DSC

Po różnych mniej znanych parkach narodowych i stanowych przyszła pora na amerykańską perłę w koronie – Wielki Kanion. Z Flagstaff warto pojechać tam trasą widokową (wybaczcie za dość nieudolne tłumaczenie scenic highway) 180. Nawet z Eddiem za plecami jedzie nam się wygodnie. Podobnie chyba sznureczkowi samochodów za Eddiem. Nie przejmujemy się, bo jedziemy równo z limitem, a i tak za bardzo nie mamy ich jak przepuścić na krętej, górskiej drodze. Wyprzedzą nas w dolinach.

Początek wizyty w Wielkim Kanionie przynosi konsternację, bo visitors center w Tusayan okazuje się IMAXem. W dodatku, wbrew opisom, autobusy, które miały dowozić do parku stamtąd chyba nie jeżdżą. Przynajmniej zapytani pracownicy IMAXa wyglądają, jakby pierwszy raz słyszeli o autobusie w tych rejonach. Cóż, nic złego się nie stało. Wsiadamy do naszego Jeepa i z przyczepą na plecach wjeżdżamy do parku narodowego. Od płacenia za wstęp na bramie  znowu zwalnia nas America the Beautiful i to już jest porządna oszczędność. Wjazd bez niej kosztuje 20 USD. Zostawiamy Jeepa i Eddiego na parkingu wywołującym rozmiarem nieśmiałe skojarzenia z parkingiem przy DisneyWorld i idziemy zwiedzać.

Wielki Kanion

Wielki Kanion

Wielki Kanion – tłum z fototapetą w tle

Ktokolwiek miał romantyczne wyobrażenie tego miejsca jako cichego i odludnego, gdzie zajeżdża się samochodem (albo dochodzi po żmudnej wędrówce) na krawędź kanionu, idąc po kamieniach i ubitej ziemi, może się poważnie zdziwić. Wielki Kanion to wielka turystyczna fabryka. Wzdłuż Południowej Krawędzi (South Rim, północna, wyżej położona jest zamknięta często aż do czerwca) prowadzi wyasfaltowana ścieżka, a między głównymi punktami widokowymi jeździ bezpłatny autobus. Jeśli więc zastanawiacie się, czy Wielki Kanion można zwiedzać z dziećmi, a nawet z wózkiem, to nie ma z tym żadnego problemu. W autobusach z miejscem bywa różnie, ale wygodny wózek i szeroka ścieżka to doskonałe połączenie.

Na pierwszych punktach widokowych ciężko dopchać się do miejsca, z którego widać cokolwiek więcej niż Koreańczyków robiących sobie zdjęcia. Ale też jesteśmy tu w niedzielę, a to raczej nie pomaga. Na szczęście kawałek dalej sytuacja zmienia się na lepsze. Ludzi zdecydowanie mniej, widoki zapierają dech w piersiach, krajobraz jak z fotoszopa, ciężko uwierzyć, że to nie jest po prostu wielka rozwieszona fototapeta.

DSC06554

Dla geologów Wielki Kanion musi być prawdziwą orgią zmysłów. Nie będziemy się zagłębiać w historię powstania Wielkiego Kanionu (choć poznaliśmy ją dobrze idąc Ścieżką Czasu, która opisuje i przedstawia wszystkie skały z przekroju Kanionu), ale po krótce chodzi o to, że wyrzeźbiła go rzeka Kolorado w płaskowyżu Kolorado wyniesionym przez nasuwanie się płyt tektonicznych na siebie. Tych kolejnych warstw skalnych jest kilkanaście i są podane jak na widokówce. Nie przysłania ich żadna wegetacja, a na kolejnych punktach ścieżki dobrze zadbano, o to by je wyróżnić instalując na sztywno lunety wycelowane w odpowiednie części kanionu. Chcesz zobaczyć, jaki kolor miał prekambr, przykładasz oko, ciekawi cię co przyniósł trias, zbliżasz twarz do lunety. I tak przez tysiąclecia…

Idziemy ścieżką wzdłuż Wielkiego Kanionu ładnych parę kilometrów. Maciek raz doskonale się bawi chodząc po skałach, dopytując się co i jak, ale ma też swoje humory i po chwili się mu nudzi. Trzeba więc kombinować, wymyślać zabawy w szukanie i wypatrywanie różnych zwierząt (oraz, pod wpływem książeczki obejrzanej w jakimś sklepie z pamiątkami, ich kup), czy kształtów skał. Ścieżka zapełnia się ludźmi tylko przy przystankach darmowego autobusu. 20 metrów dalej znów jest pusto i spokojnie.

Wielki Kanion

Wielki Kanion z dziećmi. Każdy znajdzie coś dla siebie

Ścieżka jest prawie pusta. 99 proc ludzi w ogóle nie odchodzi od punktów widokowych przy przystankach autobusowych, a te są co 1-1,5 kilometra. Można podjechać, pooglądać a po 15 minutach wsiąść w kolejny autobus i podjechać dalej. Pierwszego dnia jesteśmy twardzi i idziemy, zamiast podjeżdżać.

W końcu nadchodzi jednak moment, kiedy ani my, ani Maciek nie mamy więcej siły, a akurat na horyzoncie pojawia się hotel z restauracją. A jakże, tego nie mogło zabraknąć. Zresztą tradycja zorganizowanej obsługi turystów w Kanionie sięga 100 lat w przeszłość. Wtedy powstały pierwsze budynki w Gran Canyon Village, wtedy też dociągnięto tam linię kolejową z Williams. Frank Harvey jako pierwszy zaczął organizować wycieczki (on też obstawił zresztą Skamieniały Las) i się zaczęło.

Najstarsze budynki przy samym kanionie mają swój urok. To ciekawa architektura z początku wieku. Większość ładnych budynków w amerykańskich parkach narodowych to efekt Wielkiego Kryzysu i inwestycji publicznych. Tutaj było inaczej. Założenia powstały na długo przed kryzysem. Co ciekawe i na pierwszy rzut antyamerykańskie, to schowanie ruchu samochodowego. Dostawy i dojazdy miały odbywać się od zaplecza. Fronty budynków były kierowane na tereny wspólne przeznaczone dla ludzi, a nie samochodów. W późniejszym czasie obok historycznej wioski wyrosła już w miarę typowa plaza ze sklepem, pocztą i kilkoma punktami usługowymi dla pobliskich kempingów i gości hotelowych. I nie ma ona już tamtego uroku.

Wielki Kanion

Wielki Kanion. Kolory, których się nie zapomina

My zostajemy w historycznej części. Po długim spacerze nadchodzi wieczór, za chwilę i tak zajdzie słońce i będzie zdecydowanie za zimno. Siadamy, by coś do przegryźć i jesteśmy mile zaskoczeni ceną. Jedzenie nie jest może jakieś specjalne, ale kosztuje bardzo przystępnie. Wirus Disney’a nie dotarł na szczęście do miejscowych kuchni i cenników. Posileni łapiemy autobus i wracamy na parking. Jest już ciemno, ale na parkingu poza nami jest jeszcze jeden rv, który mimo wszechobecnych zakazów wygląda jakby szykował się na noc.

Wielki Kanion. Gdzie nocować za darmo?

My nie jesteśmy aż tak twardzi, a skoro park dodatkowo nagania wszystkich na kemping bez żadnych podłączeń za prawie 20 USD, to nie spodziewamy się, że dadzą nam tu przestać całą noc. Poza tym mamy i tak mamy już upatrzone własne miejsce. Śpimy na darmowym kempingu przy Wielkim Kanionie jakieś 5 minut jazdy od wejścia do parku. Wjeżdżamy do lasu dawno po zmroku. Jedziemy powoli, by nie przegapić najważniejszego znaku. I w końcu w światłach reflektorów dostrzegamy tabliczkę „tu można już biwakować”, a za nią sporą polanę. Miejsca jest sporo, my stajemy jak najbardziej z boku. Tych kilka samochodów, które jeszcze przejedzie leśną drogą tego wieczoru w ogóle nam nie przeszkadza. Po całodziennym spacerze padamy na twarz. W ramach bonusa tego dnia Kalinie wychodzi pierwszy ząb. Mały ząb w Wielkim Kanionie.

Wielki Kanion

Wielki Kanion i pierwszy ząb Kaliny!

Nad ranem przeżywamy to, co było opisane na stronie freecampsites.com. Kemping BLM jest dokładnie pod drogą podejścia na pobliskie lotnisko. W nocy był spokój, ale od godz. 6 rano co chwila przelatuje nam tuż nad przyczepą jakaś awionetka albo helikopter. A przecież jest poniedziałek, mocno poza sezonem. W sezonie ruch nad głową pewnie jest jak w Warszawie na Marszałkowskiej.

Wielki Kanion wart jest co najmniej dwudniowej wycieczki, więc następnego dnia wracamy tam, gdzie skończyliśmy. Generalnie im dalej od parkingów tym ścieżki i punkty widokowe pustsze, dlatego jeśli ktoś ma na przykład tylko jeden dzień, proponujemy pojechać autobusem na koniec trasy i zwiedzać w przeciwnym kierunku niż zrobiliśmy to my. Widoki będą nawet lepsze, a kolejka do dobrej fotograficznie miejscówki znacznie krótsze. Przez chwilę kombinujemy, żeby iść dalej, a nawet zejść z Maćkiem i Kaliną w nosidełku którymś z prostych szlaków na dół. To jednak niestety był pierwszy dzień, kiedy zaczęło nam się sypać zdrowie, a zaczęło się od Maćka. Tego dnia w kanionie Maciek był już lekko dętką, dostał gorączki i zwiedzanie zrobiliśmy sobie dość spokojne.

Wielki Kanion

Wielki Kanion

Jednym z ostatnich punktów widokowych jest Hopi Point – widok z niego jest nieziemski, do tego jest to chyba pierwsze miejsce na całej trasie z którego widać dno kanionu i wijącą się rzekę Kolorado. Z góry wygląda jak brązowy strumyk, w rzeczywistości ma około 100 metrów szerokości i ponad 10 metrów głębokości. Pani kierowca autobusu, która dowozi nas w to niesamowite miejsce żartuje, że jest to miejsce prawie idealne – do ideału brakuje tylko stoiska z hot-dogami i coca colą. Cóż, chyba inny mamy gust jeśli chodzi o miejsca idealne…

Wszystkim, którzy chcą zaznać trochę bardziej dzikiego Wielkiego Kanionu polecamy północną krawędź. Nasi znajomi z Las Vegas, u których potem przenocowaliśmy mówili, że z północnej strony jest darmowy kemping BLM, czyli zwykła polana, tylko nie przy podejściu na lotnisko, a w kompletnej głuszy, a na samej krawędzi kanionu. W dodatku mimo popularności, wśród oszczędnych, frugalowych kamperowców, nie ma tam zazwyczaj tłumów. Można więc mieć za darmo prywatny poranek z najpiękniejszym widokiem w Arizonie.

Wielki Kanion

Wpatrując się w Wielki Kanion

Po południu drugiego dnia zbieramy się w stronę Las Vegas. Po drodze jeszcze wyglądamy niejakiego Kazika. Nasz brat cioteczny powiedział nam, że to taka lokalna persona w Wielkim Kanionie. Ten warszawiak z pochodzenia jeździ zbudowanym przez siebie samochodem i ma sklep z indiańskimi pamiątkami. Niestety nigdzie nie było go widać. Może następnym razem.

Po drodze do Vegas robimy jeszcze przystanek w Williams. To typowa mieścina Route 66 z główną ulicą i trasą kolejową przechodzącą przez środek miasta. Teraz istnieje na mapie jako pierwsza stacja Grand Canyon Railway i lokalizacja wielkiego RV Parku przy stacji. Do tego, o czym nie mieliśmy pojęcia, Williams było inspiracją dla Chłodnicy Górskiej z pixarowskiego hitu „Auta”. I  faktycznie stojąc na Main Street czyli Route 66 da się przenieść w wyobraźni do Chłodnicy.

Podobieństwo jest też o tyle uderzające, że Williams jest dużo mniejsze niż można się spodziewać z mapy czy opisów w ulotkach. Poza Route 66 ma tylko jedną równie istotną ulicę, trasę kolejową, a poza tym kończy się równie nagle, co się zaczyna. Żeby jednak nie pogubić się w skojarzeniach w lokalnym visitors center cały czas lecą z dvd „Auta”.

Do Vegas docieramy późną nocą. Parkujemy na ulicy przed domem Briana i Joy, którzy zgodzili się nas ugościć przez kilka dni i od razu padnięci zasypiamy. Kolejny dzień to Hoover Dam. Kto kiedykolwiek grał na komputerze na początku lat 90-tych w „Cywilizację” musi docenić podniosłość tej chwili.

(Visited 2 514 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • Mieszkam w USA i zwiedziłam już wiele. 49 stanów. – zostały mi tylko Hawaje do odkrycia.

    ! Wielkim Kanionie byliśmy kilka razy, ale najbardziej zafascynował nas lot helikopterem i zejście w dół z noclegiem przy Colorado River.
    Pozdrawiam

    • Kiedyś dawno temu widziałam Wielki Kanion z awionetki, zapierał dech w piersiach, ale wrażenia z krawędzi były jeszcze bardziej niesamowite. Nie mogę się doczekać następnego razu – wtedy na pewno zejdziemy na dół!

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *