Są takie filmy i seriale, w których sceneria zaczyna grać równie ważną rolę, co główni bohaterowie, a jakiś element tła nagle staje się jednym z nich. Może to być budynek, plac, czy całe miasto. W „Wielkich Kłamstewkach” w rolę milczącego bohatera wcielił się Bixby Creek Bridge – most nad Bixby, leżący na Pacific Coast Highway, czyli słynnej „Jedynce”.

Kiedy przez pół roku rodzinnie podróżowaliśmy po USA, zakochaliśmy się w fakcie, że czasem droga jest ważniejsza od celu. Potrafiliśmy gdzieś jechać kilka godzin w jedną stronę, uznać, że cel był zupełnie tego nie warty, a a wieczorem i tak cieszyć się jak dzieci z udanego dnia. Bo widoki po drodze zapierały dech w piersiach, bo historyczny tunel, bo most z czasów Wielkiego Kryzysu, który, skoro był odpowiedzią na kryzys, to musiał być wyjątkowy… A może też dlatego, że samochód był spory i wygodny, dzieci albo drzemały, albo zajmowały się sobą, zazwyczaj nie słyszeliśmy z tyłu jęków, które tak często towarzyszyły nam, kiedy ciągaliśmy je po szlakach, a widoki same przesuwały się za oknem?

Pobyt w USA zaowocował miłością i tęsknotą do wielu przepięknych tras. Nadal przed oczami przesuwają nam się obrazy z bajkowej „12” (Utah’s All-American Road), z ciągnącej się setkami mil „20”, czy wreszcie, a tak naprawdę, przede wszystkim ze słynnej „Jedynki”, czyli Pacific Highway 1, ponad 1000-kilometrowej pacyficznej autostrady, której mieliśmy okazję przejechać ponad połowę.

Bixby Bridge

Bixby Creek Bridge z widoczną plażą i wylotem rzeki oraz kanionu Bixby

Wielkie Kłamstewka – urocze dzieci, piękne domy i most

Dlatego tak emocjonalnie zareagowaliśmy na napisy początkowe serialu „Wielkie Kłamstewka”. Poza tym to naprawdę dobry serial. „Zaślepione miłością matki, osiągający sukcesy mężowie, urocze dzieci, piękne domy. Jakie kłamstwa kryją się za pozorami ich perfekcyjnego życia?” – zachwala go HBO. Konflikt, którego kulminacją w serialu jest morderstwo zaczyna się w pierwszej klasie szkoły podstawowej. A my również właśnie posłaliśmy dziecko do szkoły i znów zasiedliśmy w szkolnych ławkach na zebraniach (wiecie, że rodzice zazwyczaj siadają na zebraniach na miejscach, które zajmowali jako dzieci?). W dodatku uwielbiamy portrety małych amerykańskich społeczności, szczególnie tych zamkniętych i represyjnych.

I te domy za miliony dolarów z widokiem na ocean… Ha! Tu nawet mamy co nieco wspólnego z bohaterami serialu, bo udało nam się zanocować nad „Jedynką” i nasze okno wychodziło na Pacyfik! Co prawda, tylko przez jedną noc i nie było zbyt wygodnie, bo nie wypoziomowaliśmy przyczepy na poboczu, ale zawsze! Ważne, że udało się przyczepę ustawić tak, by głowy były wyżej niż nogi i nie musieliśmy się nawet przejmować poduszkami. A śniadanie nad klifami pacyficznego wybrzeża w Kalifornii zapamiętamy do końca życia.

Big Sur

Nocleg z widokiem na ocean

Bixby Bridge – aktor od urodzenia

Tego samego dnia, po niezwykłym poranku nad Pacyfikiem, zaliczyliśmy też dwa miejsca, które odgrywają tak dużą rolę w „Wielkich Kłamstewkach”, czyli Most Bixby i Monterey. Bixby Creek Bridge, czyli most nad strumieniem Bixby to jeden z najbardziej znanych mostów w USA. W Europie z amerykańskich mostów przychodzą do głowy Golden Gate Bridge i może jeszcze Most Brookliński, ale za oceanem niedaleko za nimi plasuje się właśnie Bixby Bridge. Trafiał do reklam, na znaczki pocztowe, do filmów (np. Absolwent z Dustinem Hoffmanem) i w końcu również do seriali. Nawet jeśli akcja działa się w Teksasie, to i tak można było tam wcisnąć słynną przeprawę na „Jedynce”. Tak jak w 17. odcinku 1. serii „Heroes” (27:45):

Z bólem musimy przyznać, że ta scena zupełnie nie oddaje klimatu tego mostu. Napisy początkowe „Wielkich Kłamstewek” robią to zdecydowanie lepiej. Powstały w 1932 roku most był idealnym przykładem tego jak Stany walczą z Wielkim Kryzysem, a mianowicie publicznymi projektami, które zapierały dech w piersiach. Ale na szczęście jest się też do czego przyczepić. Ktokolwiek narzeka na polskie pomyłki drogowe może się pocieszyć, że z mostem co prawda poszło całkiem sprawnie, ale z trasą do niego dochodzącą już nie. I przez to most stał przez pięć lat bezużytecznie… Dopiero w kolejnej pięciolatce mogły swobodnie pojechać po nim samochody.

Nam Bixby Bridge poza niesamowitymi widokami zapadł jeszcze w pamięć konstatacją jak bardzo niehipstersko wyglądamy po nocowaniu na dziko ze starą przyczepą podłączoną pod starego jeepa. Kiedy oglądaliśmy most z punktu widokowego, minęła nas ekipa mówiących po rosyjsku hipsterów, która wysiadła z nowiutkiego wypożyczonego kampera. Tymczasem to właśnie my, w przykurzonych dresach, po paru dniach bez prysznica zostaliśmy skomentowani mało dyskretnym szeptem przez amerykańskie małżeństwo: „I think they’re from Russia”. Taki los gorszego sortu…

Bixby Bridge

Bixby Bridge z bliska

Most Bixby w trzech pierwszych odcinkach „Wielkich Kłamstewek” został już pokazany prawie z wszystkich stron. Brakuje tylko jakiegoś dramatycznego ujęcia z dołu. Trzeba pewnie będzie do tego nagiąć lekko fabułę, bo plaża u wylotu Kanionu Bixby jest trudno dostępna. Niektórzy schodzą po zboczu przy moście. Wygodniej jest ścieżką w kanionie Bixby, do której dostępu broni zamknięta brama.

Plaża i kanion odegrały ważną rolę w „Big Sur”, książce napisanej przez ikonę amerykańskiej powieści, czyli Jacka Kerouaka. „Big Sur” powstał w trakcie trzech pobytów pisarza w należącym do jego przyjaciela domku stojącym w kanionie. Jack schodził sobie samotną ścieżką przez kanion, aż na plażę, by tam tworzyć. Nie czytaliśmy „Big Sura”, ale z opisów wynika, że Mostu Bixby praktycznie tam nie ma. Pisać pod nim książkę i go w ogóle nie docenić? Zupełny brak wrażliwości na piękno. Teraz też rozumiemy lepiej dlaczego nie byliśmy w stanie zmęczyć najsłynniejszej powieści Kerouaka, czyli „W drodze” (a próbowaliśmy wytrwale). Po prostu mamy inną wrażliwość.

Big Sur

Wybrzeże Pacyfiku przy „Jedynce”

Monterey – prawie jak nad Bałtykiem

Pół godziny drogi od Bixby Bridge (chyba że się utknie za Polakami z przyczepą, wtedy trochę dłużej), leży Monterey, czyli miejsce, gdzie dzieje się akcja „Wielkich Kłamstewek”. A jeszcze chwilę wcześniej jest Carmel-by-the-Sea, gdzie nierozważnie próbowaliśmy zjechać ciągnąc przyczepę. To nie miał być praktyczny wpis na blogu, ale i tak ostrzeżemy od razu, żeby tego nie robić. Nawet jeśli jedziecie niedużym kamperem, albo samochodem z małą przyczepą możecie się tak zakręcić w wąskich uliczkach Carmel, że niełatwo będzie wam wyjechać. Oczywiście, życzymy wam, żebyście zostali tam jak najdłużej, najlepiej na zawsze przy okazji ściągając i nas, ale taki happy-end pewnie nie jest ani wam, ani nam, pisany.

Z Monterey jest dużo łatwiej niż z Carmel-by-the-Sea. Nawet z przyczepą łatwo się tam odnaleźć, „Jedynka” wpada w szeroką „101”, robi jakby poważniejsza i zdecydowanie bardziej przelotowa, a niedaleko nadmorskiego centrum z Monterey są wielkie parkingi, gdzie każde rv znajdzie swoje bezpieczne miejsce. I tu można znaleźć odrobinę ojczyzny, bo poza wielkimi wylanymi betonem i asfaltem parkingami z typowo ogromnymi amerykańskimi miejscami do parkowania jest też mniej zorganizowany parking. Taki, gdzie płaci się słono za kawałek klepiska z błotem przysypanym żwirem, ale za to bez wydzielonych miejsc i z odrobiną cienia!

Na Fisherman’s Wharf – historycznym molo w Monterey główne bohaterki serialu siadają na kawę i czasem coś jeszcze. Po latach mieszkania w Monterey pewnie już nie przepadają za kremem z mięczaków. Skąd to wiemy? Jeśli ktoś ma do tego przysmaku słabość, to nigdy nie dojdzie na koniec molo, by jeszcze wypić kawę i zjeść ciastko. Nie da rady. Nie zmieści w siebie już nic. Tutaj każda restauracja po drodze namawia na swój clam chowder i daje spacerowiczom próbkę w małym kubeczku. I nie trzeba być szczególnym cwaniakiem, by za darmo się najeść. Po prostu wystarczy nie odmawiać…

Kawiarnia na molo w serialu wygląda bardzo hipstersko i modnie, ale okolica nie tylko parkingiem z klepiskiem przypomina trochę polski Bałtyk. Jest przaśnie, drogo i nawet nie pachnie miło, bo zapachy kemu z mięczaków mieszają się z odorem wylegujących się w porcie lwów morskich. Długo więc w Monterey nie wytrzymaliśmy i ruszyliśmy dalej, by znowu podziwiać błękit oceanu i głębię zielonych wzgórz z drugiej strony Jedynki. A jeśli ktoś jeszcze nie wierzy, że to miejsce, którego nie należy pod żadnym pozorem ominąć na Zachodnim Wybrzeżu, tego może przekonają muzycy „Red Hot Chilli Peppers”:

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *