Atrakcje Wilno, co zobaczyć w Wilnie, weekend w Wilnie

Wilno ma w sobie coś takiego, że każdy znajdzie tu swoje miejsce. Wilno jest… „swojskie”. Niektórzy powiedzą, że to przez polską historię, którą nadal czuć w murach miasta. Ale to tylko odrobina prawdy. To piękne, otwarte i spokojne miasto. Kulturowo, geograficznie i historycznie bliższe niż myślicie.

Zacznijmy od kilku truizmów. Wiadomo, Wilno to dla Polaków miejsce szczególne. Mieszkańcy miasta też pewnie kojarzą widzą w Polakach dość specyficznych turystów – historycznych pielgrzymów. Do niedawna Polak do Wilna przyjeżdżał autokarem z wycieczką. Szedł oglądać Ostrą Bramę, zaglądał do Celi Konrada, jechał na Rossę, a gdzieś po drodze albo na koniec zatrzymywał się na Antokolu, żeby zobaczyć Kościół św. Piotra i Pawła. Wart Pac Pałaca, a Polak Wilna, możnaby speuntować. Paweł sam zaliczył taką patriotyczną wycieczkę w liceum.

Wilno

„Panno Święta, co (…) w Ostrej świecisz Bramie. Wilno

Wilno – jak prowadzić politykę historyczną w stolicy?

Jeśli nas czytacie regularnie, to wiecie, że nawet w tekstach, o tym gdzie się wybrać z dzieckiem, zdarza nam się wrzucić jakiś dorosły wątek. Najlepiej historyczny, a idealnie z jakąś kontrowersyjną tezą, żeby było o czym podyskutować. Jest taki test, o którym uczą na socjologii – właściwie test osobowości, w którym trzeba odpowiedzieć tylko na jedno pytanie – kim jesteś. Kolejność tych odpowiedzi pokaże, jakie role społeczne są dla ciebie najważniejsze – możesz siebie określić na przykład jako rodzica, Polaka, mężczyznę, kucharza. To oczywiście nie mówi, jaka jest interpretacja tych ról, ale daje wyobrażenie o hierarchii wartości. My o naszym blogu piszemy, że jest dla podróżujących rodzin, ale chcąc nie chcąc (szczególnie jak raz na kilka lat uda nam się wyjechać bez potomków) wychodzi z nas socjolog.

Tak też się złożyło, że w niedługim odstępie czasu byliśmy we Lwowie, Wilnie i Wrocławiu. I każde z tych miast na swój sposób musi się zmierzyć ze swoją historią. Najlepiej chyba robi to Wrocław, który przyjął do wiadomości, kim byli Wrocławianie jeszcze 70 lat temu. Ciekawe podejście ma też Lwów, który znalazł kilka furtek do swej historycznej wielokulturowości z kluczowym polskim pierwiastkiem. Jedną z nich jest „galicyjskość”, czyli odwołanie się do współistnienia narodowego pod polityczno-kulturowym parasolem innej, odległej geograficznie i historycznie siły. I tak możemy mówić o wspólnocie całego pasa północnych Austro-Węgier od Krakowa po Lwów. A w tej wspólnocie zmieścimy i Polaków, i Rusinów, i Żydów, a nawet austrowęgierskich gubernatorów leżących na honorowych miejscach na Łyczakowie. Do tego dorzucimy knajpy, Baczewskiego, mniej lub bardziej doświadczone przez historię kościoły różnych wyznań, zachowaną architekturę i naprawdę otwartych i przyjaznych mieszkańców.

Wilno. Panorama miasta z punktu widokowego na Subačiaus.

Wilno. Panorama miasta z punktu widokowego na Subačiaus.

Z Wilnem jest oczywiście inaczej. To stolica kraju, więc polityka historyczna skupia się w niej jak w soczewce i to stąd musi promieniować na (historycznie bardziej litewską) prowincję. Do tego miejscowa Polonia dalej odgrywa sporą rolę w lokalnej polityce, może nie w samym mieście, ale w jego okolicy – w regionie wileńskim Polacy nadal stanowią większość, dominują w radzie obwodu wileńskiego, potrafili też wchodzić w rządzącą koalicję w samym Wilnie. Litwini często patrzyli na to krzywo, bo miejscowi Polacy nigdy nie mieli problemu, żeby zawierać sojusze (zwane czasem obronnymi) z partiami rosyjskimi, oskarżanymi o bezpośrednie wykonywanie rozkazów Kremla. A sojusze Moskwy z Warszawą w litewskiej polityce to tak łatwy temat, że aż trudno mu się oprzeć.

Do tego dochodziły napięcia na poziomie rządów, sporne kwestie edukacyjne, zapis nazwisk po polsku, problem dwujęzycznych tablic z nazwami miejscowości. Ciężko w tej sytuacji oczekiwać po Wilnie, że historyczna polskość miasta będzie widoczna. Rolą stolicy jest bowiem wzmacnianie litewskiego widzenia historii i charakteru stolicy – serca państwowości. Ten brak polskości jest jednak trochę wyczuwalny, nawet jeśli nie jedzie się do Wilna na historyczną pielgrzymkę.

Wilno. Ulica Ostrobramska (Aušros Vartų)

Wilno. Ulica Ostrobramska (Aušros Vartų)

Nas chyba najbardziej uderzył w Muzeum Ofiar Ludobójstwa w Wilnie, gdzie jedynym chyba polskim elementem jest puszczana w kółko scena z filmu „Katyń” Andrzeja Wajdy w dawnej celi straceń. Muzeum jest poświęcone głównie okresowi represji komunistycznych – w latach 1944-1990, ale ekspozycja zahacza też o wcześniejszy etap okupacji ZSRR w latach 1940-41 oraz okupację niemiecką w latach 1941-1944.

Dużą część wystawy poświęcono oporowi cywilnemu i wojskowemu na. Nie ma jednak na wystawie w ogóle partyzantki polskiej na terenach dzisiejszej Litwy. Całość tej części wystawy jest poświęcona partyzantce litewskiej, która rodzi się dopiero w lipcu 1944 roku i działa aż do 1953 roku. A wtedy na przykład w samym Wilnie walczy 9 tysięcy partyzantów AK, ściągając na siebie prześladowania ze strony reżimu komunistycznego.

To trudny temat i tak tylko tutaj wspomnimy, że jednym z pierwszych posunięć „dobrej zmiany” w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku było wygumkowanie zer w partyzanckich ugrupowaniach radzieckich i jugosłowiańskich, by to AK wyglądała na największą podziemną siłę w Europie.

Jak widać, nawet jak planuje się pojechać do Wilna na podróż łatwą, lekką i przyjemną, to historyzujący socjolog zawsze wyjdzie z człowieka. Co zrobić… Wilno jest za blisko geograficznie i kulturowo, żeby od niego uciec. A nie warto uciekać. Warto pojechać i docenić wysiłek wszystkich pokoleń (w tym ostatniego), które pokochały to miasto i je współtworzyły. Nieważne jakiej były narodowości i wyznania.

Wilno. Panorama miasta z Góry Trzykrzyskiej

Wilno. Panorama miasta z Góry Trzykrzyskiej

Wilno – bliżej niż myślisz

Litwa zawsze była blisko. Kilka lat temu odwiedziliśmy Liw. To miasto-wieś (osada, która utraciła prawa miejskie) na historycznym pograniczu Mazowsza i Wielkiego Księstwa Litewskiego. W linii prostej niecałe 60 kilometrów od rogatek Warszawy. Tak blisko Warszawy sięgały granice średniowiecznej Litwy.

Oczywiście było to „dawno i nieprawda”. Dużo bardziej do wyobraźni przemawia fakt, że z Warszawy Głównej latem 1939 roku można było dojechać do Wilna pociągiem w 5 godzin i 30 minut. Z Warszawy Wileńskiej jechał trochę mniej uprzywilejowany pociąg. Jego czas przejazdu wynosił 8 i pół godziny.

Teraz dzięki tanim liniom lotniczym można być w centrum Wilna za niewielkie pieniądze w cztery godziny od wyjścia z domu. Ale geograficzna i czasowa bliskość to nie wszystko.

Wilno. Plac Ratuszowy

Wilno. Plac Ratuszowy

Zastanawialiście się kiedyś, po czym najbardziej czujecie, że jesteście „na Wschodzie”? Kontrola graniczna? Napisy na szyldach i reklamach? Architektura? Pomniki? Pewnie wszystko po trochu. Ale są też rzeczy zupełnie zaskakujące. Kiedy jechaliśmy do Lwowa, to tak naprawdę poczuliśmy, że przekroczyliśmy jakąś niewidzialną granicę były… balkony. Na Ukrainie balkony są okazją, „potencjałem” do zagospodarowania. Można je zabudować, wykorzystać jako gospodarczą komórkę, ale nie można dać się im zmarnować. Przez to bloki wyglądają jak drzewka bożonarodzeniowe. W Polsce jest z tym różnie, ale coraz częściej balkon to miejsce, gdzie co najwyżej sadzi się kwiatki i wystawia leżak. Pewnie pomyślicie, że przesadzamy, ale na jednym z popularnych na Youtube’ie ukraińskich kanałów o życiu w Polsce balkony były jedną z różnic między oboma krajami.

Gdzie jest ta granica między Polską a Litwą, czy raczej Warszawą a Wilnem w naszym przypadku? Nie mogliśmy jej znaleźć. Granicy nie ma. Język? Litewski jest inny, ale, podobnie jak polski nie ma w sobie tej charakterystycznej wschodniej miękkości. Po chwili praszau czy dienkoju, brzmi naprawdę swojsko, tak jak spasiba nie zabrzmi nigdy. Architektura? Bardziej polski niż Wilno jest chyba tylko Kraków. A i to jest dyskusyjne.

Zamiast znajdować elementy, które nas różnią, dostrzegaliśmy zupełnie niespodziewane podobieństwa. Na przykład… płyty chodnikowe. Wilno jest w tym temacie równie radosne jak Warszawa. Tu kostka bauma (zwana socjologicznie kostką Baumana), tu nieśmiertelne od półwiecza płyty pół na pół metra. Spękane, zapadnięte, tworzące jeziora po większych deszczach, tak bardzo warszawsko-wileńskie. Nawet więc jak spuszczaliśmy głowę przed znajomą architekturą, to na dole też było znajomo.

Wilno. Ulica Pilies (Zamkowa)

Wilno. Ulica Pilies (Zamkowa)

Wilno – modernizacja w swoiskim wydaniu

Jak dotarliście do tego miejsca w poście, to już mniej więcej wiecie z jakim nastawieniem pojechaliśmy do Wilna i co tam zastaliśmy. Co nas zaskoczyło? Przede wszystkim wielojęzyczność miasta. Czasy kiedy na ulicach mieszał się głównie polski z jidisz dawno minęły, ale spodziewaliśmy się, że będziemy słyszeć prawie wyłącznie litewski, a przy głównych zabytkach – polski. Tymczasem w Wilnie w sezonie jest sporo turystów z Europy Zachodniej. Wyraźnie, podobnie jak w Polsce, słyszy się też ukraiński i chyba białoruski. Polski dominuje w takich miejscach jak Ostra Brama, ale pozostała część starówki mówi raczej po angielsku.

Wiedząc o dobrych wynikach litewskiej ekonomii i w sumie niewielkim rozmiarze litewskiej stolicy, oczekiwaliśmy, że dzięki europejskim środkom po tych wszystkich latach, będzie to odnowiona perełka. W sumie nie wiemy teraz dlaczego, skoro centrum Warszawy jest niezabudowane od 70 lat, a nawet na takim odbudowanym Placu Teatralnym jest jeden wielki parking. Wilno też ma odnowione przepięknie główne trakty jak pl. Giedymina, ale wystarczy zejść w podwórko, szczególnie w okolicach Hali Targowej, by poczuć swojską anarchię zaniedbanych przestrzeni.

Wilno. "Klimatyczne" podwórko

Wilno. „Klimatyczne” podwórko

Te okolice dzielą los warszawskiej Pragi: „Tu rzucimy jakąś atrakcję, tu odpicujemy ulicę, ale boczne uliczki i podwórka, to może sobie same poradzą”. No to warto podpowiedzieć, że nie, nie poradzą sobie. Ale czym więcej chodziliśmy po Wilnie, czym więcej dostrzegaliśmy jego plusów i minusów, tym bardziej lubiliśmy Wilno i je docenialiśmy. Pod właściwie każdym względem to naprawdę dobry pomysł na weekendową miejską wycieczkę.

Współczesny rozwój miasta? Wilno nadal kocha kierowców, więc radosne parkowanie i uprzywilejowanie samochodów też wygląda swoisko. Przykład? Wyremontowane uliczki na wschód od Ratusza. Wydzielono w nich pełnowymiarową drogę dla samochodów oraz mini chodniczki dla pieszych, na których nie zmieści się nawet wózek. Przy dwóch osobach idących w różnych kierunkach jedna musi schodzić na drogę, gdzie nieliczne, ale obecne, samochody prowadzą kierowcy z litewską fantazją (też swojską). Za to, w przeciwieństwie do Warszawy, Wilno nie przepada za rowerzystami. Infrastruktura rowerowa w Wilnie jest fatalna i zwiedzanie rowerem miasta nie należy chyba do najprzyjemniejszych rozrywek.

Wilno. Minichodniczek dla pieszych na starówce

Wilno. Minichodniczek dla pieszych na starówce

W Wilnie byliśmy kilka dni. I z każdym dniem, z każdym wydeptanym kilometrem, z każdym nowym podwórkiem, każdą kolejną rozmową w knajpie lubliśmy je coraz bardziej. To żywe miasto, któremu udało się zachować wiele cennych elementów z przeszłości. Widać w nim rozwój i modernizację, ale w spokojnym, dalekim od agresywnego hiperkapitalistycznego, tempie. Wiele jest jeszcze do zrobienia, trochę do poprawy, ale nie sposób nie polubić tego miasta.

Jak spędzić weekend w Wilnie? Zajrzyjcie do naszego tekstu, który opublikujemy na naszym blogu już wkrótce!

KomentarzeSkomentuj

  • Uliczki i podwórka, bardzo przypominają te w Polsce. Zapewne reszta architektury też mocno nawiązuje do naszej ;). Ciekawe na ile można się czuć tam jak u siebie w domu?

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *