DSC

Na Słowację znów wybrałem się jako słomiany wdowiec. A że tuz za granicą jest Żdiar, to tam był pierwszy przystanek. To takie miejsce, które zawsze będzie wywoływało u mnie ciepłe uczucia. Do tej pory była to zasługa głównie grzanego wina, ale tym razem zupełnie niespodziewanie okazało się, że Żdiar stał się drugim miejscem po Warszawie, gdzie… wziąłem ślub!

Żdiar to miejsce, które w mojej pamięci zajmuje miejsce szczególne. Jedna z niewielu miejscowości, gdzieś w zlewającym się w odrębną krainę góralskim pograniczu Polski i Słowacji, którą zawsze i o każdej porze mogłem prawie idealnie wskazać na mapie. W czasach licealno-studenckich byłem tam co najmniej pięć razy, z czego dwa albo trzy były dłuższymi, narciarskimi wyprawami, a pozostałe przydarzały się zupełnie niespodziewanie i bez planów. Co kończyło się na przykład łapaniem wracającego do zajezdni (czyli domu kierowcy w Żdiarze) autobusu na stopa. Żdiar to też godziny doskonalenia moich marnych umiejętności narciarskich, wieczorów pełnych dobrego piwa i smażonego syra.

Żdiarski Dom w Żdiarze

Widok ze Żdiarskiego Domu w Żdiarze

Żdiar wybieraliśmy jako cel młodzieżowych wyjazdów z powodów oczywistych, czyli pieniędzy. Był zdecydowanie tańszy od Zakopanego i okolic, a kiedy któregoś roku przyszła nam ochota na ciekawsze narciarsko okolice, czyli Stary Smokowiec i inne miejscowości na trasie „elektriczki”, to po usłyszeniu cen w pierwszym miejscu z kwaterami nie wiedzieliśmy czy to oni żartują, czy to my wypiliśmy za dużo piwa i coś nam się w uszach miesza… Tańszy był nie tylko z powodu swego trochę prowincjonalnego charakteru i położenia, ale też z racji braku trudniejszych szlaków, przez co ściągał mało wprawnych narciarzy, a tacy zawsze mieli dość płytkie kieszenie.

Żdiar, płonące lasy w świetle Wenus

Z czasem jednak zaczęliśmy doceniać inne zalety Żdiaru. Ta miejscowość miała za moich młodzieżowych czasów, czyli dekadę i pół temu, sporo uroku. Ma go do dzisiaj. Jak na przykład nazwę. Żdiar to słowo, które wręcz gra na języku. Z nazwą wsi wiąże się romantyczna legenda, o tym jak jeden z pierwszych mieszkańców okolic miał chatę, którą tak ustawił, by w nocy przez okno wnętrze oświetlała mu Wenus, czyli Zornička, a po góralsku Zor. Do dzisiaj mieszkańcy mówiący gwarą mówią tak na Żdiar. Ale jest też bardziej prozaiczne wytłumaczenie nazwy, które mi – obecnie warszawskiemu prażaninowi, całkiem odpowiada. Żdiar wywodzi się od węglarzy zajmujących się produkcją węgla drzewnego oraz pasterzy poszerzających swoje pastwiska przez wypalanie, czyli „žiarenie” (żarzenie) lasu. Stąd właśnie Żdiar, podobnie jak warszawska Praga wywodzi się od prażenia lasu. A czeska Praga to już inna bajka, bo źródłosłowem był prah, czyli próg na rzece Wełtawie. Co mi, dziecku warszawskiego Bródna (wywodzącego się od brodu na Wiśle) i tak w sumie nie przeszkadza.

Nazewnictwo to jedno, estetyka to drugie. Kiedy jedzie się tam samochodem, i trzeba pokonać te wszystkie wsie i małe miasteczka w Polsce zohydzone billboardami i ohydną reklamą, to wjazd do Żdiaru jest jak wejście do innego świata. Na początku może odezwać się polskocentryzm i pojawia się refleksja, że w końcu wyjechaliśmy z cywilizacji i zajechaliśmy do nieskażonej komercją prawdziwej góralskiej osady. Ale potem od razu przychodzi opamiętanie: czy naprawdę bazarowe klepisko Nowego Targu to coś, co przynosi nam chlubę? Czy reklamowe, nachalne szaleństwo osad na zakopiance to powód do dumy? Może to właśnie Żdiar, w sumie ulepiony z tej samej gliny co wsie po naszej stronie granicy, dobrze wyważa tradycję z nowoczesnością? Cisza, spokój, chaty będące doskonałym przykładem architektury pogranicza z wymieszanymi wpływami Podhala i Spiszu. Nawet jeśli nieświadomie, to już wtedy dużo bardziej pociągały nas takie miejsca od zawalonych tłumami, hałaśliwych Krupówek.

Żdiarski Dom

Podczas tegorocznego krótkiego pobytu w Żdiarze niestety nie starczyło czasu ani na knajpy, które już kilkanaście lat temu trzymały równy i wysoki poziom, ani na narty, bo nie ta pora roku i nie ta pogoda (spędziłem na Słowacji trzy dni i cały czas padało). Była za to okazja łyknąć trochę kultury i lokalnej tradycji. A do tego idealnie nadaje się Żdiarski Dom.

Do Żdiarskiego Domu nawet, jeśli miałbym ochotę poznać lokalne zwyczaje, i tak pewnie w dawnych czasach bym nie dotarł. Nie żeby nie istniał, otwarto go w latach 70-tych w chałupie z początku zeszłego wieku. Problemem było jego położenie. Ze Żdiarem prawie wszystko jest idealnie poza jednym. Ta wieś się ciągnie i ciągnie. Ma 1300 mieszkańców i około 3 km długości. My za młodych czasów raczej ciągnęliśmy do tej zachodniej części, bo tam nam się lepiej jeździło na oślołączkowych nartach. Żdiarski Dom jest za to we wschodnim krańcu wsi, czyli po paru kuflach w zimę, jakieś 40 minut spacerkiem.  Anno domini 2015 nie miało to większego znaczenia. Własny samochód zredukował Żdiar do kilku machnięć kierownicą.

Jak powiedziałem „hej”, czyli góralski ślub w Żdiarze

W Żdiarskim Domu mnie i resztę blogerskiej ekipy, z którą miałem okazję zwiedzać tym razem Słowację, powitał Peter. To człowiek-instytucja i tak naprawdę nie wiem, czy to on uzupełnia Żdiarski Dom, czy może odwrotnie. Dom to stara, klasyczna chata. Co prawda wielokrotnie przebudowywane, ale udało się w niej zachować wiele ze starego wyposażenia. Każdego ciekawego Peter przeprowadzi przez tajniki budowy, ustawienie, rozkład izb, wytłumaczy kto spał w pościeli, kto na piecu. No właśnie, Peter gadał i gadał, my kiwaliśmy z uznaniem głowami i dopiero potem zaczęła kiełkować mi w głowie myśl, czy ja go tak dobrze rozumiem, bo jak przystało na gospodarza Peter się mocno stara? Czy on właściwie mówi po słowacku, polsku, czy po jakiemu? W końcu zagadka się wyjaśniła. Peter mówił po miejscowemu, czyli w gwarze spiskiej, a właściwie w gwarze polskiego Spisza, bardzo podobnej do gwary podhalańskiej i również zaliczanej do dialektu małopolskiego. Czyli jego opowieść powinna być dla nas równie zrozumiała, co przemowa górala spod Zakopanego i w sumie taka była.

Jego wystąpienie było jednak tylko preludium do głównej atrakcji popołudnia w Żdiarze, czyli tradycyjnego żdiarskiego ślubu i wesela. Nie zgadniecie, kto został wybrany panem młodym… Tak, tak, zostałem nim ja. Udawałem bardzo tym oburzonego. Jak to ja? Dlaczego? Nie chcę! Prawda jest taka, że jak tylko zobaczyłem w wejściu Petera, to nie marzyłem o niczym innym, jak tylko, żeby wskoczyć w taki góralski strój, jaki miał na sobie! Ze zmarnowaną miną, a tak naprawdę prawie sikając jak dziecko z radości, poszedłem się przebrać. Łatwo nie było. Te góralskie filce, pasy i tym podobne wynalazki, to nie jest idealny strój dla miejskiego stworzenia, ale daliśmy radę. My, bo w końcu pan młody potrzebuje też pięknej panny młodej (Kasi z Kasai) oraz równie pięknej świadkowej (Tati z Poszli-Pojechali) i świadka (Bartka z TropiMy Przygody). A potem było jeszcze więcej igrania z podświadomością, czyli pseudo-tradycyjne przysięgi ślubne pełne szowinistycznych żartów, o których podświadomie marzy każdy feminista i dużo fajnych zdjęć w regionalnych strojach, o których marzy każdy post-turysta.

Ale ślub to nie wszystko. Przecież są jeszcze zabawy. Tu też ja, jako pan młody, musiałem się wykazać odrobiną sprawności fizycznej. Peter zaprzągł mnie więc do robienia kołyski przez ławkę (obolałe łydki i uda przez kilka kolejnych dni) i różnych innych wygibasów na ławie. Muszę przyznać, że mam chyba zadatki na górala, bo poszło mi całkiem-całkiem. Ahoj!

(Visited 153 times, 1 visits today)

Powiązane wpisy

KomentarzeSkomentuj

  • „Przysięgi ślubne pełne szowinistycznych żartów, o których podświadomie marzy każdy feminista”, naprawdę, bardzo żałuję, że przysięgi ślubne nie brzmią tak w rzeczywistości 😀

  • Jako świadkowa potwierdzam, że Paweł był najdzielniejszym góralem, którego widziałam w swoim życiu! Bo zamiast pić wódkę (w sumie dlaczego nie było wódki?), brał udział w zawodach, w których dorównywał Peterowi 🙂 p.s. ja nadal kombinuję, gdzie by takie adoptowany do codzienności piękny strój skombinować.

  • Skusił mnie tytuł, bo mam sentyment do tej miejscowości. Ponad 20 lat temu robiłem tam pierwsze szusy na nartach, po latach we Włoszech poznałem Słowaka ze Zdiaru (nota bene Peter!) i znów był powód by tam pojechać. No i wchodzę w artykuł , a tu zupełnie inny Zdiar niż ten z moich doświadczeń i jeszcze ten Zdiarski dom, o którym w życiu nie słyszałem 😉 Ciekawa historia, brzmi jak super zabawa.
    To już jest plan na jeden z jesienno-zimowych weekendów. Dzięki!

Skomentuj (komentarz ukaże się po zatwierdzeniu)

Twój adres e-mail nie będzie wyświetlany. Pola obowiązkowe są oznaczone *