Czerwony kabriolet mknie żwirową aleją wyznaczoną przez ponad stulenie lipy. Wzbija za sobą lekki tuman kurzu, zostawiając w tyle cokół dawnego pomnika. Strażnik nawet nie zatrzymuje samochodu. Jadą nim zbyt ważni goście. Ci, pogrążeni w rozmowie od której może zależeć przyszłość ludzkości, nie zwracają na niego uwagi. Podobnie jak na Zamek w Mosznej, który zamyka lipową aleję…

To byłoby coś! Wjechać do Zamku w Mosznej – jednej z najpiękniejszych rezydencji w Polsce – główną aleją w klasycznym kabriolecie! Jednak, by dostąpić takiego zaszczytu trzeba być nie byle kim. Nie podróżującą rodziną, a na przykład komandorem Pirxem granym przez aktora z ZSRR, któremu w dodatku towarzyszy dyrektor UNESCO.

Zamek w Mosznej

Zamek w Mosznej. Aleją lip, aleją lip biegniemy…

Zamek w Mosznej jako filmowy plener

„Chodzi o okrążenie Saturna i wprowadzenie na jego orbitę nowych satelitów automatycznych” – mówi dyrektor do Pirxa, kiedy jadą między lipami w dawnym parku Tiele-Wincklerów w Mosznej. Czerwony kabriolet chwilę później parkuje tuż przed basenem z fontannami, w którym odbijają się mury zamku. Obaj panowie szybkim krokiem wchodzą po schodach do rezydencji, która w filmie „Test pilota Pirxa” zagrała ośrodek badawczy UNESCO (16. minuta). Nie zwracają uwagi na niesamowitą architekturę. Cel ich wizyty jest ważniejszy. Chodzi o nakłonienie Pirxa, by w czasie misji na Saturna przetestował zdolności pracy w kosmosie humanoidów – nowo skonstruowanych robotów o w pełni wykształconej sztucznej inteligencji.

Film nie jest wybitny, ale też nie jest zły. W końcu to historia Stanisława Lema, obroni się samym scenariuszem. Wybór Mosznej jako siedziby UNESCO miał pewnie pokazać, jak wspaniałe dzieła sztuki może wytworzyć ludzka cywilizacja, która, być może, odda się wkrótce w ręce robotów – wytworów świata techniki, laboratoriów, matematyki, stali i szkła.

Tymczasem zamek w Mosznej to poniekąd zaprzeczenie sztywnych zasad, logicznych związków, matematycznych praw. Każde skrzydło budynku to inny styl, inny smak. Można oczywiście zauważyć, że wiele budynków powstających na przestrzeni dekad nosi w sobie tę cechę. Tiele-Wincklerowie poszli jednak w tej nieregularności dużo dalej. Mówi się na przykład, że żadne z jego okien nie jest takie same. To lekka przesada, ale patrząc na fasady spływające bogactwem form warto spróbować poskładać okna w pary. Przypomina to trochę zabawę w Czarnego Piotrusia…, gdzie każde okno jest Czarnym Piotrusiem!

Zamek w Mosznej. Okna wschodniej fasady

Zamek w Mosznej. Okna wschodniej fasady

„Test pilota Pirxa” (1978) nie był jedynym filmem, w którym zagrał zamek w Mosznej. To tu z wampiryzmu próbował wyleczyć swą ukochaną znany psychiatra Robert Jung. Początkowo sceptyczny, nie wierzył, że Iza jest wampirem. Przekonało go dopiero rentgenowskie zdjęcie… I choć ufał nauce, okazało się, że Izie nie jest sam w stanie pomóc… Film „Lubię nietoperze” (1985) kariery nie zrobił. Podobnie jak najświeższa produkcja z zamkiem w tle, czyli „Daas” z Andrzejem Chyrą w roli głównej. W siedzibie Tiele-Wincklerów mieli się też zakochać filmowcy ze Szwecji i Bollywood oraz muzycy kręcący tu swoje teledyski. Trudno jednak znaleźć wśród nich prawdziwych „blockbusterów”, ale jesteśmy pewni, że jako plener w końcu trafi na swój hit i zagra w jakiejś oskarowej produkcji!

Zamek? Pałac? Jak opisać to miejsce?

Musimy się Wam do czegoś przyznać: lubimy się wysypiać. Od kiedy dzieci już nie wstają z kurami, gdy tylko możemy, śpimy jak długo się da, także na wyjazdach. Nie dla nas wschody słońca, niech ktoś inny budzi się po nocy, żeby zobaczyć jak wygląda świat o poranku. My żeby docenić uroki otoczenia, musimy być wyspani. Przespaliśmy wschód słońca w Angkor Wat, olaliśmy świt w Wielkim Kanionie, dla nas życie zaczyna się po śniadaniu. Ale tak to już w życiu bywa, że od każdej reguły są wyjątki.
Zamek w Mosznej. Sala śniadaniowa

Zamek w Mosznej. Sala śniadaniowa

Po całym dniu zwiedzania Opola byliśmy wykończeni. Zostaliśmy ugoszczeni w tym przepięknym mieście po królewsku. I gdyby to czerwony kabriolet miał nas odwieźć do zamku w Mosznej, nawet byśmy się zbytnio nie zdziwili. Busikiem było jednak zdecydowanie wygodniej i szybciej. A do zamku dojechaliśmy tuż przed północą. Nie próbowaliśmy się nawet oszukiwać, że mamy jeszcze siłę na szukanie duchów czy nawet króciutką rundkę dookoła zamku.

Chętnie zobaczylibyśmy „Moszna by night”, ale nie dość, że właśnie kończył się bardzo długi i intensywny dzień, to jeszcze następnego dnia o 9 rano mieliśmy być już najedzeni i gotowi do wyjazdu. Dzieci już dawno zasnęły, więc szybciutko zameldowaliśmy się w hotelu, pobłąkaliśmy się chwilę po długich, zamkowych korytarzach zanim dotarliśmy do naszego pokoju (wielki obraz przy windzie nasuwa skojarzenia z portretem Grubej Damy z Harry’ego Pottera), uchyliliśmy okna i udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

Zamek w Mosznej. Skrzypiący korytarz

Zamek w Mosznej. Skrzypiący korytarz

Zamek w Mosznej mocno wymyka się wszelkim próbom opisu. Problem pojawia się już na samym początku. Zamek li to, czy pałac? Niby sam adres strony internetowej: moszna-zamek.pl jasno pokazuje, że zamek, ale wikipedia już raczej skłania się to tego, że pałac. Jest też rozwiązanie salamonowe, że całość to zamek, ale część środkowa to pałac.

Załóżmy, że to właściwie nieważne czy zamek, czy pałac. Co dalej? „Bajkowy zamek jak z baśni Disney’a” (dla nas baśnie to są raczej braci Grimm, a Disney’a to mogą być filmy animowane, ale mając w domu 7-latka i 4-latkę coraz bardziej rozumiemy, skąd to nieporozumienie), „opolski Hogwart” – to dwa najpopularniejsze skojarzenia. To drugie ma w sobie nawet trochę racji, bo od jakiegoś czasu włodarze zamku, czyli samorząd województwa opolskiego udostępnia budynek Szkole Czarodziejów. Fani Harry’ego Pottera zjeżdżają się z całej Polski i na te kilka dni zamek zamienia się w Hogwart. I naprawdę nie potrzeba dużej wyobraźni, by przenieść się do magicznego świata magii, czarów i tajemnic…

Zamek w Mosznej. na pierwszym planie wschodnie skrzydło

Zamek w Mosznej. na pierwszym planie wschodnie skrzydło

Czasem nawet nie do końca o tym marząc. Liczyliśmy, że po tak intensywnym dniu w Opolu zapadniemy w kamienny sen. Dzieciom się to udało, ale my budziliśmy się kilka razy w środku nocy. Zbyt bujna wyobraźnia wyczulona na wszelkie dźwięki kazała sprawdzić, czy nie zaskrzypi drewniana podłoga, czy na ścianie nie przemknie jakiś cień, czy nie jęknie gdzieś jakiś duch, zapomniany pacjent z przeniesionego do sąsiedniego pawilonu Centrum Terapii Nerwic, lub chociaż któryś z sługów lorda Voldemorta…

Jak każdy zamek, także i ten ma swoje zmory, które straszą nocami. Dla niektórych rodziców może to być skrzypiąca podłoga. Na szczęście było tak późno i nasze dzieci były tak wymęczone, że mogliśmy nawet grać w pokoju w koszykówkę, a oni dalej by spali. Mogliśmy więc spokojnie czekać na duchy. Na przykład na angielską guwernantkę, która prosiła swoich pracodawców, Tiele-Wincklerów, by po śmierci pochowali ją na wyspie, mając oczywiście na myśli swą ojczyznę. Ci jednak podeszli do jej życzenia „lokalnie” i pochowali ją na Wyspie Wielkanocnej w parku otaczającym zamek. Teraz mści się ona na gościach (chyba powinna na gospodarzach?), strasząc ich w nocy jękami za odległą ojczyzną. Druga z nieszczęśnic straszących w zamkowych korytarzach była służącą, uwiedzioną przez jednego z właścicieli zamku. Gdy zaszła w ciążę a jej kochanek odmówił uznania dziecka, powiesiła się w parku.

Zamek w Mosznej. Mostek w parku

Zamek w Mosznej. Mostek w parku

Jednak ani jednej, ani drugiej tej nocy w naszym pokoju nie było. Spędziliśmy kilka długich chwil wsłuchując się w zamkową ciszę, ale jedynymi upiorami, które zakłócały spokój nocy, były krwiożercze komary… Mieliśmy nadzieję, że pogubią się nawigując w ogromnych pokojach, ale nic z tego. Następnym razem przyłożymy się mocniej do zasłaniania okien firankami…

Kilka godzin później zadzwonił budzik. Wstaliśmy o 7 (tak, my!), upewniliśmy się, że dzieci jeszcze śpią (po poprzednim dniu mogliśmy być pewni, że jeśli ich nie obudzimy, pośpią przynajmniej do 10), i wymknęliśmy się na spacer. Program dnia mieliśmy tak napięty, że udało nam się wygospodarować ledwie godzinę, by przebiec się po korytarzach i zakamarkach i zamkowo-pałacowym parku. I znowu trudno było uciec od filmowych porównań. Oglądaliście kiedyś „Lśnienie” (film, który jest Pawła równolatkiem, więc w pełnym tego słowa klasykiem)? Zastanawialiście się, co Danny znajdzie za kolejnym zakrętem podczas rowerowych przejażdżek? Z Moszną też tak trochę jest.

Zamek w Mosznej. Przepiękne wnętrza restauracji

Zamek w Mosznej. Przepiękne wnętrza restauracji

Korytarze kręcą się i wyginają, czasem prowadzą kilka stopni w dół, by nagle rzucić gościa w górę stromymi schodami do zamkniętego pokoju na szczycie wieżyczki. A potem sprowadzić go na dół, technicznymi korytarzami aż do piwnicy, gdzie nagle wpada się na kelnerkę wychodzącą z kuchni. Na szczęście zamiast złapania za twarz i zdjęcia na tablicę „Tych gości nigdy nie wpuszczamy”, zostaliśmy grzecznie pokierowani dalej. Poszliśmy więc kolejnym wejściem, zejściem, podejściem, przejściem, a tam, ni z tego ni z owego zza zamkniętych drzwi ujrzeliśmy majestatyczny salon z budzącym podziw ogromnym murowanym kominkiem, gdzie i tak trafiliśmy trzy zakręty, dwa skrzydła i jedno piętro później.

Najlepiej taką wycieczkę zrobić z przewodnikiem. Nam niestety nie było to pisane, bo pierwsze spacery są o godz. 10, a my wtedy mieliśmy być już w drodze. Zrobiliśmy więc sobie wycieczkę na „bezczela”. Zaglądaliśmy wszędzie tam, gdzie nie widzieliśmy numeru pokoju i gdzie drzwi otwierały się po naciśnięciu klamki. Gdybyśmy wpadli na korytarzach na jakieś szafy, to też byśmy do nich zajrzeli, sprawdzając czy nie prowadzą do ukrytych komnat. W pokojach pierwsze co zrobiliśmy, to sprawdziliśmy, czy aby na pewno za tyłem szafy jest przestrzeń, a nie przylega podejrzanie do ściany… I z pewnym smutkiem stwierdziliśmy, że to zwykła, a nie tajemnicza – zamkowa szafa.

Zamek w Mosznej. Wnętrze biblioteki

Zamek w Mosznej. Wnętrze biblioteki

Niestety, na naszą wyprawę mieliśmy ledwie kilkadziesiąt minut. A w zamku jest… 365 pokoi (jak dni w roku) i 99 wież (podobno tyle majątków miał Franz Winckler i na tylu poprzestał, bo od 100 musiałby wystawić garnizon wojskowy) – to jak mantrę powtarzają wszyscy, którzy postanowili opisać rezydencję Tiele-Wincklerów. Każdy zarzeka się też od razu, że nie wiadomo czy kiedykolwiek ktoś to sprawdził. I trudno się temu dziwić, skoro wnętrze rezydencji to prawdziwy labirynt.

Tiele-Wincklerowie. Jaki ojciec, taka córka

Jak więc powstało to niezwykłe miejsce? Historia wsi sięga XIV wieku, kiedy przybyła w te rejony rodzina Mosce lub Moschin i to od nich wzięła się nazwa osady. Potem działo się tu niewiele aż w XVIII wieku, rodzina Reisewitzów wybudowała w Mosznej prosty barokowy pałacyk na planie prostokąta. I właśnie ten pałacyk 100 lat później – w 1866 roku – zakupił Hubert Tiele-Winckler.

Zamek w Moszne

Zamek w Mosznej. Pałac z innej bajki

Historia Tiele-Wincklerów to kolejna niezwykła śląska opowieść. Był już śląski Kopciuszek, a teraz przyszedł czas na historię od zera do dobrego milionera. A nawet dwie. Najpierw był Franz Winckler. Prosty górnik, który powoli piął się po szczeblach górniczej kariery aż doszedł do kierowniczych stanowisk i poślubił córkę głównego inżyniera. Niedługo potem zmarła mu żona.  A mniej więcej w tym samym czasie w zupełnie niezwiązanych z tą tragedią okolicznościach zmarł też właściciel kopalni, pozostawiając bogatą wdowę. Franz został administratorem jej majątku. Ale skoro tu wdowiec, tam wdowa, to administrowanie szybko zmieniło się we wspólną małżeńską własność. Był skandal, ostracyzm, ale podobno ani Franz, ani Maria się tym nie przejmowali. Nacieszyli się sobą jeszcze kilkanaście lat, a majątek odziedziczyła po nich Waleska – córka Franza z pierwszego małżeństwa.

Wtedy w okolicy pojawił się niejaki Hubert Tiele. Urodził się daleko od Śląska – w niezamożnej rodzinie w Prusach Wschodnich. Na Śląsk trafił jako żołnierz – był podporucznikiem w pruskiej armii. I właśnie tu, w 1854 roku, spotkał Waleskę. A że córki podobno szukają takich mężów, jak ich ojcowie, to sami wiecie, jak to się skończyło.

011moszna2013

Zamek w Mosznej. Ścieżka zdrowia w parku

Potem sprawy potoczyły się szybko. Nazwiska i herby połączono, a Hubert przystąpił do zarządzania i pomnażania majątku oraz zakupów i budowania! Zaczął od przebudowy zamku w Miechowicach (obecnie dzielnica Bytomia), reprezentacyjnej siedziby rody Wincklerów. Pałac skończył źle, bo znalazł się na drodze Armii Czerwonej, a ta obeszła się z nim po swojemu – splądrowała i spaliła. Ruiny wysadzono kilka lat po wojnie pozostawiając tylko zrujnowaną oficynę, która nadal stoi w miejskim parku.

W 1863 roku Hubert zakupił miejscowość Kujawy koło Krapkowic. Tam też Tiele-Wincklerowie pozostawili po sobie pałac. Stoi do dzisiaj, choć jest mocno zaniedbany. Do niedawna wisiało na nim ogłoszenie „na sprzedaż”, ale nie widać by wisiało dalej, więc albo pałac się sprzedał, albo właściciel zmienił plany. Potem przyszedł czas na Moszną i tyle zakupów Hubertowi wystarczyło. Przez kolejne lata skupił się na biznesie. Założył na przykład Katowicką Spółkę Akcyjną dla Górnictwa i Hutnictwa.

Zamek w Mosznej

Zamek w Mosznej. W środku widoczna przeszklona galeria

Zamek w Mosznej – jak feniks z popiołów

A Moszna? Za jej rozbudowę wziął się syn Huberta – Franz Hubert. W 1895 roku otrzymał z rąk cesarza Wilhelma II herb i tytuł hrabiowski i postanowił wybudować pałac, który mógłby stać się wizytówką możnego rodu z tytułami. I znowu zadziałał los. Impulsem do całkowitej przebudowy pałacyku w Mosznej stał się pożar, który strawił budynek w 1896 roku. Skoro i tak trzeba było odbudowywać, to dlaczego nie zrobić tego z rozmachem godnym śląskich hrabiów?

Najpierw dość wiernie odbudowano pałacyk. Potem wzięto się za neogotyckie, wschodnie skrzydło. Jest to zdecydowanie nasza ulubiona część zamku. Wieżyczki, ryzality, pilastry herbowe, dużo innych rzeczy, których znaczenia nie rozumiemy, więc już dalej nie będziemy kopiować z innych portali i wklejać. Do tego ostre, spadziste dachy, okna, niby każde inne, a jednak w zespole zgrywają się idealnie i w końcu rzeźby przedstawiające łby niedźwiedzia, dzika i diabła (!).

Żeby było jeszcze ciekawiej, to to skrzydło tworzą tak naprawdę dwie bryły, dlatego jedne źródła twierdzą, że jest zbudowane na planie litery L, a drugie dorzucają od razu drugą bryłę i wychodzi im F. Do tego ten diabeł… Wiążą się z nim zresztą dwie legendy. Jedna mówi, że kiedy cesarz Wilhelm II zapytał jak powstał ten niezwykły zamek, Hubert Franz miał odpowiedzieć wskazując na rzeźbę: „Czart mi pomógł…”. Druga odpowiada na pytanie, jak to się stało, że Armia Czerwona nie rozprawiła się z Moszną. Miał z tym mieć coś wspólnego diabeł, którego rzeźba stała w zamkowym parku…

Zamek w Mosznej. Galeria skrzydła wschodniego

Zamek w Mosznej. Galeria skrzydła wschodniego

Ale żeby wilk był syty i owca cała, to we wschodnim skrzydle umieszczono też kaplicę. Niestety jest dostępna do zwiedzania tylko z przewodnikiem, więc nie mogliśmy do niej wejść. Podobno robi niesamowite wrażenie, więc postarajcie się jej nie przegapić. Chwalona jest też jej akustyka, którą można docenić w organizowanych tam koncertach.

Po ukończeniu wschodniego skrzydła (1900) w rozbudowie nastąpiła długa przerwa. Skrzydło zachodnie wybudowano dopiero w latach 1911-1913. Według strony zamku powstało dla cesarza Wilhelma II, ale zważywszy, że ten ostatni raz odwiedził Tiele-Wincklerów w 1912 roku, to średnio się to udało. Chyba, że chodziło o przekaz: „patrz panie Cesarz, ciągle się budujemy, ale kto bogatemu zabroni?”. Zresztą niewykluczone, że Wilhelm II dalej by do Mosznej nadal przyjeżdżał, ale od 1914 roku miał inne rzeczy na głowie niż wizyty i polowania.

Zamek w Mosznej. Spadziste dachy i wieżyczki wschodniego skrzydła

Zamek w Mosznej. Spadziste dachy i wieżyczki wschodniego skrzydła

To właśnie mordowanie zwierząt było ulubioną rozrywką w Mosznej. I po każdej jego wizycie okoliczne lasy spływały krwią. Podczas łowów w 1911 roku padło 2839 sztuk zwierzyny! Podobno jednego dnia cesarz zabił 800 zwierząt! Nam ich bardzo żal, ale szkoda też, że cesarz nie poprzestał na polowaniach. Był też zagorzałym militarystą, parł do starcia w Europie i potem starał się wpływać na przebieg wojny. Jak na ironię generałowie szybko go odsunęli na bok i stał się biernym obserwatorem działań armii. Ale i tak większość wojny spędził w Głównej Kwaterze wojsk niemieckich na Zamku w Pszczynie. Ciekawe, czy chciał być w centrum wydarzeń, czy bardziej chodziło o jego słabość do górnośląskich rezydencji…

Zachodnie skrzydło przy wschodnim wygląda, jeśli chodzi o formę, ubogo, ale przy tym statecznie i wręcz mieszczańsko. Niewykluczone, że też miało być obłożone kamieniem, a nie prostym tynkiem. Wtedy pewnie wrażenie byłoby inne. A tak wszyscy fotografują głównie wschodnią stronę i to na niej skupiają się w opisach. Kontynuując filmowe nawiązania można rzec: Wschód, tam musi być jakaś cywilizacja!

Zamek w Mosznej. Skrzydło zachodnie

Zamek w Mosznej. Skrzydło zachodnie

O wnętrzu trochę już pisaliśmy. W przewodnikach znajdziecie mniej lub bardziej obszerne opisy zachwycającej galerii z przeszklonym stropem. Zajrzeliśmy tam przez szparę w zamkniętych drzwiach, ale niewiele było widać. A podobno jest co oglądać: pozłacaną loggię, marmurowy cokół i tego typu drobnostki – kolejny powód, by zabrać się na wycieczkę z przewodnikiem. Z tzw. pokoju pana obejrzeliśmy tylko otwartą bibliotekę, która nadal robi ogromne wrażenie, ale część, w której teraz jest czytelnia była zamknięta. No i dawny salon, gdzie działa teraz kawiarnia i restauracja z ogromnym kominkiem, z pięknie rzeźbionymi drewnianymi schodami, które kiedyś prowadziły do apartamentów i drewnianą antresolą. Gdyby tylko już serwowali kawę, to pewnie utknęlibyśmy tam na dość długo.

Długo za to nie trwała świetność rodu Tiele-Wincklerów i Mosznej. Ostatnim dziedzicem fortuny był syn Franza Huberta – Klaus. W ciągu kilkunastu lat udało mu się roztrwonić to, na co przez kilka poprzednich pokoleń pracowali jego przodkowie. Żenił się trzykrotnie, miał setki kochanek, część majątku przegrał w karty. Potomka nie pozostawił. I kiedy zmarł w 1937 roku, przekazując majątek usynowionemu kuzynowi, okazało się, że przekazuje głównie… długi. Z drugiej strony, patrząc na to co stało się ze światem kilka lat później, to może jego przepis na życie był tak naprawdę najlepszy?

Zamek w Mosznej

Zamek w Mosznej. Staw z fontannami od strony parku.

Jak przetrwałem II wojnę światową

Podczas II wojny światowej Zamek w Mosznej miał szczęście w nieszczęściu. Ostatni właściciele uciekli przed Armią Czerwoną wiosną 1945 roku. W zamku pozostawili dużą część imponującej kolekcji głównie dzieł sztuki włoskiej i niderlandzkiej. Niesamowite wrażenie robił ogromny gobelin umieszczony nad kominkiem. Jedna z sal była zajęta przez dzieła weneckich mistrzów, które rozmieszczono tak, jak wisiały kiedyś w domu włoskich patrycjuszy. Sufity zdobiły kryształowe żyrandole, ściany barokowe lustra… I wtedy do zamku weszła Armia Radziecka. Ogromny gobelin pocięto na kawałki i zrobiono z nich onuce, meble porąbano i spalono, żyrandole i lustra zostały zbite. Z ogromnej kolekcji dzieł sztuki do tej pory odnalazło się tylko dziesięć płócien, które można oglądać w Brukseli.

Dlaczego czerwonoarmiści nie poszli dalej? Często nie wystarczało im samo plądrowanie wnętrz i niszczenie mebli i oraz dzieł sztuki, ale na koniec germańskie zamki i pałace były podpalane lub wysadzane. To co zaczęli sowieci, nierzadko kończyła władza ludowa w myśl polityki „odniemczania” Ziem Odzyskanych. Jak więc przetrwała Moszna? Według niektórych to zasługa wspomnianego już wcześniej diabła, który z pałacowego pomnika (teraz już nieistniejącego) miał czuwać nad zamkiem.

A w czasach PRL-u zamek zaś stał się całkiem użyteczny. Tuż po wojnie mieli tu trenować oficerowie SB, potem budynki użytkowały różne instytucje państwowe. Jeszcze w latach 40-tych w części zabudowań gospodarczych umieszczono stadninę, która w ostatnich latach dochowała się nawet zwycięzców Wielkiej Pardubickiej.

W 1972 roku zamek dostał w końcu stałego gospodarza. Zostało nim Państwowe Sanatorium Psychiatryczne w Branicach, które w Mosznie ulokowało sanatorium dla nerwowo chorych. W 1996 roku zamek stał się siedzibą Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej zajmującego się terapią nerwic. Z czasem zaczęto też udostępniać go zwiedzającym. A całkiem niedawno, bo w 2013 roku Centrum Terapii Nerwic przeniosło się do wybudowanego nieopodal budynku (widać go podczas spaceru w parku), oddając zamek samorządowi województwa opolskiego. I od tego czasu jest powoli przywracany do dawnej świetności.

Zamek w Mosznej. Widok z parku

Do Mosznej wrócimy… choćby pociągiem!

Z zamku wyjeżdżaliśmy z ogromnym poczuciem niedosytu. Szczególnie żałowaliśmy, że nie zobaczyliśmy wielu wnętrz dostępnych tylko podczas wycieczki z przewodnikiem (polecamy przy okazji kolekcję przedwojennych zdjęć Zamku w Mosznej). Nie starczyło nam też czasu, by zagubić się w 200-hektarowym parku. Kiedyś park był o połowę mniejszy i naturalnie przechodził w lasy i łąki, na których cesarz Wilhelm masakrował okoliczną zwierzynę z szybkością karabinu maszynowego Maxim. Można tam przejść mostkami nad dawnymi kanałami, dojść do Wyspy Wielkanocnej, by poszukać grobu guwernantki, odwiedzić groby rodu Tiele-Wincklerów na rodzinnym cmentarzu, poszukać trzystuletnich dębów albo rododendronów, czy azalii, z których wszyscy są tu tacy dumni.

I tak Moszna trafiła na długą listę miejsc, w które musimy wrócić. Niewykluczone, że za parę lat uda się tam dojechać pociągiem! Trwa bowiem remont linii Krapkowice-Prudnik, na której leży Moszna. Budynek stacji, wybudowany oczywiście przez Tiele-Wincklerów, nadal stoi, więc pociągi będą miały się gdzie zatrzymywać. Co prawda, linia ma być wojskowo-przemysłowa, ale kto wie, może kiedyś zostanie też udostępniona zwykłym śmiertelnikom? Wtedy w Krapkowicach będzie można zrobić peron 9 i 3/4 (a właściwie 2 i 3/4, bo na razie są tam tylko dwa perony) i bajkowym pociągiem z dymiącą lokomotywą wozić wszystkich spragnionych magii do Mosznej. I choć nadal nie lubimy tych wszystkich porównań z Harry Potterem czy Disney’em, to dalibyśmy naprawdę wiele, by takim pociągiem tam pojechać!

Informacje praktyczne

Dojazd

Jeżeli jedziecie samochodem od strony Wrocławia autostradą A4, to zjedźcie na zjeździe 241 Racibórz – Opole. Potem przez Krapkowice skierujcie się na Prudnik (droga 409) i dojedziecie do Mosznej. Jeżeli jedziecie od strony Katowic, to z A4 zjeżdżacie na zjeździe 248 Krapkowice – Gogolin i kierujecie się do Krapkowic. A potem dokładnie tak jak wyżej.

A może autobus? Codziennie jest kilka kursów z Opola, Krapkowic czy Prudnika, aczkolwiek marnie to wygląda wieczorem. Tym lepiej, by zostać w zamku na noc!

Nocleg

Najlepiej oczywiście zanocować w zamku:

Nocleg w Zamku w Mosznej

W sezonie podobno ciężko o pokój w weekendy, ale poza nim nie powinno być większych problemów. Co najważniejsze, włodarze Mosznej nie ograniczają noclegu tylko dla tych z zasobną kieszenią. Można zanocować zarówno za 60 jak i 650 złotych.

Jedzenie

Nasze śniadanie było więcej niż poprawne (nie licząc italo disco puszczanego z radia schowanego pod stołem – pewnie, żeby było trudniej je wyłączyć). Niestety na sprawdzenie zamkowej restauracji nie mieliśmy już czasu. Karta restauracji Zamku w Mosznej wygląda jednak bardzo obiecująco i rozsądnie cenowo.

(Visited 1 255 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *