DSC

Pomorze Zachodnie jest duże. Tak duże, że w naszych głowach składa się z kilku zupełnie odrębnych części. Z racji tego, że mogliśmy wypożyczyć kampera tylko na kilka dni, chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie i każda z tych części jest dla nas „esencją” na przyszłe powroty. Oto plan minimum na weekend na Pomorzu od Niechorza do Dziwnowa, ze wskazaniem do rozciągnięcia na cały tydzień. Do stosowania w postaci skondensowanej lub rozcieńczonej, w zależności od  możliwości, upodobań i tempa.

Prawie jak Oregon

Polskie wybrzeże przypominało nam amerykański Oregon. Dlaczego? Podobieństw między polskim wybrzeżem a atrakcjami Oregonu jest całkiem sporo. Było morze, były latarnie morskie, były małe miasteczka, pochmurne niebo i wiało. Tylko kawiarenek drive-thru brakowało. Nadmorskie miasteczka są czyste i zielone, może trochę za dużo tam wszelkiego rodzaju przyciągaczy dziecięcego wzroku/wyciągaczy rodzicielskich pieniędzy typu maszyny z kulkami czy maskotkami do losowania, balony, wiatraczki, itp. Ale i tak wydaje nam się, że jest lepiej niż 3 lata temu, kiedy byliśmy tam ostatnio. Często wystarczy zejść z głównego deptaka, by trafić do zupełnie innego świata – zielonych, cichych i urokliwych alei i stojących przy nich starych willi o harmonijnej i spokojnej architekturze.

DSC01833

Uliczki Niechorza

Zmianę na lepsze widać też w gastronomii. Restauracje, knajpki i lodziarnio-gofrarnie nie straszą już jaskrawymi napisami pamiętającymi lata 90-te. Miejsca, które mijaliśmy potrafiły być urządzone ze smakiem i hipsterską nutą, przypominającą nam nieco nasze rodzime praskie klimaty. I, jak się potem okazało, nie bez powodu.

Bałtyk rybą stoi

W Oregonie królują sery, kawa i lokalne piwo. Nad Bałtykiem oczywiście króluje ryba. W Niechorzu wybraliśmy się więc do smażalni Kergulena.  Samo słowo „smażalnia” kojarzyło nam się dotychczas z tłuszczem wypływającym na tekturową tackę z panierki, w której ukrywa się ościsty kawałeczek średnio świeżej ryby. To chyba drugi, po pogodzie, z ulubionych tematów utyskiwania na polskie wybrzeże. O jakże niesłusznie! Są oczywiście miejsca, gdzie lepiej swych zębów nie zatapiać w niczym poza zimnym piwem, ale Kergulena do nich zdecydowanie nie należy.

Smażalnia chwali się tym, że jest najstarsza na zachodnim wybrzeżu. Założyła ją w 1976 roku babcia obecnego właściciela. Właściciel – nomen omen Paweł – sam stoi za barem, rozmawia z klientami i doradza. Jeszcze niedawno można go było spotkać czasem w warszawskim Soho Food Market (może stąd nasze praskie skojarzenia), ale stolica go do siebie nie przekonała. Woli rodzinne okolice i rodzinną smażalnię.

DSC01820

Weekend na Pomorzu bez wizyty w smażalni ryb? Nie da się! Paweł, właściciel Kerguleny, doradza klientom.

Paweł zaproponował nam tradycyjnego panierowanego dorsza podanego z masłem czosnkowym i przepysznego dorsza z rusztu z sosem z gorczycy, o którego resztki zresztą się niemalże posprzeczaliśmy. Pomyśleliśmy nawet, że to grzech zamykać tak fantastyczną rybę w panierce, ale obie wersje są mistrzowskie w swojej klasie.

Dzieciaki (tak, tak, Kergulena przekonała do siebie nawet nie lubiącego ryb Maćka!) zjadły pokrojoną w paseczki smażoną solę. Wystarczyło im powiedzieć, że to takie specjalne frytki. Do tego spróbowaliśmy śledzi (czego tam nie było! w occie, w oleju, w sosie czosnkowym, w pomidorach, w curry, wszystkie pyszne i wszystkie robione przez mamę właściciela). Kergulena na swojej ulotce chwali się, że ich zakąski ze śledzia bałtyckiego urosły już niemal do miana legendy. Jesteśmy w stanie w to uwierzyć. Nie zapomnieliśmy oczywiście o węgierskiej zupie rybnej halaszle  – obłędna! Uwierzcie, dla kogoś, komu zupa rybna kojarzyła się głównie z dawno nie zmienianą wodą z akwarium, to było odkrycie sezonu.

DSC01795

Niechorze, przekąski śledziowe w Kargulenie

Gdybyśmy byli Maciejem Nowakiem, to teraz przeszlibyśmy do właściwej części obiadu. Ale nas rozpierały już przepełnione brzuchy i błoga satysfakcja. Starczyło jeszcze tylko miejsca na jedno lokalne piwo wypite na pół. Od kiedy mamy kawiarnię a w niej szeroką ofertę piw regionalnych i kontraktowych, koncernowe produkty piwopodobne już do nas nie przemawiają, za to bardzo lubimy próbować nowości. Tu też się nie zawiedliśmy. Piwo Rewalskie to porządnie uwarzony pils, fermentowany w otwartych kadziach i potrójnie chmielony. I to chmielenie i goryczkę bardzo mocno czuć. Dobrze pasuje do ryby, szczególnie do dorsza z rusztu. Co prawda warzy się je w Browarze Witnica w Gorzowie Wielkopolskim, który, jak sama nazwa wskazuje, leży w województwie lubskim, ale to zaledwie 7 km od Pomorza Zachodniego, więc w sumie zaliczamy…

Po wąskim torze

Co jeszcze, poza jedzeniem ryb (i gofrów oczywiście!), można robić nad morzem? My, gdybyśmy mieli więcej czasu, zaczęlibyśmy od przejechania się kolejka wąskotorową, o której wspomnieliśmy w poprzednim wpisie. Cała trasa to prawie 40 km z Pogorzelicy do Gryfic – prawie 2 godziny jazdy, sama część nadmorska kończy się w Trzęsaczu, jakieś pół godziny od Pogorzelicy. Te 10 km zostało wyremontowanych, czy raczej zbudowanych od podstaw kilka lat temu porządnie nadwyrężając budżet gminy Rewal. Wszystko aż bucha nowością: począwszy od torów, przez wagony, kończąc na budynkach dworcowych, peronach, dojściach do stacji i parkingach. Linia ciągnie się jeszcze dalej od Pogorzelicy aż do Trzebiatowa, ale żeby uruchomić ten fragment, nie starczyło już pieniędzy. Może za kilka lat uda się puścić kolej całą trasą i dorzucić jeszcze widokowy wagon restauracyjny?

Kolej wąskotorowa na Pomorzu.

Kolej wąskotorowa na Pomorzu.

W wąskotorówce wcale jednak nie o samą jazdę chodzi: te pół godziny między Pogorzelicą a Trzęsaczem można rozciągnąć w całodzienną wycieczkę, z wysiadaniem na kolejnych stacjach i zwiedzaniem okolicznych atrakcji. My, jak już wspominaliśmy wcześniej, ruszyliśmy z Niechorza i dojechaliśmy do Trzęsacza, ograniczając nasze zwiedzanie do tych dwóch miasteczek.

W Niechorzu kolejny raz daliśmy popis z planowaniem pakując się kamperem w samo centrum miasteczka, gdzie znajduje się stacja. Tymczasem stacja Niechorze Latarnia była na tyłach kempingu Pomona, na którym spaliśmy. Od naszego kampera jakieś 100 metrów w linii prostej. Plusem pakowania się do Niechorza było to, że Ola z dzieciakami zobaczyli dodatkową stację, a Paweł mógł się polansować kamperem po mieście szukając wyjazdu bez konieczności zawracania.

Rewal

Z widokiem na Niechorze

Niechorze oprócz atrakcji gastronomicznych i plaży ma oczywiście do zaoferowania jeszcze latarnię morską, ta samą, o której pisaliśmy poprzednio, że widać ją z kempingu. Zbudowana w połowie XIX wieku, z 45-metrową wieżą dumnie góruje nad okolicą. Latarnia cudem przetrwała ostatnią wojnę. Była przygotowana do wysadzenia, ale z jakiegoś powodu (może żalu saperów) jej nie wysadzono i już kilka lat po wojnie znów została uruchomiona. Kiedy byliśmy w latarni wokół trwał intensywny remont. Dokańczano duży plac od strony lądu i mały placyk przy zejściu na plażę. Po bokach placu zaczynały już pączkować małe i średnio-urodziwe punkty z atrakcjami i przekąskami, ale można mieć nadzieję, że w ramach porządnego remontu zaplanowano też ujednolicenie małej architektury.

Widok z latarni morskiej w Niechorzu

Na lewo morze, na prawo jezioro. Widok z latarni morskiej w Niechorzu

Wejście na 210 schodów latarni nie jest proste, szczególnie z trzylatką na rękach, ale widoki w pełni rekompensują ten wysiłek. Szczególnie interesujący jest widok na wschód, z szerokimi plażami, Niechorzem i lasami ciągnącymi się do Pogorzelicy, jeziorem Liwia Łuża, które wydaje się całkiem porządnym zbiornikiem, a tymczasem ma 0,9 m średniej głębokości. Można też dobrze przyjrzeć się parkowi miniatur latarni morskich położonemu u podnóża tej prawdziwej.  My nie zdecydowaliśmy się na wizytę w tym parku, mając zaproszenie od konkurencji w Dziwnowie, niemniej jednak nawet tam podkreślano, że warto go odwiedzić. Park w Niechorzu ma bowiem pełen zestaw bałtyckich latarni na polskim wybrzeżu, a dodatkowo są one naprawdę dobrze wykonane. I podkreślamy, to nie nasza opinia, tylko zdanie bezpośredniej konkurencji.

Weekend na Pomorzu bez Trzęsacza?

Po pół godzinie spokojnej jazdy przez łąki i pola możemy dojechać do Trzęsacza. A jak Trzęsacz to oczywiście ruiny kościoła na klifie. Zbudowany na przełomie XIV i XV wieku kościół stał po środku wsi, jakieś 2 kilometry od brzegu. W połowie XVIII wieku morze zbliżyło się na niecałe 60 metrów, a w 1870 roku doszło do murów świątyni. Ostatnia msza to rok 1874, a od 1900 roku morze zaczęło zabierać ścianę po ścianie i cegła po cegle.  Ostatni fragment zsunął się z klifu w 1994 roku i z kościoła pozostał tylko 12-metrowy fragment południowej ściany.  Kilka lat później zapadła decyzja o wzmocnieniu klifu kamienną opaską, która na razie się sprawdza, choć, trzeba przyznać odebrała nieco uroku ceglanej ścianie nad brzegiem urwiska.

DSC01980

Ruiny kościoła w Trzęsaczu

Ściana zresztą nie jest już samotna, bo tuż obok niej zbudowano platformę widokową wychodzącą w morze wraz ze schodami prowadzącymi na plażę poniżej. Platforma do doskonałe miejsce do podziwiania ruin, ale też punkt startowy do polatania paralotnią. My też chcieliśmy polatać (próbowaliśmy kiedyś na Dominikanie i bardzo nam się spodobało), niestety to zabawa bardzo mocno zależna od wiatru. Byliśmy w kontakcie ze Sławkiem (tel. 609981282), który jako jedyny organizuje tandemowe loty dla amatorów w weekendy, ale nie poszczęściło nam się i zaczęło wiać od… poniedziałku. Byliśmy mocno niepocieszeni, ale kilka dni później wynagrodziliśmy sobie to niedociągnięcie latając … szybowcem! Ale o tym za jakiś czas.

Z Trzęsaczem mamy tak, że przy pierwszej wizycie raziła nas jego odpustowość w okolicach deptaka, ale Trzęsacz zdecydowanie zmienia się na lepsze i przy każdej wizycie można dostrzec w nim coraz to nowe ciekawe drobnostki. Urzeka spacer odnowioną aleją od stacji kolejki, na głównym deptaku warto spojrzeć pod nogi i dostrzec, że idzie się po klawiaturze fortepianu, Trzęsacz chwali się też w kilku miejscach, że leży na 15. południku, który wyznacza czas środkowo-europejski.

DSC02023

Muzyczny deptak w Trzęsaczu

Przy deptaku zadomowiło się też Multimedialne Muzeum na Klifie. To niepozorny budynek, ale kryje w sobie całkiem zgrabnie pomyślaną prezentację na temat Trzęsacza. Przede wszystkim można w nim poznać legendę o zielenicy, która tłumaczy, dlaczego morze z taką siłą uderzało w brzegi pod murami kościoła. Otóż wiele lat temu miejscowi rybacy złapali w sieci syrenę – czyli zielenicę. Nie było to nic szczególnego. Zielenice często trafiały do sieci rybackich, a ci co prawda już chrześcijanie, ale jeszcze wypraszający łaski u władcy morza, wypuszczali je na wolność.

Księża uznali jednak, że zielenice nie mogą być pogankami i kazali je przynosić do kościoła. Tak też postąpili rybacy. Zanieśli syrenę do księdza, który ją ochrzcił i kazał zamknąć na noc w kościele. Na nic zdały się prośby rybaków i samej syreny, by ją wypuścić. W nocy zielenica uschła z tęsknoty za morzem i zmarła. Rano rybacy chcieli oddać jej ciało wodzie, ale ksiądz się nie zgodził i kazał ją pochować na przykościelnym cmentarzu. Od tego czasu morze walczyło o to, by odzyskać jej ciało. Każdego stulecia podchodziło coraz bliżej, aż w końcu podmyło świątynię i przykościelny kościół i odzyskało szczątki zielenicy.

Muzeum Multimedialne na Klifie w Trzęsaczu

Muzeum Multimedialne na Klifie w Trzęsaczu

Cała prezentacja trwa kilkanaście minut, ale jest zrobiona ze smakiem, nieprzegadana i ma tyle efektów, by wywrzeć na dzieciach wrażenie, ale ich nie przestraszyć. Dobiera się ją zresztą pod wiek zwiedzającego. My wzięliśmy wersję dla dzieci, choć chyba nie pod najmniejszych maluchów i Kalina z Maćkiem jeszcze długo po powrocie z Pomorza wspominali legendę o syrenie…

Kolejki wśród latarni

Z Trzęsacza wyjechaliśmy po kilku godzinach dając się jeszcze wybawić dzieciom na miejscowym placu zabaw. Na plażę nie schodziliśmy. Wiało przeraźliwie i jak to często bywa na początku czerwca, nad samym morzem wcale nie było zbyt ciepło. Ruszyliśmy więc na zachód – do Dziwnowa. Tam mieliśmy już umówione spotkanie w Nadmorskim Parku Miniatur i Kolejek.

DSC02048

W Dziwnowie zaczęło się dziwnie. Miasto ostatnio odcięło park od parkingu, przez co trzeba było przebudować bramę wyjściową i wydłużyć dojazd. Dojeżdża się teraz trochę naokoło, zaliczając surrealistycznie, jak na te okolice, wyglądające blokowisko z tymczasowym parkingiem dla gości na polanie stopniowo zamieniającej się w klepisko. Tak to niestety na Pomorzu jest, że dużo atrakcji to prawdziwe perełki, ale żeby tam dojechać i zaparkować trzeba wyzwolić u siebie trochę kierowcy w rajdach przełajowych na orientację. W Oregonie było z tym trochę lepiej, choć też nierzadko szorowaliśmy przyczepą po zajeżdżonej trawie.

Nadmorski Park Miniatur w Dziwnowie

Dziwnów. Nadmorski Park Miniatur i…

Dla Nadmorskiego Parku Miniatur i Kolejek warto to jednak zrobić. Park jest równolatkiem tego w Niechorzu. Oba powstały w 2012 roku, chcąc zyskać popularność na ruchu turystycznym przy okazji EURO 2012. Ogromnej fali turystów nie było, ale wystarczyło, żeby parki przetrwały i nabrały rozgłosu. By się jakoś odróżnić od konkurencji, dziwnowski park zdecydował się postawić też na kolejki. Zaczęło się od kilkuset metrów torów, teraz jest już ich ponad kilometr. Do tego dworce z podróżnymi, mosty, tunele, lokomotywy z bajki „Tomek i Przyjaciele” oraz klasyczne parowozy i modele szybkiej kolei.

Jeśli chodzi o latarnie, to w Dziwnowie obejrzymy nie tylko wszystkie czynne obiekty w Polsce, ale także dwie polskie latarnie zlokalizowane poza granicami naszego kraju – latarnię Arctowski z polskiej stacji arktycznej na wyspie King George oraz Hornsund położoną na norweskiej wyspie Spitsbergen. Bartek sporo wie o każdej latarni, pochodzi z Rewala, Pomorze zjechał wszerz i wzdłuż. Opowie, w której latarni straszy, która jest zbudowana z beczek po paliwie i przy każdej rzuci jakąś mniej lub bardziej znaną anegdotą.

DSC02119

…Kolejek

Dziwnów to też brama do trochę innego Pomorza, krainy 44 wysp i Wolińskiego Parku Narodowego, gdzie można porzucić „cywilizacyjne” atrakcje na rzecz natury. Tej oczywiście nie brakuje również na wchód od wyspy Wolin, na plażach wokół Trzęsacza i Niechorza i pieszych oraz rowerowych szlakach w okolicy można spędzić nie tyle weekend, ale co najmniej kilka tygodni. Z tymi polskimi plażami mamy niestety pod górkę, bo są dla nas trochę za wietrzne i chłodne. Cóż, w Oregonie wieje jeszcze bardziej, a nie przeszkodziło nam to, by się w nim zakochać…

(Visited 637 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *