Yosemite i wina środkowej Kaliforni

Yosemite – ta nazwa chodziła za nami od początku wyjazdu. Kiedy tam będziecie, koniecznie musicie pojechać – słyszeliśmy co chwila. Tymczasem park, po kolorowych skałach Arizony i Nowego Meksyku wydał nam się zbyt swojski i w sumie rozczarował. Postanowiliśmy więc to rozczarowanie stłumić jakimś dobrym, lokalnym winem.

Naszym najsłabszym ogniwem jest…

Ostatni wieczór w San Francisco zakończył się dla nas niemiłą przygodą: zaledwie kilka mil przed naszym zjazdem z autostrady samochód zrobił żabkę, obroty pospadały, biegi się osunęły i padł nieszczęśnik na poboczu. To prawda że ostatnie dni były dla niego sporym wyzwaniem – Big Sur z przyczepą, potem górki i dołki San Francisco a jeszcze górzyste okolice na zachód od Saratogi, ale wyciąć nam taki numer na płaskiej drodze?

Gotowi byliśmy wzywać pomoc drogową, ale na szczęście nie zdążyliśmy: po 20 minutach googlowania rozwiązań i nerwowych telefonów tu i ówdzie samochód odpalił. Wieczór spędziliśmy w internecie i ustaliliśmy, że do wymiany jest najprawdopodobniej czujnik wału rozrządu.

Pierwszym pomysłem było, by kombinować samemu. Mielibyśmy w tym wsparcie techniczne i narzędziowe znajomego, który załatwił nam nocleg w San Jose. Ale jednak obaj jesteśmy samochodowymi laikami, a do czujnika dostać się nie tak łatwo. Jeepy w pewnym momencie zaczęły być znane z tego, jak montuje się w nich czujniki. Roczniki z początku tego wieku nie były jeszcze takie złe, ale i tak dostanie się to tu, to tam wymagało przynajmniej niezłej ekwilibrystyki, a czasem i demontowania tego i owego.

Poza tym nadeszła znów pora na wymianę oleju, więc i tak czekała nas wizyta w jakimś samochodowym przybytku. Znaleźliśmy więc w internecie jakiegoś lokalnego wietnamskiego mechanika, który na pierwszy rzut oka nie wydawał się tani, ale po zderzeniu go z cenami w sieci Auto Zone wyglądał już bardziej przyjaźnie. Wymiana potrwała kilka godzin następnego dnia, więc do Stockton gdzie byliśmy umówieni na kolejny nocleg dotarliśmy już po zmroku.

Stockton

Prywatny, choć jeszcze darmowy mini-kemping w Stockton

Stockton – baza wypadowa do Yosemite

Okolice Stockton przypominają trochę zachodnie Mazowsze. Zielono, sady przy drodze, gdyby wyciąć czasem majaczące w oddali góry Sierra Nevada i liczne winnice Kalifornii byłoby prawie jak w domu. Ugościli nas Bill i Cathy, znalezieni przez Boondockers Welcome. Byli na tyle mili, że pozwolili nam podłączyć się ze wszystkim, mogliśmy więc wziąć co wieczór normalny prysznic, skorzystać w końcu z mikrofalówki, podładować wszystkie sprzęty (to już odruch, jak tylko mamy prąd, od razu podłączamy wszystko co się da i ładujemy).

Bill jest emerytowanym elektrykiem i dorabia sobie teraz przy remontowaniu rv. Niestety, czy może na szczęście akurat tak się złożyło, że wszystko nam działało… Za to pokazał nam, czym się zajmuje. W garażu ma teraz spory autobusik, który przerabia na mobilną klinikę. Będzie jeździć po biedniejszych miasteczkach na południu USA i służyć tym, których nie stać na lekarza. Kupił go lokalny biznesmen i remontuje za swoje pieniądze a Bill wspomaga go po kosztach. Zarabiać za to planuje na mini-kempingu, na którym się zatrzymaliśmy. Tak do końca to nie widzieliśmy po co ogłasza się z nim na portalu dla darmowych noclegów. Bill robił to chyba częściowo dla reklamy, a częściowo, bo nie chciał by kemping stał pusty zanim go nie skończy i nie rozreklamuje. Jak próbowaliśmy go o to delikatnie podpytać, to mieszał się w zeznaniach.

Nasi gospodarze z Boondockers Welcome

Nasi gospodarze

Yosemite – park z autostradą przez środek

Następnego dnia po przyjeździe niespodziewanie udało nam się zerwać bladym świtem (co w naszym przypadku oznacza tuż przed godz. 7) i o godz. 9 wyruszyć w drogę. Już 3 godziny później dotarliśmy do parku narodowego Yosemite. Wjechaliśmy główną drogą wjazdową do parku od zachodu, czyli „120”. Niestety nie mieliśmy szansy przejechać się jej najbardziej malowniczą częścią – przez park na wschód – bo jest ona zamknięta w zimę (czasem zdarza się, że zima trwa tu do początku czerwca). Niemniej jednak dojazd do Yosemite Village w dolinie i tak dostarcza niezapomnianych wrażeń i widoków.

W dolinę zjeżdża się stromą drogą na zboczu góry. Tuż po wjeździe do parku można zobaczyć z punktu widokowego sporą część doliny i górującą nad nią skałę Half Dome. Kilkanaście mil krętej drogi w dół i oto wjeżdżamy w dolinę Yosemite.

Dojazd do parku narodowego Yosemite od wschodu

Dojazd do parku narodowego Yosemite od wschodu

W dolinie Yosemite czeka na nas dwujezdniowa autostrada. Jakoś trzeba rozładować ruch w miejscu, które odwiedza rocznie 3 mln turystów. Jedna dwupasmowa jezdnia jest po jednej stronie rzeki Merced, a druga – po drugiej. Właściwie przy całej długości tej dwupasmówki są parkingi, można się zatrzymać, wyskoczyć 20 czy 30 metrów w bok, żeby nie było widać wszystkich samochodów i autokarów i próbować sobie wyobrazić, że oto zanurzamy się w nietkniętą ludzką ręką przyrodę. Oczywiście ludzkich rąk w pobliżu jest całkiem sporo, bo 20 czy 30 metrów to nawet dla amerykańskiego turysty dość niewiele (mimo tego, że przecież nie wie, ile to metr).

Yosemite. Half Dome

Yosemite. Half Dome

I tak pierwsza połowa marca to całkiem dobry moment na zwiedzanie Yosemite. W szczycie sezonu, szczególnie w weekendy, nie sposób nie zwariować w ogromnych korkach na drogach dojazdowych. Lepiej zresztą stać w nich w rejsowych autobusach, które dowożą turystów do parku narodowego Yosemite z okolicznych miejscowości. Inaczej po wjechaniu do parku można godzinami szukać miejsca do parkowania. W czasie naszej wizyty było za to stosunkowo pusto i nie mieliśmy żadnych problemów z parkowaniem, a wejście nawet na krótkie i mało wymagające szlaki pozwalało się nacieszyć przyrodą bez tłumów.

Yosemite Village bardzo mocno przypomina Grand Canyon Village, choć ma więcej uroku i jest bardziej „dzika”. W Arizonie poza kilkoma historycznymi budynkami wszystko było zabetonowane, a plac ze sklepami był jakby żywcem wyjęty z prowincjonalnego miasteczka. Tu nawet w miarę nowe budynki miały stonowany charakter i nawiązywały wyglądem do tych historycznych. No ale miejsce było bardziej wymagające. Tam budynki stały w pewnej odległości od kanionu, tu w były w samym sercu doliny. A to już zobowiązuje. Poza tym, tak jak przy kanionie, tu też jeździ darmowy autobus mający przystanki przy wejściach na szlaki.

Yosemite. El Capitan

Yosemite. El Capitan

Yosemite. Park na kilka godzin

Podeszliśmy do Mirror Lake, a także do dolnego wodospadu, przed wioską zrobiliśmy też parę skoków w bok od autostrady wzdłuż rzeki czy też do pomniejszych wodospadów. Tyle wystarczyło, żeby zmęczyć nas i dzieci.

W ramach odpoczynku obejrzeliśmy więc całkiem ciekawą (jak zazwyczaj w takich miejscach) wystawę o formowaniu się doliny (najpierw powstały granitowe skały głęboko pod powierzchnią ziemi, potem odkryły je procesy erozyjne, a następnie dolinę wyżłobiły wody, ruchy tektoniczne, a ostateczny kształt nadały jej lodowce). Tak właśnie powstała klasyczna i jedna z najbardziej znanych na świecie polodowcowych U-kształtnych dolin – dolina Yosemite. Za to nudnawy film w małym kinie obok można sobie zdecydowanie darować.

Wodospady w Yosemite

Wodospady w Yosemite

Tych kilka spacerów wystarczyło, żeby z godz. 12 zrobiła się godz. 19. Zmarznięci wskoczyliśmy więc do darmowego autobusu, który podwiózł nas do samochodu. Ogólne wrażenia? Wodospady i formacje skalne – Half Dome, El Capitan, Cathedral Rocks – wszystko piękne.

Ale z drugiej strony szara skała jest zbyt polska i znajoma. Brakuje jej tej egzotyki, którą mają formacje skalne Arizony i Nowego Meksyku. W Wielkim Kanionie staliśmy i nie mogliśmy wyjść z podziwu jak w ogóle możliwe jest to co widzimy. Wtedy nie było trudno zapomnieć o tłoczących się za nami wycieczkach Koreańczyków i polskich slowach wyłapywanych w tłumie. W Yosemite chodziliśmy i podziwialiśmy, ale po 7 godzinach uznaliśmy, że wystarczy i wracamy.

Yosemite

Dolina Yosemite

Wina północno-wschodniej Kalifornii

Nasz gospodarz, kiedy powiedzieliśmy mu, że zastanawiamy się nad wizytą w Napa i Sonomie, żeby zakosztować tamtejszych win, zakrzyknął: darujcie sobie, wina spod Stockton są lepsze i zdecydowanie tańsze. Ponieważ z noclegiem pod Napa było średnio, a pod Stockton było miło i przyjemnie, postanowiliśmy z rady skorzystać.

Niestety zdecydowaliśmy się dzień degustacji winnych połączyć z praniem/sprzątaniem (nic tak nie pomaga w sprzątaniu jak winna motywacja!) i organizowaniem się. W ten sposób nagle zrobiła się godz. 15, i dotarło do nas że mamy ledwie dwie-trzy godziny na znalezienie miejsca na degustację. Poratował nas Bill i polecił nieodległą winnicę Delicato Family z darmowymi degustacjami.

Okolice Stockton

Okolice Stockton

Wina były całkiem przyjemne, choć żadne z próbowanych lokalnych butelek nie zapisało się w naszej pamięci. W winnicy można bowiem spróbować nie tylko lokalnych produkcji Delicato Family ale też win spoza USA. Jednym z bardziej smacznych, które mieliśmy okazję spróbować, było to pochodzące z Nowej Zelandii, gdzie Delicato Family postanowiło poza Kalifornią rozwinąć swój biznes.

Poza nim, jak przystało na niezbyt wyrafinowanych winiarzy, najbardziej zasmakowało nam najtańsze Pinot Grigio i to wzięliśmy, żeby uprzyjemnić wieczór z gospodarzami. Pogadaliśmy trochę o życiu pod słońcem Kalifornii, posłuchaliśmy rad odnośnie dalszej trasy i byliśmy gotowi do drogi. Postanowiliśmy wrócić na „101” i jeszcze raz dotknąć oceanu z niezrównanej „1”, tym razem już w północnej Kalifornii.

Powiązane wpisy

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *