DSC
…bo że kochamy, nie ulega wątpliwości. Jest to jedno z najprzyjemniejszych miejsc jakie zdarzyło nam się poznać. A składa się na to kilka czynników. Oto najważniejsze z nich:
Widoki. Jadąc od południa kierujemy się na naszą ulubioną autostradę czyli „101”. Przez długi czas do widoki do złudzenia przypominają te, które wcześniej widzieliśmy na „jedynce” w okolicach Big Sur. Droga jest może trochę mniej kręta i nie idzie po zboczu skały, ale nadal meandruje co chwila pnąc się w górę żeby potem zjechać z górki na pazurki. Do tego całą drogę towarzyszą nam intensywnie zielone lasy, na początku zdarzają się jeszcze sekwoje, potem zupełnie ustępują oregońskim cedrom. Błękit na zachód od drogi nadal przez większość czasu jest niedostępny, zejść na plaże nie ma (plaż też raczej niewiele), raczej szlaki po stromych zboczach prowadzące do punktów widokowych, z których można podziwiać majestatyczne skały wystające z wody albo baseny pływowe.

DSC08620

Im dalej na północ tym droga staje się łagodniejsza, zieleni robi się jeszcze więcej, pagórki powoli się obniżają i pojawiają się piaszczyste plaże i łąki pełne krów. Skały jeszcze czasem wynurzają się z wody, ale częściej tablice na punktach widokowych wyjaśniają jakie ptaki można wypatrzeć z danego miejsca. Coraz więcej mijamy też miasteczek – sennych, drewnianych osad rybackich z kawiarniami drive-thru, rybnymi restauracjami i sklepikami z muszelkami i pamiątkami z oregońskich mirtów (o ile tak można przetłumaczyć myrtlewood). Ludzie, którzy w Polsce rzucają wszystko i przenoszą się w Bieszczady, pewnie tu przenieśliby się do Oregonu…

DSC08618

Mosty. Amerykańskie mosty wzbudzają nasz zachwyt już od dawna, a tutaj jest ich tyle, że możemy się zachwycać po kilka razy dziennie. Wiele z nich wybudowano w latach 20. i 30. ubiegłego wieku. Większość z tych na „101” zaprojektował Conde B. McCullough. Był to projektant całkiem sprawny, bo w sumie zostawił po sobie około 600 przepraw. Te na „101” to albo betonowe łuki, albo metalowe kratownice, teraz pomalowane na zielono, co budzi „domowe” skojarzenia z mostem Gdańskim w Warszawie. Mosty McCullougha są zimne i surowe, ale fantastycznie wpisują się w oregońskie pejzaże. Nie zdecydowaliśmy się niestety zjechać trochę w głąb Oregonu, gdzie jest jeszcze trochę zakrytych mostów. Jeśli ktoś jednak będzie się wybierał przez ten stan samochodem, to warto odbić kilkadziesiąt mil z wybrzeża na wschód i przejechać się, którymś z takich drewnianych mostów. Zostało ich tylko jeszcze około trzydziestu.

DSC08589

Latarnie morskie. Jest ich mnóstwo i co jedna to ładniejsza. Na całym oregońskim wybrzeżu latarni morskich otwartych dla zwiedzających jest szesnaście. Jedną prywatną położoną na samotnej skale można oglądać tylko z brzegu. Właściciel zamienił ją w… cmentarz. Za jedyne 1-5 tysięcy dolarów można wstawić tam sobie swoje prochy. Podobno cieszy się dużym wzięciem i dostępne jest już tylko 350 miejsc. Z drugiej strony to latarnia dość ostro traktowana przez naturę i zdarza się, że niknie pod falami. Jak ktoś lubi takie klimaty, to czemu nie…
Najwyższa latarnia morska na Oregońskim wybrzeżu (Yaquina Head Lighthouse)

Najwyższa latarnia morska na Oregońskim wybrzeżu
(Yaquina Head Lighthouse)

Oregońskim latarniom trudno odmówić uroku. Budowano jest od 1870 do 1896 roku. Część służyła jeszcze w latach 60., aż wyparła je nowoczesna technika. Potem niektórymi się zaopiekowano, a niektóre czekały aż je rozkradną i zniszczą. Część doczekała się generalnego remontu dopiero kilkanaście lat temu. Różnych też mają właścicieli. Większość stoi na terenie parków stanowych, ale Oregon nie zawsze każe płacić za wjazd. Ponieważ jesteśmy w USA, więc któraś latarnia musi być najcośtam na świecie. Oregon chwali się, że Haceta Head Lighthouse to najczęściej fotografowana latania morska na świecie. Nie wiemy, jak do tego doszli (policzyli w stockowych zbiorach), ale fakt faktem, że popkultura po nią sięga, jak na przykład fiński zwycięzca eurowizji Lordi („The Ghost of the Haceta Head”). Jednym słowem: Koniecznie!

Najniższa latarnia morska na Oregońskim wybrzeżu (Cape Meares Lighthouse)

Najniższa latarnia morska na Oregońskim wybrzeżu
(Cape Meares Lighthouse)

Lwy morskie. Niedaleko miejscowości Florence znajduje się jaskinia lwów – przewróć stronę – morskich. Wstęp kosztuje 14 USD od dorosłego, bez problemu można znaleźć kupony zniżkowe. My jednak mieliśmy szczęście. Trafiliśmy na 80. urodziny jaskini. Nie dość że wstęp kosztował nas tyle co 80 lat temu czyli 25 centów od osoby, to jeszcze załapaliśmy się na darmowe tort, kawę i wino:)

DSC08550

Po uiszczeniu opłaty za wstęp przechodzi się drewnianym pomostem z którego widać mnóstwo lwów morskich pływających sobie radośnie przy brzegu, do wybudowanej w 1961 roku windy. Winda w 50 sekund zwozi nas ponad 60 metrów w dół do jaskini. Stamtąd można obserwować lwy morskie pluskające się w wodzie, wylegujące na skałach i radośnie porykujące. Nieco śmierdzi ale i tak jest super. Poza tym z drugiej strony jaskini widać wspomnianą wyżej latarnię, więc można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Haceta Head Lighthouse

Haceta Head Lighthouse

Wieloryby. Pływają tędy dwa razy w roku i podobno nietrudno je wypatrzeć. My mieliśmy pecha. Raz gość koło nas zrobił zdjęcie dwóch dosłownie pół minuty przed naszym przyjściem. Opowiadał też, że poprzedniego dnia kawałek dalej widział przepływające stadko składające się z pięciu sztuk. Koniec kwietnia to jednak nie jest najlepszy czas na wypatrywanie migrujących wielorybów. Najlepiej przyjechać w marcu, choć wtedy warto się naprawdę ciepło ubrać.

Tędy pływają wieloryby

Tędy pływają wieloryby

Zerowy Sales Tax. Jak to miło płacić dokładnie tyle, ile jest napisane… Oregon odbija sobie wysokim (stosunkowo) podatkiem dochodowym, ale to akurat nas nie rusza (w sumie to niestety). Jak pokreśliła nasza gospodyni z Florence, sales tax raczej nieprędko się pojawi w Oregonie, bo jego wprowadzenie musi być zatwierdzone w referendum…

DSC08672

Wino i ser. Winnice ciągną się od Kaliforni i jeszcze w Waszyngtonie będą się nimi chwalić (choć z kawą idzie im zdecydowanie lepiej). Ser pojawia się w północnym Oregonie w miejscowości Tillamook, gdzie natężenie krów na metr kwadratowy osiąga najwyższe wartości a powietrze zalatuje krowim łajnem (cóż, coś za coś). Tillamook to regionalne centrum produkcji serów z dwiema fabrykami sera, które otworzyły się na ludzi. To Blue Heron, gdzie ser jest smaczniejszy (może dlatego, że to brie), ludzi mniej, kawiarnia przyjemna i w ogóle jakoś tak miło i kameralnie, oraz Tillamook Cheese Factory. To prawdziwa instytucja i duma Oregonu, choć, patrząc po gościach, rozrywka raczej mało wyśrubowana. Ser (cheddar) mają gorszy niż w Bue Heron, ludzi tłum, ale za to są niezłe lody i można obejrzeć sam proces powstawania sera – i na filmie, i na żywo ze specjalnego punktu widokowego. Jest też trochę o historii regionu i wyrobu sera.

DSC08647

Ludzie. Wszyscy są mili. Tak, pisaliśmy to już wcześniej, wszędzie w Stanach ludzie są mili, ale tu są chyba jeszcze milsi. Pierwsze spotkanie z Oregończykiem mieliśmy w niezbyt szczęśliwych okolicznościach. Na parkingu przy najwyższym oregońskim moście nie chciał nam zapalić samochód (tak, wiemy, miało już nie być o samochodzie, tym razem to już naprawdę ostatni raz… inszallah;) Zobaczył nas przejeżdżający akurat obok zastępca szeryfa w hrabstwie Curry, niejaki Joel, który poświęcił nam całkiem sporo swojego czasu i był przy tym szalenie miły i pomocny, wykonując za nas kilka telefonów, dając namiary na warsztat i obiecując, że jeśli będziemy musieli zostać przy warsztacie na noc to przymknie oko na zaparkowaną nielegalnie przyczepę.
DSC08452
Na szczęście polecony przez niego warsztat w Gold Beach załatwił sprawę szybko. Okazało się że pękła obudowa od kabelków na rozruszniku przez co nie łączyły – sami zresztą na to wpadliśmy (no, z pomocą pewnego przemiłego Kanadyjczyka). Wymienili, dolali nam jeszcze wody do spryskiwacza (trochę jesteśmy przewrażliwieni ostatnio na punkcie samochodu, więc każde pipnięcie, że skończył mu się płyn, wywoływało u nas stan przedzawałowy), sprawdzili jeszcze kilka rzeczy, i jeszcze tego samego dnia dojechaliśmy do naszych nowych boondockowych gospodarzy. A właściwie gospodyń – Jodi i Milly.
Milly z Maćkiem

Milly z Maćkiem

To kolejne fantastyczne boondockowe doświadczenie przypomniało nam Linn i Lynn z Luizjany oryginalnie wywodzących się z – uwaga uwaga – Oregonu! Jodi i Milly poznały się … w teksańskim więzieniu. Ale nie, nie dzieliły celi. Po prostu obie tam pracowały. Jodi w biurze, Milly, po śmierci męża, żeby utrzymać trójkę dzieci musiała wziąć to co było, czyli posadę więziennego strażnika. Potem trochę razem popodróżowały, aż w końcu kupiły domek w dawnym rv parku dla leśników a obecnie zwykłym, przyjemnym trailerowym osiedlu.

Jodie z gitarą

Jodie z gitarą

Jodi jest na emeryturze, ale pracuje jako prezeska osiedla, Milly pracuje w pobliskim supermarkecie. Do tego obie ochotniczo patrolują okolicę z oregońską policją, a w wolnych chwilach jeżdżą na poziomych trycyklach, które od nich na parę godzin pożyczyliśmy (a w których Ola się absolutnie zakochała i ma nawet pewien pomysł na kolejną wyprawę).

DSC08502

Jodi i Milly to kompletne przeciwieństwa. Jodie radosna, otwarta i pełna optymizmu co chwila komuś pomaga, rozdaje rzeczy potrzebującym i mimo że kilka miesięcy temu złamała kość biodrową planuje podróż swoim trycyklem przez Stany, Milly jest dużo cichsza i bardziej zamknięta w sobie, jej mama pochodzi z Polski i gdy opowiadaliśmy o naszym kraju (np. o tym, że Polacy są niezbyt szczęśliwi i „tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku”*) to doszliśmy do wspólnego wniosku, że po prostu nosi w sobie polskie geny. Mimo wszystko idealnie pasują na współlokatorki i obie przyjęły nas jak rodzinę. Zajmowały się dzieciarnią, gotowały dla nas, a my dla nich i spędziliśmy długie godziny na pogaduchach. Powiemy tyle: planowaliśmy zostać tam dwie noce, zostaliśmy cztery.

DSC08511

Z kolejnymi boondockowymi gospodarzami zostaliśmy już nieco krócej, dwie noce, i przegadaliśmy tylko jeden wieczór, ale to dlatego że czas zaczął nas gonić. Sheila i Earl okazali się niezwykle ciekawą parą, ona przepracowała długie lata w szpitalach, on był w armii, mieszkali w wielu miejscach, w tym na łodzi na Hawajach. Ona pochodzi z San Francisco, on jako dziecko przez 4 lata mieszkał… na Alcatraz, gdzie pracował jego ojciec! Był więc jednym z „dzieci Alcatraz”, które zajmują całkiem ważne miejsce na wystawie w murach Skały. Jak tam było? Earl mówi, że fantastycznie, jak w małym miasteczku a jednocześnie w światłach wielkiego miasta i zaledwie kilkanaście minut promem. Uraczeni jabłkowymi przetworami, z garścią dobrych rad co zobaczyć po drodze, z żalem od nich wyjeżdżaliśmy.

Sheila i Earl

Sheila i Earl

Pogoda. No dobra, nie ma miejsc idealnych, to akurat jedyny chyba minus Oregonu. Pogoda przez większość naszego tu pobytu przypominała nam nieco naszą zeszłoroczną majówkę nad Bałtykiem (kiedy to przez całą Polskę przetoczyła się fala upałów, a tam gdzie my byliśmy było jakieś 5 stopni i wiatr urywał głowy), ale i z tego Oregon potrafił zrobić zaletę – po prostu reklamuje się jako latawcowa i windsurfingowa stolica świata. Nie spróbowaliśmy, głównie dlatego, że jak już przeszliśmy przez wydmy i zobaczyliśmy plażę, to Maciek odmówił dalszej wędrówki.

DSC08525
Z Oregonu wyjechaliśmy, oczywiście, kolejnym budzącym podziw mostem, tym razem łączącym Astorię z Megler w Waszyngtonie. To już nie dzieło McCullougha, most został otwarty w latach 60. To najdłuższa przeprawa kratownicowa w Ameryce Północnej. Ma ponad 6,5 km długości. Z daleka wygląda, jakby był poskładany z kilku trochę niepasujących do siebie fragmentów. Godne pożegnanie naprawdę udanej przygody z Oregonem.

DSC08693

*doświadczenia naszego kolegi, którego nazwiska nie wspomnimy, ale na potrzeby tego przypisu nazwiemy go człowiekiem-piłą, pokazują, że nie należy igrać z dorobkiem Kazika (w końcu też nie ma słońca przez siedem miesięcy w roku), ale co tam. Rzuciliśmy pracę, to i w tym szaleństwie jeszcze zacytujemy Kazika…
(Visited 312 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

1 komentarzSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *