach nie ma jej w ogóle. A to co niezapisane, to fakt, że często dla tych z amerykańskim paszportem (próbowaliśmy z raz czy dwa w żartach się nim legitymować) jest przeznaczonych tylko kilka miejsc.

Długie godziny poszukiwania kempingu na Florydzie ze zniżką, która obowiązuje w styczniu/lutym (czyli w tutejszym sezonie) i z wolnymi miejscami nie dały pozytywnego rezultatu. Niespodziewanie skończyło się więc na resortach. Trzy pierwsze tygodnie na Florydzie spędziliśmy na trzech kempingach sieci Thousand Trails pod marką Encore, jedną z bardziej popularnych jeśli chodzi o prywatne kempingi, (ekhem) rv resorty w USA. A to za sprawą ich oferty „tydzień za 99 USD” (czyli 120 USD z podatkiem), co przy cenach około 50 USD, których zwyczajowo żądają wydało się kuszącą ofertą. Zresztą spanie na Florydzie w sezonie za około 17 USD za noc, to naprawdę nie jest zła opcja.

Wszystkie trzy w zarysie były podobne. Oferowały kilkaset miejsc z pełnym podłączeniem (prąd, woda, ścieki), do tego teoretycznie miały WiFi (różnie to było), kablówkę (też różnie) i inne fantastycznie udogodnienia. Poziomem jednak od siebie znacznie odbiegały.

DSC04221

Pierwszy kemping – Southern Palms niedaleko Eustis, który wbrew nazwie nie był wcale taki bardzo southern tylko raczej central, przynajmniej jeśli chodzi o Florydę, opisaliśmy już wcześniej. Był pierwszy, więc wzbudził najwięcej emocji. W naszej trójce uplasował się chyba na drugim miejscu. Southern Palms miał kilka plusów, przede wszystkim pana Alberta z obsługi, który nie tylko był na miejscy w niedzielę, ale też pomógł nam niezmiernie, a kiedy okazało się, że wszystkie praktycznie kable mamy za krótkie, to  pożyczył dłuższe. Internet działał słabo, ale dawało się go złapać i był darmowy. Co do wody, to nie tylko był kranik na podłączenie się z przyczepą, ale na wózeczku skręcony był też wąż, jakby przyszedł nam do głowy głupi pomysł np. na umycie samochodu (do tej pory nie przyszedł).
Drogi miały równiutki asfalt, stałych mieszkańców raczej niewielu, do tego też stosunkowo niedużo Kanadyjczyków. Cisza i spokój (poza dancingiem w sobotę), szczególnie, że kemping trochę oddalony od ważniejszych tras. Z prawdziwie resortowych udogodnień jak basen czy sala do aktywności nie korzystaliśmy, ale były. Miejsca kempingowe raczej nie betonowane, co nam akurat nie przeszkadzało. Przeszkadzał brak stołu ale jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że taki stół to gdzie indziej powinien być standard.

Ze środkowej Florydy rzuciło nas na wchód, na Space Coast, a dokładniej do Vero Beach. A to po to, żeby mieć punkt wypadowy do rakiet i znajomych w Ft. Lauderdale. Ta sama oferta w tej samej firmie, ale kemping (Sunshine Travel RV Resort) kompletnie inny i chyba nasz resortowy numer jeden. Dużo mniejszy niż poprzedni ale przy tym trochę głośniejszy i żywszy. Położony przy samej autostradzie ściągał wyraźnie więcej Kanadyjczyków i krótkoterminowców. Byliśmy tam tylko tydzień a tuż obok nas wymieniło się co najmniej pięć stanowisk. Obsługa też była bardzo miła (dostaliśmy na przykład kartę na pranie za darmo), ale trudno nam się o niej wypowiadać, bo jak w niedzielę dotarliśmy, to nikogo nie było. Poradziliśmy sobie sami, a że wszystko było w idealnym porządku to nie wchodziliśmy z obsługą w zbyt duże interakcje.

Maciek szybko zakochał się w basenie, mieszkańcy szybko zakochali się w Kalinie. Przy wybetonowanym podjeździe mieliśmy nowiutki drewniany stół. Internet był niestety płatny (więc pozwoliliśmy sobie skorzystać z niezabezpieczonej sieci którychś sąsiadów). W przeciwieństwie do poprzedniego resortu ten miał własną bramę. Ale żeby zrównoważyć brak zaufania do przyjezdnych na wejściu dostawało się kopertę, w której można było zostawić zapłatę za pobyt w razie jakby obsługi nie było. W razie braku gotówki było miejsce do podania pełnych danych z numerem karty kredytowej włącznie. Taką kopertę zostawiało się w otwartym pudełku przy biurze, które było poza terenem ze szlabanem…
zaufanie
Kemping był czysty, bardzo spokojny, przy tym dużo bardziej towarzyski i przyjazny niż poprzedni. Ale to może też dlatego, że spędziliśmy na nim trochę więcej czasu niż na poprzednim. Duże wrażenie robiła sala ze stołami do ping-ponga, piłkarzykami i różnymi innymi grami. Długa lista wydarzeń na „activity board” sugerowała, że jest wykorzystywana bardzo efektywnie. Nie skorzystaliśmy.
activities board
Zachęceni takim rozwojem sytuacji uznaliśmy, że może być już tylko lepiej (taaak, człowiek się jednak szybko przyzwyczaja do luksusów). Trzecim i ostatnim naszym resortem (głównie dlatego, że tylko trzy Thousand Traile są na Florydzie) był Pioneer Village RV Resort w North Ft. Myers. O, jak bardzo on był Pioneer. Lekko rzecz ujmując był zapyziały. Skruszały asfalt, zieleniejące lekko betonowe platformy na miejscach kempingowych, chaszcze.

Sąsiedzi przemili i niezwykle pomocni, ale obsługa zupełnie nie do życia. O stolik, który mieliśmy dostać tego samego dnia, prosiliśmy przez pięć dni z rzędu, potem nam się odechciało i nie dostaliśmy go nigdy, kabel od telewizji był wyrwany, ale to akurat nam, którzy nie mają od lat telewizora w domu, bardzo nie przeszkadzało. Francuski był zdecydowanie pierwszym językiem i bywało głośno, ale przyjaźnie głośno i o godz. 22 wszystko zamierało. W sumie i tak nieźle, ale na tle pierwszych dwóch zdecydowanie najgorzej.

W sumie niestety w takich miejscach regułą jest to, że czym lepsza okolica, tym przyjemniejszy kemping. Eustis pod Ocalą to dość biedne rejony Florydy, ale całkiem spokojne i przyjazne. W Vero Beach jest już w miarę bogato, a północno-wschodnie rejony Ft. Myers to bardzo średnie miejsce, biedne i niezbyt bezpieczne. Bliskość trasy to pewnie więcej Kanadyjczyków, a ci wydają się być głośniejsi (przynajmniej francuskojęzyczni, bo ci anglojęzyczni byli bardzo cichutcy). Ale próbę mamy tak małą, że wszelkie generalizacje są o wiadomo co potłuc.

DSC04222

Na razie nie planujemy dalszego zgłębiania tego zjawiska. Po trzech resortach przyszła kolej na parki narodowe i darmowe noclegi. Na prywatne kempingi pewnie wrócimy ale już poza Florydą, kiedy ceny z Passport America spadną na stałe poniżej 15 USD za noc. Mają one jedną zdecydowaną przewagę nad parkami i goszczącymi nas ludźmi – standardowo można się tam podłączyć ze ściekami, a to w sytuacji kiedy nasz zbiornik mieści brudnej wody po dwóch bardzo szybkich prysznicach jest ogromnym ułatwieniem.

Powiązane wpisy

1 komentarzSkomentuj

  • Polaków zawsze tutaj dziwi zaufanie 😉 U mnie na wsi bardzo popularna jest sprzedaż warzyw na zasadzie "weź sobie i wrzuć do puszki ile uważasz".

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *